czwartek, 16 października 2014

Rozdział 216.

Harry’s POV:

- Masz zamiar mnie śledzić całą drogę powrotną? – pytam prześladującą mnie dziewczynę.
- Nie, wracam do domku moich rodziców.
- Dobra, to idź sama.
- Nie jesteś zbyt miły – mruczy.
- Doprawdy? Powiedziano mi, że to jeden z moich najsilniejszych atrybutów – wywracam oczami, nawet jeśli nie może zobaczyć mojej twarzy.
- Skłamano – chichocze za moimi plecami, a ja kopię kamyki znajdujące się pod podeszwą moich butów. Raz w życiu jestem wdzięczny, że Tessa kazała mi zdjąć buty przed drzwiami domku. Inaczej tkwiłbym w tenisówkach Liama. To nie zbyt dobra perspektywa, a poza tym jestem prawie pewien, że jego stopy są o wiele mniejsze niż moje.
- A więc, skąd jesteś? – pyta.
Ignoruję ją i kontynuuję wędrówkę drogą. Wydaje mi się, że powinienem skręcić w lewo za następnym znakiem stopu, mam cholerną nadzieję, że tak jest.
- Anglia? – pyta.
- Taa. Którędy teraz? – pytam, a ona wskazuje w prawo.
Oczywiście myliłem się.
- Twoi rodzice wiedzą, że cię nie ma? – ostatnią rzeczą, której w tej chwili potrzebuję jest wkurzenie kolejnych osób.
- Wątpię, mają towarzystwo i mnie ignorowali – wzdycha. Jej oczy są lodowo niebieskie, a jej spódnica wlecze się po żwirze pod jej stopami. Przypomina mi Tessę, cóż, Tessę, której zostałem przedstawiony po raz pierwszy. Moja Tessa już nie nosi swoich długich, obrzydliwych sukienek. Nauczyła się też nowego słownictwa. Całe uznanie dla mnie, za wkurwienie jej zbyt wiele razy.
- Też jesteś tu ze swoimi rodzicami? – jej głos jest cichy, a nawet słodki.
- Nie, no cóż, tak jakby.
- Czy oni są 'tak jakby' twoją rodziną? – uśmiecha się. Jej użycie 'czy oni są', zamiast zwykłego 'oni są' również przypomina mi o Tessie. Ponownie lustruję wzrokiem dziewczynę, żeby upewnić się, że na pewno jest tutaj, a to nie jest jakiś dziwny żarcik w stylu 'Opowieści Wigilijnej', gdzie ona jest zjawą, która przybyła nauczyć mnie pewnej lekcji.
- Są moją rodziną, i moją dziewczyną. Mam dziewczynę, nawiasem mówiąc – ostrzegam ją. Nie wyobrażam sobie tej dziewczyny zainteresowanej kimś mojego pokroju, ale kiedyś myślałem to samo o Tessie.
- Okej – mówi.
- Okej – podkręcam tempo, chcąc wytworzyć trochę przestrzeni między sobą i nieznajomą. Nasza dwójka skręca w prawo za znakiem stopu i przechodzi na trawę, kiedy mija nas furgonetka.
- Więc gdzie ona jest? Twoja dziewczyna?
- Śpi – użycie tego samego kłamstwa, które powiedziałem mojemu ojcu i Karen, ma sens.
- Hmm…
- Hmm co? – spoglądam na nią.
- Nic – mówi, patrząc przed siebie.
- Śledzisz mnie przez połowę drogi powrotnej. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to – surowo zauważam.
- Po prostu wydawało mi się, że wyglądasz jakbyś próbował uciec od czegoś albo ukryć się, nie wiem, nieważne.
- Nie ukrywam się, ona powiedziała, żebym poszedł stamtąd do cholery, więc poszedłem.
Co, do diabła, ta słaba naśladowczyni Tessy wie?
- Dlaczego cię wykopała?
- Zawsze jesteś taka wścibska?
- Tak, zawsze – uśmiecha się.
- Nienawidzę wścibskich ludzi – ostrzegam ją.
Oprócz Tessy, oczywiście. Nieważne jak bardzo ją kocham, czasem chcę zakleić jej usta taśmą w następstwie jednego z jej przesłuchań. Jest dosłownie jednym z najbardziej natarczywych istnień ludzkich w historii.
Naprawdę to kłamię. Kocham jej prześladowcze zachowania, kiedyś ich nienawidziłem, ale teraz je rozumiem. Też chcę wiedzieć wszystko o niej, o tym, co myśli, co robi, czego chce. Zdaję sobie sprawę, o zgrozo, że teraz to ja zadaję więcej pytań od niej.
- Masz zamiar mi powiedzieć? – naciska dziewczyna.
- Jak masz na imię? – pytam ją, unikając odpowiadania jej.
- Lillian – zakłada włosy za ucho.
- Jestem Harry.
- Opowiedz mi o swojej dziewczynie.
- Dlaczego?
- Wydajesz się być podłamany, więc komu lepiej się wyżalić, niż nieznajomej?
Nie chcę z nią rozmawiać, jest niesamowicie podobna do Tessy i to sprawia, że jestem zaniepokojony.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł – słońce zaczęło obniżać się na niebie, malując horyzont głębokim odcieniem różu
- A trzymanie tego w sobie to dobry pomysł?
- Widzisz, wydajesz się… miła i w ogóle, ale ja cię nie znam, a ty nie znasz mnie, więc ta rozmowa nie będzie miała miejsca – wyjaśniam jej, a ona marszczy brwi.
- Dobra – wzdycha Lillian.
Nareszcie, mogę zobaczyć znajomy, pochyły dach domku mojego ojca w oddali.
- Cóż, to mój – wyjawiam się.
- Serio? Czekaj… twoim tatą jest Ken, prawda? – plaska swoją małą dłonią w czoło.
Co do cholery?
- Tak? – oboje zatrzymujemy się u końca podjazdu.
- Oczywiście, jestem idiotką! Z tym akcentem, jak mogłam nie pomyśleć o tym wcześniej – śmieje się.
- Nie łapię – spoglądam na nią.
- Twój tata i mój tata są przyjaciółmi, byli razem w college’u, czy coś. Ostatnią godzinę spędziłam, słuchając ich opowiadających historie o swoich dniach chwały.
- Och, to takie ironiczne – rzucam pół-uśmiech, nie czuję się tak niekomfortowo przy tej dziewczynie, jak to było kilka minut temu.
- Więc w rzeczywistości nie jesteśmy nieznajomymi – uśmiecha się.

Tessa’s POV:

- Ciasteczka – Liam i ja odpowiadamy chórem.
- A więc są ciasteczka – uśmiecha się Karen i otwiera szafkę.
Karen nigdy nie przestaje, zawsze piecze, pichci, opieka. Nie żebym narzekała, jej gotowanie jest niesamowite.
- Już jest ciemno na zewnątrz, mam nadzieję, że się nie zgubił – zauważa Ken, a Liam przytakuje.
Harry’ego nie ma od prawie trzech godzin, a ja robię wszystko, co w mojej mocy, by nie panikować. Wiem, że wszystko z nim dobrze, gdyby cokolwiek mu się stało, wiedziałabym. Nie mam pojęcia, jak to wytłumaczyć, ale głęboko w środku czuję, że po prostu bym wiedziała.
Jednak, coś krzywdzące go nie jest tym, o co się martwię. Martwię się, że wykorzysta swoją frustrację jako wymówkę, by pójść do lokalnego baru. Tak bardzo jak chciałam, żeby poszedł sobie ode mnie, tak bardzo dobiłoby mnie widzenie go potykającego się w progu, z alkoholem wyczuwalnym w oddechu. Ja po prostu potrzebowałam przestrzeni, czasu, żeby pomyśleć i ochłonąć. Jeszcze nie przeszłam do tej części z myśleniem, unikałam jej z całych sił.
- Myślałam, że moglibyśmy wszyscy wejść do jacuzzi dziś wieczorem, albo może jutro rano? – sugeruje Karen. Liam wypluwa swój napój z powrotem do kubka, a ja szybko odwracam wzrok, gryząc wnętrze swojego policzka. Wspomnienie Liama zauważającego moje przemoczone majtki dryfujące  w jacuzzi jest o wiele za świeże i mogę wyczuć ciepło na swoich policzkach.
- Karen, skarbie, nie wydaje mi się, żeby oni chcieli wejść z nami do jacuzzi – śmieje się Ken, zdając sobie sprawę, że byłoby to nieco niezręczne dla naszej piątki, gdybyśmy weszli wszyscy razem do jacuzzi.
- Chyba masz racje – śmieje się, oddzielając wcześniej przygotowane ciasto na małe kuleczki. - Nienawidzę tego – mówi, marszcząc nos.
Jestem pewna, że dla Karen niegotowe ciasto jest okropne, ale dla mnie, jest boskie. Zwłaszcza teraz, kiedy czuję, że mogłabym stracić panowanie nad sobą w każdej chwili.
Kiedy Ken i Karen wrócili z wizyty u swojego sąsiada, jak powiedzieli, starego przyjaciela Kena z college’u, było dziwnie. Liam i ja byliśmy w połowie dyskusji o Danielle i ich przyszłym mieszkaniu, kiedy jego matka i Ken zawołali nasze imiona. Wspomnieli, że dogonili Harry’ego kiedy wychodził. Podobno powiedział im, że spałam, więc zrobiłam wszystko, żeby trzymać się tego kłamstwa, mówiąc, że przed chwilą się obudziłam, kiedy Liam wszedł do pokoju.
Zastanawiałam się, gdzie jest Harry i kiedy wróci od momentu, gdy wyszedł. Część mnie zupełnie nie chce go widzieć, ale inna część, o wiele większa część, musi dowiedzieć się, czy nie robi nic, co mocniej zagrozi nasz już kruchy związek. Wciąż jestem ekstremalnie zła na niego za ingerencję w moje zakwaterowanie w Seattle i nie mam pojęcia, co mam zamiar z tym zrobić.

Harry’s POV:

- Sabotowałeś jej mieszkanie? – pyta Lillian, a jej szczęka opada w dół.
- Mówiłem ci, że to popierdolone – przypominam jej.
Kolejna para reflektorów oświetla nas, kiedy podążamy do domku jej rodziców. Miałem najlepsze chęci, żeby wrócić do domku mojego ojca, ale Lillian jak do tej pory udowodniła, że jest porządną słuchaczką, więc kiedy zaproponowała mi pójście do jej kwatery i dokończenie naszej dyskusji, zgodziłem się. Moja nieobecność da Tessie trochę czasu, by ochłonąć i mam nadzieję, że będzie gotowa na rozmowę ze mną, zanim wrócę.
- Nie powiedziałeś mi, jak bardzo pogmatwane to było, nie obwiniam jej za złoszczenie się na ciebie - mówi dziewczyna. Oczywiście, będzie po stronie Tessy.
Nie mogę sobie wyobrazić, co pomyślałaby sobie o mnie, gdyby wiedziała o całym gównie, w które wepchnąłem Tessę przez ostatnie sześć miesięcy.
- Dobra, co masz zamiar z tym zrobić? – pyta, otwierając drzwi frontowe domku swoich rodziców. Jest bardzo ekstrawagancki, nawet większy niż ten należący do mojego ojca.
Pieprzeni bogacze.
- Powinni być na górze – mówi, kiedy wchodzimy do domku.
- Kto powinien być na górze? – rozlega się kobiecy głos. Na twarzy Lillian pojawia się grymas, po czym odwraca się ona w stronę kobiety, którą utożsamiam z jej matką. Wygląda identycznie do niej, jedyną istniejącą między nimi różnicą jest wiek.
- Kto to? – do salonu wchodzi ubrany w polo i spodnie khaki mężczyzna w średnim wieku.
Super, mega super. Powinienem był po prostu wrócić do Tessy od razu. Zastanawiam się jak czułaby się, gdyby wiedziała, że tu jestem. Czy miałaby coś przeciwko? I tak jest na mnie cholernie wkurzona, i jest historia z zazdrością wobec Molly, ale ta dziewczyna nie jest Molly. Jest zupełnie nie jak Molly.
- To jest Harry, syn Kena – przedstawia mnie, a na twarzy mężczyzny pojawia się szeroki uśmiech.
- Zastanawiałem się, czy cię kiedyś poznam! – jest Anglikiem, co wyjaśniałoby, jak może znać mojego ojca ze studiów.
Przechodzi obok mnie i klepie mnie po ramieniu. Cofam się, a on lekko marszczy brwi, ale wydaje się, że oczekiwał po mnie takiej reakcji. Mój ojciec musiał go ostrzec. Prawie śmieję się na samą myśl o tym.
- Skarbie, to jest syn Anne – mówi mężczyzna.
- Znasz moją mamę? – pytam go i odwracam się do jego żony.
- Tak, znałem ją  jeszcze, zanim była twoją mamą – uśmiecha się kobieta.
Jestem zdezorientowany.
- Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, cała nasza piątka – dodaje.
- Piątka? – dopytuję się.
- Skarbie – mężczyzna spogląda na swoją żonę, prawdopodobnie, by ją uciszyć.
- W każdym razie, wyglądasz zupełnie jak ona! Masz tylko oczy po ojcu. Nie widziałam jej, odkąd wróciłam do Ameryki, jak ona się ma? – pyta mnie kobieta.
- Ma się dobrze, niedługo wychodzi za mąż.
- Naprawdę? – piszczy. – Pogratuluj jej w moim imieniu, tak świetnie to słyszeć.
- Dobrze – odpowiadam. Ci ludzie uśmiechają się o wiele za często. To jak być w jednym pokoju z trzema Karen, tylko bardziej wkurzającymi i o wiele mniej czarującymi.
- To ja już sobie pójdę -  mówię do Lillian, ten wieczór był już wystarczająco niezręczny.
- Nie musisz, my pójdziemy na górę – mówi ojciec Lillian, zarzucając rękę w talii swojej żony, by poprowadzić ją w górę klatki schodowej.
- Przepraszam, oni są…
- Pretensjonalni? – odpowiadam za nią.
- Tak, bardzo – śmieje się, siadając na sofie. Ja stoję niezgrabnie przy drzwiach.
- Twoja dziewczyna będzie miała coś przeciwko temu, że tu jesteś? – pyta mnie.
- Nie wiem, prawdopodobnie – jęczę, w rozdrażnieniu przeczesując włosy palcami.
- Chciałbyś, żeby ona zrobiła to samo? Jak poczułbyś się, gdyby ona wyszłaby z facetem, którego dopiero co spotkała? – w chwili, kiedy te słowa opuszczają jej wargi, gniew nabrzmiewa w mojej piersi.
- Wkurwiłbym się – warczę.
- Tak myślałam – uśmiecha się i poklepuje sofę obok siebie.
Biorę głęboki oddech i kroczę, by usiąść po przeciwnej stronie sofy niż ona.
- A więc jesteś typem zazdrośnika?
- Tak mi się wydaje – mam namyśli, że prawie zabiłem Zayna i wciąż tego pragnę.
- Pewnie twojej dziewczynie nie za bardzo by się podobało, gdybyś mnie pocałował – przysuwa się bliżej, a ja zrywam się z sofy i jestem już w połowie drogi do drzwi, kiedy ona zaczyna się śmiać.
- Co do diabła? – staram się nie krzyczeć.
- Po prostu mieszałam ci w głowie, nie jestem zainteresowana, uwierz – uśmiecha się. – A to, że ty też nie, ulżyło mi. Teraz usiądź – Mogłaby mieć wiele cech wspólnych z Tessą, ale nie jest równie słodka, ani tak niewinna.
Siadam na krześle po drugiej stronie kanapy, nie znam tej laski dość dobrze, by jej zaufać, i jestem cholernie pewien, że nie chcę po raz kolejny musieć bronić się przed jej pocałunkiem.
- Nic konkretnego. Mam tam pewną złą historię, ale jest coś więcej. Jest fakt, że ona będzie sama prosperować – odpowiadam, wiedząc jak cholernie szalenie brzmię, ale nie obchodzi mnie to. Ta dziewczyna prześladowała mnie przez godzinę, więc jeśli ktokolwiek jest szalony, to ona.
- A to coś złego?
- Nie, oczywiście chcę, żeby się rozwijała, po prostu chcę być tego częścią – wzdycham, desperacko za nią tęskniąc, nawet jeśli minęło tylko parę godzin. Fakt, że jest na mnie taka wkurwiona sprawia, że tęsknię za nią nawet bardziej.
- Więc odmówiłeś wyjazdu z nią do Seattle, ponieważ chcesz brać udział w jej życiu? To nie ma sensu – wyraża oczywistość.
- Wiem, że tego nie rozumiesz, ona też tego nie rozumie, ale ona jest jedynym, co mam. Dosłownie, jest jedynym w moim życiu, o co się troszczę, i nie mogę jej stracić, bez niej nie mam nic, ona jest wszystkim, co mam.
Dlaczego jej to mówię?!
- Wiem, że brzmię cholernie żałośnie.
- Nie, nie brzmisz – posyła mi sympatyczny uśmiech, a ja odwracam wzrok. Sympatia jest ostatnim, czego chcę.
Światło na schodach gaśnie i spoglądam z powrotem na Lillian.
- Powinienem sobie pójść? – pytam.
- Nie, jestem pewna, że mój ojciec jest zachwycony, że cię tu przyprowadziłam – mówi, bez sarkazmu w głosie.
- Czemu?
- Cóż, od kiedy tylko przedstawiłam im Riley, ma nadzieję, że zerwiemy.
- Nie lubi go, albo jakieś inne bzdury?
- Jej.
- Co?
- On nie lubi JEJ – mówi, a ja prawie się do niej uśmiecham.
Czuję się źle z tym, że jej ojciec nie akceptuje jej… związku, ale muszę przyznać, że totalnie mi ulżyło.

Tessa’s POV:


- To bardzo fajne, bo z mieszkania jest droga na pieszo do kampusu, więc nigdy nie będę musiał jeździć samochodem po mieście – wyjaśnia Liam.
- Dzięki Bogu za to – Karen kładzie rękę na ramieniu syna, a on kręci głową.
- Jestem dobrym kierowcą, lepszym niż Tessa – docina.
- Nie jestem taka zła, lepsza od Harry’ego – odprztykuję, biorąc ze stojącego przed nami na blacie talerza ciasteczko.
Ciągle obserwuję drzwi frontowe, czekając na powrót Harry’ego. Mój gniew przemienia się w troskę wraz z upływem minut.
- Dobrze, dzięki za wiadomość, widzimy się jutro – mówi Ken do telefonu, dołączając do nas w kuchni.
- Kto to był?
- Max. Harry jest u nich w domu z Lillian – wyjaśnia Ken, a mój brzuch koziołkuje.
- Lillian? – nie mogę powstrzymać się przed zapytaniem.
- Córką Maxa, jest mniej-więcej w waszym wieku.
Dlaczego Harry miałby być w domku sąsiadów z ich córką? Czy on ją zna? Spotykał się z nią kiedyś?
- Jestem pewien, że niedługo wróci – marszczy brwi Ken, a ja mam wrażenie, że nie rozważył mojej reakcji na tę informację, zanim ją podał.
- Tak – dławię się, wstając ze stołka.
- Ja teraz… pójdę się położyć – mówię im, próbując trzymać się w kupie. Mogę poczuć powracający do mnie gniew i muszę odejść od nich, zanim wybuchnie.
- Pójdę z tobą – oferuje Liam.
- Nie, wszystko dobrze, serio. Wstałam wcześnie, wszyscy wstaliśmy, a robi się późno – zapewniam go, a on potakuje, chociaż wiem, że nie kupuje tego.
Kiedy wdrapuję się na schody, mogę usłyszeć jak mówi:
- On jest cholernym idiotą.
Tak, Liam. Tak, on jest cholernym idiotą.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział 215.

Soundtrack do rozdziału:

• Andrew Garcia - Clarity (Cover)
• Taylor Swift - Tell Me Why
• Jayme Dee - Wrecking Ball (Cover)


Tessa's POV:

Nie wierzę, że Harry miał czelność oskarżać mnie o próby zajścia w ciążę. Nawet wspomnieć, że jest malutka szansa, że mogłabym nam to zrobić. Wszystko szło wspaniale, naprawdę niesamowicie w tej wannie z hydromasażem dopóki nie wspomniał o gumce. Powinien po prostu wyjść z wody i wziąć jedną. Wiem, że ma ich stos w walizce. Widziałam jak je pakuje zaraz po tym jak starannie zapakowałam nasze bagaże.
Zapewne był sfrustrowany całą tą sprawą związanym ze Seattle. Przesadził, może ja też.
Ze względu na moją irytację wobec niegrzecznym uwag Harry'ego i zrujnowanie... naszego momentu w jacuzzi, potrzebuję gorącego prysznica. Moment później woda zaczyna spływać po moim ciele, rozluźnia spięte mięśnie. Sięgam po szampon.
Tak bardzo się spieszyłam, by się od niego oddalić, że zapomniałam swojej kosmetyczki, super.
- Harry? - wołam, ale wątpię, żeby usłyszy mnie przez strumień wody. Na wszelki wypadek odsuwam zasłonę prysznicową, wyczekując go.
Kiedy nie pojawia się w drzwiach parę sekund później, sięgam po ręcznik na wieszaku i owijam go wokół mojego ciała. Gdy dochodzę do walizki, która leży na łóżku, słyszę głos Harry'ego.
- Masz jakiekolwiek inne puste mieszkania do zapełnienia? - mówi.
Czy on próbuję pomóc załatwić mi apartament?
Jestem w szoku, jak i podekscytowana na tę myśl, nareszcie przystał na pomysł z Seattle i zamierza mi pomóc, zamiast stać przeciwko mnie. Przynajmniej raz.
Podążam cicho przez drewnianą podłogę. Uważam, bym nie została przyłapana na moim podsłuchiwaniu.
- Sprawiłeś, że odniosłam wrażenie, że twoja przyjaciółka Tessa nie jest kimś, komu powinnam chcieć nająć mieszkanie. Skoro nie może mi zapłacić, ja nie mogę wynająć jej miejsca zamieszkania - mówi kobieta po drugiej strony linii.
Że co?
To o to chodzi?
Nie mógłby, przecież.
- Właśnie o to chodzi... ona nie jest taka zła, jak ją przedstawiłem, właściwie to nigdy nie zniszczyła żadnych mieszkań ani nie wyjechała bez płacenia - mówi, a mój żołądek się wywraca.
On to zrobił.
- Ty chory, samolubny draniu - to pierwsze słowa, jakie przychodzą mi na myśl.
Automatycznie się do mnie odwraca, jego twarz blednie, a usta szeroko otwierają. Telefon upada na podłogę.
- Halo? - głos Sandry rozbrzmiewa przez głośnik, a on sięga po komórkę, by ją uciszyć.
- Jak mogłeś? Jak mogłeś to zrobić? - złość przemawia przeze mnie.
- Ja... - zaczyna.
- Nie! Nawet nie marnuj czasu na wymyślaniu wymówki. Co, do cholery, sobie myślałeś? - z furią przechodzę przez drzwi do sypialni.
- Tesso, posłuchaj mnie - mówi.
Posłuchać go?
- Nie! To ty mnie posłuchaj, Harry - mówię przez zęby, staram się utrzymać niski ton mojego głosu. - Mam dosyć tego. Mam dosyć tego, że sabotujesz wszystko, co nie kręci się wokół ciebie - krzyczę, zaciskają ręce po bokach w piąstki.
- To nie tak, ja...
- Zamknij się! Zamknij się, do diabła. Jesteś taki samolubny, arogancki, jesteś po prostu... ugh! - nie mogę racjonalnie myśleć, słowa wypływają w złości, wymachuję rękoma w powietrzu.
- Nie wiem, co sobie myślałem, właśnie próbuje to naprawić.
Nie powinnam być zaskoczona, że to Harry stał za zniknięciem Sandry. Nie wie, kiedy przestać wtrącać się w moje życie, karierę. Mam tego dość.
- Dokładnie, to jest to, o czym mówię. Zawsze coś robisz, zawsze coś ukrywasz, zawsze znajdujesz sposoby, by kontrolować każdą cząstkę mojego życia, którą robię i nie mogę tego już dłużej znieść! To za dużo - nie mogę nic na to poradzić, ale chodzę w tę i z powrotem, a Harry patrzy na mnie uważnie.
- Mogę znieść to, że jesteś nadopiekuńczy. Mogę znieść to ciągłe wdawanie się w bójki. Cholera, nawet mogę znieść, że przez połowę czasu jesteś dupkiem, bo w głębi serca wiem, że robisz to dla mojego dobra, ale nie tym razem. Próbujesz zrujnować moją przyszłość, a ja na to nie pozwolę.
- Przepraszam.
- Ty zawsze, kurwa, przepraszasz. To jest zawsze to samo bagno. Robisz coś, ukrywasz, ja płaczę, ty przepraszasz i bam! Wszystko jest wybaczone, nie tym razem - rozglądam się za czymś, na czym mogłabym wyładować swoją złość, mam ochotę uderzyć Harry'ego w twarz. Zamiast tego chwytam poduszkę z łóżka i rzucam ją na podłogę.
To nie wystarcza, by zaspokoić gniew kipiący we mnie, ale czułabym się jeszcze gorzej, gdybym zniszczyła coś Kenowi lub Karen.
To bardzo wyczerpujące, nie mam pojęcia, ile jeszcze wytrzymam zanim się złamię.
Pieprzyć to. Nie mogę się złamać. Mam dosyć tego załamywania się, to wszystko co kiedykolwiek robię. Potrzebuję pozbierać moje własne kawałki, starannie je uporządkować i ukryć je z dala od Harry'ego, aby stanąć na nogi, ponownie.
- Mam już dość tego niekończącego się cyklu, mówiłam ci, ale ty nie słuchałeś. Znajdujesz kolejne sposoby, aby ciągnąć ten cykl, a ja jestem wykończona. Jestem tak cholernie wykończona! - rzucam inną poduszkę na podłogę.
Nie wiem czy kiedykolwiek byłam tak zła na niego. Tak, zrobił gorsze rzeczy, ale to przekracza wszelkie granice. Wcześniej nie byliśmy w takim punkcie, w miejscu, gdzie myślałam, że skończył z ukrywaniem rzeczy i myślałam, że zrozumiał, że nie powinien mieszać w mojej karierze.
- Masz już mnie dość? - pyta, jego głos jest chwiejny.
- Czy to powiedziałam?
Zawsze zakłada, że wszystko jest gorsze i szczerze to jest jeszcze bardziej frustrujące.
- Powiedziałaś, że masz dość - jego głos się łamie.
Nie wiem czym rzeczywiście tak jest, powinnam mieć dość, ale wiem, że lepiej jak teraz mu odpowiem.
- Powiedziałam, że jestem wykończona tym cyklem, jestem tak cholernie wyczerpana i nie mogę tego wytrzymać. Nie mogę tak dłużej! Miałeś zamiar pozwolić wyjechać mi do Seattle bez kąta do zamieszkania, tylko po to, by zmusić mnie, żebym nie jechała - normalnie bym płakała i wybaczyła mu pocałunkiem, ale nie tym razem.
Stoi przede mną w ciszy, a ja biorę głęboki oddech, oczekując, by moja złość się zmniejszyła, ale tak nie jest. To rośnie i rośnie aż dosłownie widzę czerwony kolor. Chwytam resztę poduszek, wyobrażając sobie, że są to szklane wazony, które faktycznie tłuką się o podłogę, zostawiając bałagan, który ktoś inny musi posprzątać. Problemem jest, że to ja byłabym tą sprzątaczką, nawet by mnie nie oszczędził.
- Idź stąd! - krzyczę na niego.
- Nie, przykro mi, dobra? Ja...
- Idź stąd, do cholery. Teraz - spluwam, a on patrzy na mnie, jakby nie wiedział kim jestem, może nie ma pojęcia.
Opuszcza pokój, a ja trzaskam za nim drzwiami, po czym wychodzę na balkon. Siadam na wiklinowym krześle i patrzę się na wodę, próbując się uspokoić, zanim powiem mu coś jeszcze gorszego.
Żadne łzy nie przyszły, tylko wspomnienia. Wspomnienia i żale.

Harry's POV:

Nie wiem, gdzie mam się, kurwa, podziać, ale wiem, że to nie jest najlepszy pomysł, by wrócić i sprawić, że będzie jeszcze bardziej wkurzona.
Wiem, że jest wykończona. Widzę to po jej twarzy za każdym razem, kiedy coś spieprzę. Bójka z Zaynem, kłamstwa na temat wydalenia, każdy wykroczenie ma na nią katastrofalny wpływ. Myśli, że tego nie dostrzegam, ale to nieprawda.
Dlaczego ustawiłem Sandrę na tryb głośnomówiący? Gdybym tego nie zrobił, mógłbym naprawić to bagno i powiedzieć jej o moim błędzie, a ona by nie była taka wkurzona.
To prawda, to moja natura. Biorę zamach na ścianę obok schodów.
- Kurwa! - to nie jest regips, tylko prawdziwe drewno i zapomniałem jakie jest twarde.
Zaciskam w pięść drugą rękę i powstrzymuję się od ponownej, idiotycznej reakcji. Dobrze, że nie rozdarłem skóry, oczywiście jestem poobijany, ale to nic nowego.
'Mam już dość, tego niekończącego się cyklu, mówiłam ci, ale ty nie słuchałeś.'
Zeskakuję ze schodów i rzucam się na kanapę z takim temperamentem jak dziecko. Może to prawda, jestem pieprzonym dzieckiem. Ona to wie, ja to wiem, wszyscy cholerni ludzie to wiedzą. Powinni umieścić taki nadruk na mojej koszulce.
Powinienem po prostu tam pójść i spróbować się ponownie wytłumaczyć, ale szczerze jestem lekko przerażony. Nigdy wcześniej nie widziałem jej takiej wkurzonej. Więcej klęła przez te trzy minuty niż przed ten cały czas, od kiedy ją spotkałem. Podejrzewam, że gdyby nie byłoby tych poduszek, zapewne by mnie uderzyła. Cholernie na to zasługuję.
Już dawno mógłbym zakończyć tę dupną wycieczkę, gdyby Tessa mnie do niej nie zmusiła. Nie chciałem tutaj nawet przyjechać za pierwszym razem.
Łódź wydawała się w porządku...
Ogólnie ta cała podróż była jakąś bzdurą, a teraz, kiedy jest na mnie wkurzona, nic tutaj mnie nie trzyma.
Z wyjątkiem przypadków, kiedy zobaczyłem, że może być dobrze. Nie wyszło i tym razem, zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że spartaczyłem z jej apartamentem w Seattle, ale jestem zrozpaczony, by mnie nie opuściła. Wiem, co się wydarzy się w tym mieście i to nie wróży dobrego końca.
Gapię się w sufit, nie do końca pewien, co mam zrobić. Nie mogę tak po prostu tutaj siedzieć, ale wiem, że jakbym poszedł na górę, Tessa jeszcze bardziej by się wściekła.
Pójdę na spacer, to jest to, co robią normalni ludzie, gdy są wkurzeni.
Bez uderzenia w ściany i niszczenia czegokolwiek.
Musze się przebrać, zanim cokolwiek zrobię. Gdybym nie był tak bardzo zmieszany zachowaniem Tessy, bardziej bym się przejął co mam zrobić.
Drzwi od pokoju Liama są otwarte i od razu wywracam oczami. Jego ciuchy są starannie ułożone łóżku. Musiał mieć już zaplanowane, gdzie wszystko umieścić, zanim jeszcze Karen i mój ojciec umieścili go w sąsiedniej kabinie.
Grzebię w jego rzeczach, desperacko szukając czegoś co nie ma kołnierza. W końcu znajduję zwykłą, niebieską koszulkę i parę czarnych dresów. Jak pięknie, kurwa.
Teraz stosuję zasadę dzielenia się ciuchami z Liamem. Mam nadzieję, że złość Tessy nie potrwa zbyt długo, a teraz nie wiem, co mam ze sobą począć. Nie spodziewałem się, że zareaguje tak źle jak to zrobiła. To nierealne, że użyła do mnie aż tylu słów, a ten sposób, w jaki się na mnie patrzyła w tym pokoju...
To wyglądało gorzej niż kiedykolwiek, przeraziła mnie.
Rzucam okiem na drzwi od pokoju, który jeszcze dwadzieścia minut temu był nazywany 'naszym'. Opuszczam głowę i kieruję się w stronę drzwi.
Kiedy prawie jestem na podjeździe, przybywa mój przybrany brat. Przynajmniej jest sam.
- Gdzie jest mój ojciec?
- Założyłeś moje ciuchy? - pyta mnie, troszkę zdezorientowany.
- Umm, tak. Nie miałem wyboru, nie rób z tego wielkiej sprawy - wzruszam ramionami, wiedząc, że jego uśmiech jest planowany.
- Dobrze? Gdzie jest Tessa?
- W środku.
- Co zrobiłeś tym razem?
Że co, do cholery?
- Dlaczego myślisz, że coś zrobiłem? - pytam, na co marszczy brwi.
- Okej... Zrobiłem coś, coś cholernie głupiego, ale nie chcę słuchać twoich pouczeń, nie będę się nimi przejmować - prycham.
- W porządku - wzrusza ramionami i odchodzi ode mnie.
Miałem nadzieję, że jeszcze coś mi powie. Czasem jego rady mu wychodziły.
- Czekaj! - krzyczę, a on się odwraca. - Nie masz się zamiaru zapytać o co poszło?
- Powiedziałeś mi przecież, że nie chcesz o tym rozmawiać - odpowiada.
- Tak, ale... jasne - nie mam pojęcia co powiedzieć, a on patrzy się na mnie, jakby wyrosły mi dwie głowy.
- Chcesz mi się zwierzyć? - patrzy zadowolony. Dzięki Bogu, że nie jest takim dupkiem.
- Jestem powodem - zaczynam, kiedy mój ojciec i Karen wchodzą na podjazd.
- Powodem czego? - Liam pyta i patrzy się na nich.
- Nic, nie ważne - wzdycham, przeczesując moje cholerne włosy w frustracji.
- Hej, Harry! Gdzie jest Tessa? - pyta Karen.
Dlaczego każdy się mnie o to pyta? Kiedy jestem od niej oddalony więcej niż pięć metrów?
Ból w klatce piersiowej przypomina mi, że nie mogę być przecież bliżej.
- Śpi w środku - kłamię i zwracam się do Liama. - Wybieram się na spacer, możesz się upewnić, że wszystko z nią w porządku? - pytam się, a on przytakuje.
- Gdzie idziesz? - mój ojciec krzyczy do mnie, kiedy się oddalam.
- Wychodzę - prycham i przyspieszam.
W tym czasie, kiedy dostrzegam znak stopu, zdaję sobie sprawy, że nie mam pieprzonego pojęcia, gdzie mam pójść ani nawet nie znam drogi powrotnej do domu.
Oficjalnie nienawidzę tego cholernego miejsca.
Nie wydawało się być tak źle, kiedy oglądałem, jak włosy Tessy lekko falują na wietrze. Jej oczy skupione były na wodzie, jej usta układały się w spokojnym uśmiechu. Wyglądała na zrelaksowaną, jak spokojne fale rozbijające się o brzeg. Tak było dopóki nasza łódź nie wtargnęła w ten spokój.
- Zgubiłeś się czy coś? - głos dziewczyny przerywa moje rozmyślania na temat opalenizny Tessy.
Kiedy się odwracam jestem zaskoczony, że widzę dziewczynę jakoś w moim wieku. Jej brązowe włosy są tak długie jak Tessy i jest sama. Rozglądam się dookoła i nic nie zauważam. Tylko puste drogi żwiru i ziemi.
- A ty? - pytam ją, biorąc pod uwagę długość jej spódniczki.
Uśmiecha się do mnie i podchodzi bliżej. Musi mieć brakujące komórki mózgowe, by być tutaj w środku nocy i pytać kompletnie nieznajomego, wytatuowanego chłopaka czy się nie zgubił.
- Nie, wymknęłam się - mówi, zakładając swoje włosy za ucho.
- Uciekłaś? - niech lepiej zabiera swój tyłek z tej drogi. Ostatnią rzeczą, jaką potrzebuję jest wściekły ojczulek szukający swojej 'roznegliżowanej' córeczki.
- Nie - śmieje się. - Odwiedziłam moich rodziców podczas przerwy w college'u i zanudzili mnie na śmierć.
- Lepiej dla ciebie - odpowiadam i zaczynam się od niej oddalać.
- Idziesz w złą stronę.
- Nie obchodzi mnie to - wzdycham i jęczę, kiedy słyszę kroki na żwirze, co jest jednoznaczne z tym, że podąża za mną.

Tessa's POV:

- Tessa? - głos Liama roznosi się po pokoju i na zewnątrz balkonu.
- Tutaj - odpowiadam wdzięczna, że założyłam szorty i sweter.
Harry zawsze mi dogryza, kiedy to robię, ale jest to komfortowe, tak jak w takich momentach. Nie jest za zimno, ani za gorąco.
- Hej - mówi i siada na krześle obok mnie.
- Hej - spoglądam na niego i z powrotem odwracam wzrok na wodę.
- Wszystko w porządku?
Przez chwilę myślę nad odpowiedzią. W porządku? Nie. Będzie? Tak.
- Tak, myślę, że tak - przyciągam moje kolana i owijam wokół nich ramiona.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Nie, nie chcę psuć tej wycieczki moimi dramatami. Jest w porządku, naprawdę.
- Okej, ale wiesz, że jak będziesz chciała się wygadać to wysłucham.
- Wiem - patrzę na niego, a on wysyła mi zapewniający uśmiech.
Nie wiem, co bez niego zrobię.
- Czy to... - jego oczy się rozszerzają, a ja patrzę na co wskazuje palcem.
- O, Boże! - wyskakuję z mojego miejsca, chwytam moje czerwone majtki pływające po wodze i chowam je do przedniej kieszeni bluzy.
Liam przygryza dolną wargę, by stłumić śmiech, ale ja nie umiem wytrzymać. Oboje wybuchamy gromkim śmiechem - jego jest prawdziwy, mój z upokorzenia. Uważam, że ten uśmiech jest odpowiedzią na łzy po kłótni z Harrym.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •