piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 277.

Soundtrack do rozdziału:

• The Fray - Fall Away
• Hoobastank - The Reason
• Taylor Swift - Sad Beautiful Tragic


Harry's POV:

- Harry, proszę. Muszę się przyszykować - jęknęła Tessa w mój tors. Jej nagie ciało było przerzucone przez moje, rozpraszając każdą komórkę mózgową, jaka mi została.
- Nie przekonujesz mnie, kobieto. Gdybyś naprawdę chciała wyjść, już nie byłoby cię w łóżku - przyłożyłem usta do łuku jej ucha, a ona zachichotała. - Na pewno nie będziesz się teraz ocierać o mojego kutasa - zawołałem. Ona zaśmiała się i ześliznęła po mnie, umyślnie wchodząc w kontakt z moją i tak już twardą erekcją.
- Właśnie to zrobiłaś - jęknąłem, obejmując palcami jej krągłe biodra. - Teraz nigdy nie dotrzesz na zajęcia. - moje palce przesunęły się na front jej ciała, wślizgując się w nią ze zduszonym okrzykiem. Kurwa, ona zawsze wydawała się tak jebanie ciasna i ciepła wokół moich palców, a jeszcze bardziej wokół mojego kutasa.
Bez słowa przetoczyła się na swoją stronę i zarzuciła na mnie rękę, powoli drgając. Przeciągnęła kciukiem po już obecnym wzgórku, zdradzając chłodny uśmieszek na mojej twarzy, gdy ona zakwiliła po więcej.
- Więcej czego? - droczyłem się z nią, modląc się, że podchwyci przynętę. Tak czy siak wiedziałem, co było następne w kolejce, po prostu kochałem słuchać jak ona to mówi.
Jej słowa stawały się w jakiś sposób bardziej istotne, bardziej namacalne, kiedy były wymawiane na głos. Sposób, w który prosiła i jęczała o mnie był czymś więcej niż satysfakcją lub pożądliwym apelem. Te słowa wyrażały zaufanie, jakie we mnie pokładała, ruchy jej ciała zdradzały jej lojalność wobec mnie oraz obietnice jej miłości do mnie, które wypełniały mnie, moje ciało i duszę.
Byłem totalnie przez nią skonsumowany, kompletnie, kurewsko zatracony w niej, za każdym razem kiedy kochałem się z nią od początku, nawet kiedy byłem wobec niej nieszczery. Ten raz nie stanowił wyjątku.
- Powiedz mi, Tesso - naciskałem na nią, by uzyskać słowa, których chciałem, których potrzebowałem.
- Więcej wszystkiego, po prostu... po prostu ciebie całego - jęknęła, błądząc ustami po mojej klatce piersiowej. Uniosłem jedno z jej ud, aby opleść nim własne. W ten sposób będzie głębiej, trudniej, ale o wiele głębiej i będę mógł z łatwością ją obserwować. Będę mógł obserwować to, co tylko ja mógłbym jej zrobić i będę kurewsko rozkoszował się sposobem, w jaki jej usta rozwierają się, kiedy dochodzi, wołając moje imię.
- Już masz całego mnie - powinienem był powiedzieć. Zamiast tego, sięgnąłem do przodu i wyjąłem kondoma ze stolika nocnego, po czym nałożyłem go, naciskając pomiędzy jej nogami. Jej jęk satysfakcji prawie sprawił, że buchałem płomieniami, ale trzymałem się dostatecznie długo, aby zaciągnąć ją na krawędź razem ze sobą. Wyszeptała, jak bardzo mnie kocha i jak sprawiam, że dobrze się czuje, a ja powinienem był powiedzieć jej, że czuję się tak samo, nawet bardziej, niż mogłaby to kiedykolwiek sobie wyobrazić, ale zamiast tego, wymawiam tylko jej imię, gdy wypróżniam się w prezerwatywę.
Było tak wiele rzeczy, które powinienem był powiedzieć, mogłem powiedzieć, i na pewno, cholera, powiedziałbym, gdybym wiedział, że moje dni w niebie były policzone.
Wiedząc, że zostanę wygnany tak szybko, adorowałbym ją w sposób, jaki na to zasługuje. 

***

- Jesteś pewien, że nie chcesz tu zostać na kolejną noc? Słyszałem jak Tessa mówi Carol, że jeszcze nie odjeżdża - Noah wyciąga mnie z mojej podświadomości z powrotem do realnego świata w swój denerwujący sposób - Wszystko w porządku? - dodaje.
- Tak - powinienem mu powiedzieć, co się działo w mojej głowie, słodko-gorzkie wspomnienie Tessy zarzuconej wokół mnie, wczołgującej się na moje plecy, kiedy dochodziła. Jednak z drugiej strony, naprawdę nie chcę tego obrazu w jego głowie.
- A więc? - unosi na mnie swoją blond brew.
- Wyjeżdżam. Muszę dać jej trochę przestrzeni - wyjaśniam, zastanawiając się, jakim jebanym cudem wpakowałem się w tę sytuację. Moja głupota jest doprawdy nieporównywalna, jeśli odliczymy głupotę moich ojców, a także mojej mamy, jak przypuszczam. Musiałem przejąć tę głupotę od nich. Ta trójka musi być miejscem, w którym nabyłem potrzebę do sabotowania siebie samego, niszczenia jedynego dobra w moim życiu.
Mógłbym ich obwiniać.
Mógłbym, ale obwinianie wszystkich innych jak dotąd nie zaprowadziło mnie nigdzie. Może to czas, żebym zrobił coś inaczej.
- Przestrzeni? Nie wiedziałem, że znasz to słowo - Noah próbuje ze mnie zażartować. Musi zauważyć moje spojrzenie, bo szybko dodaje:
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, nie wiem czego, ale po prostu czegokolwiek, ogólnie, możesz do mnie zadzwonić - niezręcznie gapi się na olbrzymi salon swojego domu rodzinnego, a ja wpatruję się w ścianę za nim, aby uniknąć patrzenia na niego.
Po niekomfortowym w-tę-i-we-wtę z Noah oraz więcej niż kilkoma zdenerwowanymi spojrzeniami pani Porter, zabieram moją małą torbę i wychodzę z domu. Nie mam ze sobą szitu, tylko malutką torbę z paroma brudnymi ciuchami i ładowarkę do telefonu. Co gorsza, w szczególności dla moich nerwów, właśnie teraz, gdy jestem na zewnątrz, w mżącym deszczu, przypominam sobie, gdzie znajduje się mój samochód. Kurwa.
Mógłbym pójść do domu mamy Tessy i zabrać się z Kenem, jeśli wciąż tam jest, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Jeśli znajdę się gdziekolwiek w jej pobliżu, nawet jeśli tylko będę oddychał tym samym powietrzem co Tessa, nikt nie będzie wstanie mnie od niej oderwać. Lekko pozwoliłem Carol odprawić mnie w szklarni, ale to się więcej nie stanie. Byłem tak blisko przebicia się do Tessy. Czułem to i wiem, że ona też to czuła. Widziałem jej uśmiech. Widziałem jak pusta, smutna dziewczyna uśmiecha się dla mnie.
Wciąż ma w sobie tyle miłości do mnie, aby strawić na mnie kolejny uśmiech i to znaczy dla mnie cholernie dużo. Może, tylko może, jeśli dam jej przestrzeń, której teraz potrzebuje, dalej będzie rzucała mi skrawki. Przyjmę je z jebaną przyjemnością. Niewielki uśmiech, zawierająca jedno słowo odpowiedź na sms-a, cholera, jeśli nie dostanę sądowego zakazu zbliżania się do niej, z radością przyporządkuję się wszystkiemu, co mi da, dopóki nie przypomnę jej, co mamy razem.
Przypomnieć jej? To właściwie nie jest za wielkie przypomnienie, skoro ja nigdy naprawdę nie pokazałem jej tego, jaki mogę być. Byłem tylko egoistyczny, przestraszony, pozwalając mojemu strachowi i wstrętowi do samego siebie grać główne role w przedstawieniu, zawsze odciągając od niej moją uwagę. Skupiałem się tylko na sobie i swoim obrzydzającym nawyku zabierania każdej uncji jej miłości i zaufania i rzucania jej nimi w twarz.
Deszcz teraz się ożywił i naprawdę to jest w porządku. Deszcz zwykle pomógłby mi zanurzyć się w mojej nienawiści do siebie, ale nie dzisiaj. Dziś deszcz nie jest taki zły.

Tessa’s POV:

Deszcz powrócił, spadając ciężką, samotną połacią na trawnik. Wychylam się teraz za okno, wgapiając się za nie, jak gdybym była zahipnotyzowana tym widokiem. Kiedyś lubiłam deszcz, w dzieciństwie był dla mnie pewnym rodzajem komfortu, który przeniósł się do moich nastoletnich lat, a teraz w dorosłość, ale w tej chwili on tylko przypomina mi o samotności panującej wewnątrz mnie.
Dom opustoszał, nawet Liam i jego rodzina wrócili do Pullman. Nie mogę się zdecydować czy cieszę się z tego, że wyjechali, czy jestem smutna, bo jestem sama.
- Hej – miękkie pukanie rozbrzmiewa o drzwi sypialni, przypominając mi, że jednak nie jestem sama. Zayn zaoferował, że zostanie tutaj na noc, a ja nie mogłam go odrzucić. Siadam przy wezgłowiu łóżka i czekam, aż otworzy drzwi.
Mija kilka sekund, a wciąż nie wszedł do pokoju.
- Możesz wejść – wołam. Jestem przyzwyczajona, że ktoś wbija się do mojego pokoju, nim zdążę wyrazić na to zgodę. Nie, żeby kiedykolwiek mi to przeszkadzało, w pewnym sensie to lubiłam.
Zayn wchodzi do małego pokoju ubrany w ten sam strój, który założył na pogrzeb. Jedyną różnicę stanowi to, że teraz kilka guzików jego eleganckiej koszuli jest rozpiętych,  a jego nacelowane włosy oklapły, przybierając łagodniejszy, wygodniejszy wygląd.
- Jak się czujesz? – siada na krańcu łóżka i odwraca się w moją stronę.
- Dobrze, mam się w porządku. Nie wiem, jak powinnam się czuć – odpowiadam szczerze. Nie mogę mu powiedzieć, że opłakuję dzisiaj w żałobie stratę dwóch mężczyzn, nie tylko jednego.
- Chcesz dokądś pójść? Albo może obejrzeć film, czy coś? Żeby przestać myśleć o tym?
Muszę dać sobie chwilę na pomyślenie o tym pytaniu. Nie chcę do nikąd iść ani niczego robić, nawet jeśli prawdopodobnie powinnam. Dobrze mi było siedząc przy oknie i rozwijając swoją obsesję na punkcie pustoszącego deszczu.
- Albo może moglibyśmy po prostu porozmawiać? Nigdy cię takiej nie widziałem, nie jesteś sobą – Zayn kładzie dłoń na moim ramieniu, a ja nie mogę się powstrzymać i pochylam się w jego stronę. Niesprawiedliwym było z mojej strony wcześniejsze bycie taką surową wobec niego. On tylko próbował mnie pocieszyć, a powiedział przy tym przeciwieństwo tego, co chciałabym usłyszeć.
To nie wina Zayna, że ostatnio wrzuciłam kierunkowskaz w stronę Wariatkowa, a wyłącznie moja. Populacja wynosi tam dwie osoby: tylko ja i moja podświadomość. Należy jej się własna dana, odkąd wydaje się, że tylko ona została ze mną po tej bitwie, chociaż wciąż jest pokryta brudem i gruzem, wymachuje białą flagą, mając nadzieję, że najgorsze już minęło.
- Tesso? – palce Zayna muskają mój policzek, aby zdobyć moją uwagę.  Zawstydzona, kręcę głową w jego stronę.
- Przepraszam, powiedziałam ci, że czuję się trochę szalenie – próbuję się uśmiechnąć, na co on odpowiada tym samym. Martwi się o mnie, widzę to w złocie i brązie jego oczu. Widzę to w słabym uśmiechu, który przepycha przez swoje pełne wargi.
- Nic się nie stało. Dużo się u ciebie dzieje. Chodź tutaj- poklepuje wolną przestrzeń koło siebie, a ja przysuwam się bliżej. - Muszę cię o coś zapytać – opalone policzki Zayna okrywają się oczywistym rumieńcem, a ja potakuję, prosząc go, aby kontynuował. Nie mam pojęcia, czego może dotyczyć jego pytanie, ale był dla mnie takim świetnym przyjacielem, przejeżdżając całą drogę tutaj, aby mnie wesprzeć.
- Cóż, dobrze – pauzuje, przedłużając długi oddech – zastanawiałem się, co stało się pomiędzy tobą a Harrym – zagryza dolną wargę, a ja szybko odwracam wzrok.
- Nie wiem, czy powinniśmy dyskutować na temat mnie i Harry’ego.
- Nie potrzebuję szczegółów, chcę tylko wiedzieć czy tym razem to naprawdę, ostatecznie koniec?
- To koniec – przełykam ciężką prawdę.
- Jesteś pewna?
- Tak, ale nie wiem, o co – przerywają mi wargi Zayna przyciskające się do moich.
Jego dłonie wplatają się w moje włosy, a jego język przebił się przez moje zamknięte usta. Chwilowo tracę oddech przez niespodziankę, jaką mi sprawił, a on bierze to za zaproszenie, aby napierać mocniej i przyciska swoje ciało do mojego, wciskając mnie bliżej materaca.
Zdezorientowane i totalnie zbite z tropu, moje ciało reaguje szybko, dłońmi odpychając jego klatkę piersiową. On wacha się przez moment, wciąż próbując wtopić swoje usta w moje.
- Co ty robisz?! – sapię, w momencie, w którym wreszcie mnie puszcza.
- Co? – Jego oczy są rozszerzone, a wargi opuchnięte od naciskania na moje.
- Dlaczego to zrobiłeś? – zrywam się na równe nogi, totalnie odrzucona przez jego uczucia i desperacko próbuję nie reagować przesadnie.
- Co? Pocałowałem cię?
- Tak! – krzyczę, po czym szybko zasłaniam usta. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest moja matka wchodząca do pokoju.
- Powiedziałaś, że z tobą  i Harrym koniec! Sama przed chwilą to powiedziałaś! – jego głos jest bardziej donośny niż mój, ale nie podejmuje żadnych kroków, aby się uciszyć, jak ja to zrobiłam.
Dlaczego myślałby, że to jest okej? Dlaczego by mnie pocałował?
- To nie było zaproszenie, żebyś ty zrobił krok w moją stronę! Myślałam, że zjawiłeś się tutaj, żeby mnie pocieszyć, jako przyjaciel – nadmiernie podkreślam ostatnie słowo.
- Jako przyjaciel? – naśmiewa się. – Wiesz, co do ciebie czuję! Zawsze wiedziałaś, co do ciebie czułem!
Jestem zdumiona brutalnością tonu, jakiego używa wobec mnie. Zawsze był taki wyrozumiały, co się zmieniło?
- Zgodziłeś się na to, żebyśmy byli przyjaciółmi. Wiesz, co ja czuję do niego – utrzymuję swój głos tak spokojny i neutralny, jak to możliwe pomimo paniki w mojej klatce piersiowej. Nie chcę ranić uczuć Zayna, ale on daleko przekroczył granice.
- Nie, nie wiem co do niego czujesz, ponieważ wy dwoje ciągle się schodziliście i rozchodziliście. Zmieniasz swoje zdanie raz na tydzień, a ja zawsze czekam, czekam, czekam – wywraca oczami, a ja kurczę się. Ledwie rozpoznaję tego Zayna, chcę, żeby ten stary wrócił. Ten Zayn, któremu ufam i o którego się troszczę nie jest tutaj.
- Wiem to. Wiem, jak się zachowujemy, ale myślałam, że wyraziłam się jasno na temat – zaczynam
- Zwisanie na mnie przez cały czas nie do końca przesyła tę czystą wiadomość – jego głos jest płaski, zimny, a porcja ciarek przemierza mój kręgosłup w dół z powodu różnicy, jaka nastąpiła w nim w ciągu ostatnich dwóch minut.
- Nie zwisałam na tobie cały czas – jak on mógłby w ogóle w to wierzyć? – To ty otoczyłeś mnie ramieniem, aby pocieszyć mnie na pogrzebie mojego ojca. Myślałam, że to był uroczy gest, nie chciałam, żebyś odebrał to w jakikolwiek inny sposób. Harry tam był, chyba nie pomyślałeś, że okazałabym przywiązanie wobec ciebie w jego obecności? – jestem obrażona i zdezorientowana przez jego oskarżenie.
Echo zamykającej się szafki rozbrzmiewa w małym domu, a Zayn zdobywa się na wysiłek przyciszenia własnego głosu.
- Dlaczego nie? Już wcześniej używałaś mnie, aby wzbudzić jego zazdrość? – oschle szepcze.
Chcę się bronić, ale wiem, że ma rację. Nie we wszystkim, ale w tym wypadku jego argument jest słuszny.
- Wiem, że robiłam to w przeszłości i jest mi przykro z tego powodu. Naprawdę cię przepraszam, już ci mówiłam, jak mi z tym źle i powiem to jeszcze raz. Zawsze byłeś tu dla mnie i doceniam cię bardzo, ale myślałam, że rozmawialiśmy na ten temat. Myślałam, że zrozumiałeś, że ty i ja możemy się tylko przyjaźnić, to wszystko.
- Jesteś przez niego tak stłamszona, że nawet nie widzisz tego, jak głęboko w tym siedzisz – wymachuje dłonią w powietrzu. Ciepły błysk w jego oczach obniżył temperaturę, zatrzymując się na zmrożonym bursztynie.
- Zayn – wzdycham, pokonana. Nie chciałam się z nim kłócić, nie po tygodniu, jaki przeszłam. – Przykro mi, dobrze? Naprawdę mi przykro, ale zachowujesz się kompletnie nieodpowiednio w tej chwili. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie jesteśmy – prycha – myślałem, że po prostu potrzebujesz więcej czasu, myślałem, że to będzie mój ostatni krok, aby w końcu cię posiąść, a ty mnie odrzuciłaś. Znowu.
- Nie mogę dać ci tego, co chcesz, wiesz, że nie mogę. To dla mnie niemożliwe. Dobrze czy źle, Harry zostawił swoje piętno na mnie i nie mogłabym oddać się tobie, ani komukolwiek, obawiam się – w momencie, kiedy te słowa opuszczają moje usta, żałuję ich.
Spojrzenie oczu Zayna kiedy kończę swoją żałosną mowę sprawia, że kręcę się, próbuję uchwycić jakąkolwiek pozostałość po panu Collinsie, jakiego myślałam, że znałam. Zamiast tego, stoję w tej sypialni, patrząc na Wickhama i czynię kroki w stronę otwartych drzwi.
- Tesso, poczekaj! Przepraszam! – woła za mną, ale już otwieram frontowe drzwi i biegnę w deszczu, nim jego głos zdąży rozbrzmieć w korytarzu.
Moje bose stopy plaskają o beton, a ubrania są przemoczone, nim docieram do domu Porterów. Nie wiem, jaka jest pora, nie mogłabym nawet zgadywać godziny, ale jestem wdzięczna, że światła w przedsionku są włączone. Ulga spływa po mnie jak zimny deszcz, kiedy matka Noah otwiera drzwi.
- Tesso? Moja droga! Wszystko w porządku? – szybko wciąga mnie do środka, a ja wzdrygam się na dźwięk wody ściekającej ze mnie na ich czystą podłogę z drewna.
- Przepraszam, ja po prostu… - kiedy rozglądam się po rozległym i praktycznie nieskazitelnym salonie, natychmiast żałuję przychodzenia tutaj. Harry i tak nie chciałby się ze mną widzieć, co ja sobie myślałam? Już nie jest moją osobą, do której mogę pospieszyć, nie jest mężczyzną, którym myślałam, że był.
Mój Harry zniknął w Anglii, a jakiś nieznajomy zajął jego miejsce i zrujnował nas. Mój Harry nigdy by się nie naćpał i nie dotknąłby innej kobiety, nie pozwoliłby innej kobiecie nosić swoich ubrań. Mój Harry nie wydrwiłby mnie na oczach swoich przyjaciół i nie odesłał spakowanej z powrotem do Ameryki, wyrzucając mnie, jakbym była niczym. Jestem niczym, przynajmniej dla niego.
Im więcej napastliwych czynności zbiera się na mojej liście, tym głupiej brzmię wewnątrz mojego własnego umysłu. Prawda jest taka, że jedyny Harry jakiego znałam zrobił wszystko z powyższych, raz po raz, i nawet teraz, kiedy tylko ja słucham, wciąż go bronię. Jak bardzo jestem żałosna?
- Bardzo przepraszam, pani Porter. Nie powinnam była tutaj przychodzić. Proszę nie mówić nikomu, że tu byłam – rozpaczliwie przepraszam i jako niestabilna osoba, którą się stałam, znowu biegnę na deszcz, nim ona może mnie zatrzymać.
Do czasu, kiedy się zatrzymuję, jestem blisko poczty. Zawsze nienawidziłam tego rogu, kiedy byłam dzieckiem. Mały, ceglany budynek poczty spoczywa sam na zapleczu miasta. W pobliżu nie ma żadnych domów ani biur, a w momentach takich, jak ten,  kiedy jest ciemno i pada, moje oczy płatają mi figle i mały budynek miesza się między drzewa. Jako dziecko zawsze koło niego przebiegałam.
Adrenalina teraz ze mnie uleciała i stopy bolą mnie od powtarzającego się uderzania nimi o beton. Nie wiem, co myślałam, zapuszczając się tak daleko w głąb w miasta. Nie myślałam, jak przypuszczam.
Moje i tak już podważalne zdrowie emocjonalne pogrywa sobie po raz kolejny, kiedy cień wyłania się spod daszku przy poczcie. Zaczynam się cofać, powoli, tylko na wypadek, gdybym nie miała przywidzeń.
- Tessa? Co ty, do cholery, robisz? – mówi cień głosem Harry’ego. Z pełną intencją, aby biec, odwracam się na pięcie, ale on jest szybszy ode mnie. Jego ręce oplatają się wokół mojej talii i przyciąga mnie do swojego torsu, nim mogę wystartować. Wielka dłoń zmusza mnie, abym spojrzała w górę, na niego i próbuję trzymać oczy otwarte i skupione, pomimo ciężkich kropel deszczu psujących moją wizję.
- Dlaczego, do cholery, jesteś tutaj, w deszczu, sama? – przebija się Harry przez hałasujący deszcz.
Nie wiem, jak się czuć. Chcę skorzystać z rady Harry’ego i czuć się jakkolwiek chcę, ale to nie takie proste. Nie mogę zdradzić malutkiego pokładu siły, który jeszcze we mnie został. Gdybym pozwoliła sobie poczuć wszechogarniającą ulgę, którą przynosi dłoń Harry’ego na moim policzku, zawodziłabym siebie.
- Odpowiedz mi. Coś się stało?
- Nie – kręcę głową, kłamiąc. – Dlaczego jesteś tu tak późno, pośrodku niczego? Myślałam, że zostawałeś u Porterów? – przypuszczam, że pani Porter wspomniała o moim zawstydzającym i bardzo desperackim błędzie w ocenie.
- Nie, odszedłem stamtąd około godzinę temu. Czekam na taksówkę. Ten dupek miał tu być dwadzieścia minut temu – ubrania Harry’ego są nasiąknięte, włosy przemoczone, jego dłoń trzęsie się tuż przy mojej skórze.
- Powiedz mi, czemu tutaj jesteś, ledwo ubrana i boso – mogę powiedzieć, że czyni świadomy wysiłek, aby pozostać spokojnym, ale jego maska nie jest tak nienaruszona, jak w to wierzy. Dokładnie, jak w świetle dziennym, mogę zobaczyć panikę w zieleni jego oczu. Nawet w ciemności udaje mi się ujrzeć sztorm hulający za nimi. On wie, on zawsze wydaje się po prostu wiedzieć wszystko.
- To nic. Nic wielkiego – odchodzę od niego na krok, ale on tego nie kupuje. Przysuwa się do mnie, nawet bliżej niż poprzednio. Nigdy nie był mniej niż wymagający.
Reflektory przebijają się przez zasłonę deszczu, a moje serce zaczyna tłuc wewnątrz, kiedy formuje się kształt furgonetki. Zayn zostawia swój samochód z włączonym silnikiem, kiedy wychodzi z niego i spieszy w moją stronę. Harry wchodzi pomiędzy nas, w ciszy ostrzegając go, aby nie podchodził ani kroku bliżej. To kolejna scena, do której zbytnio przywykłam i wolałabym jej więcej nie widzieć. Każdy aspekt mojego życia wydaje się być cykliczny, jak błędne koło, które zabiera ze sobą jeden kawałek mnie za każdym razem, kiedy historia się powtarza.
- Co zrobiłeś? – głos Harry’ego jest głośny i wyraźny, nawet przez deszcz.
- Co ona ci powiedziała? – kontratakuje Zayn, a Harry podchodzi bliżej niego.
- Wszystko – kłamie Harry. Nie udaje mi się wyróżnić wyrazu twarzy Zayna. Niemożliwym jest widzieć wyraźnie, nawet z pomocą świateł samochodu oświetlających nas.
- A więc powiedziała ci, że mnie pocałowała? – szyderczo śmieje się Zayn. Jego głos jest ohydną mieszanką złośliwości i satysfakcji.
Nim mogę obronić się przed kłamstwami Zayna, kolejny zestaw reflektorów dołącza do tego chaosu.
- Co zrobiła? – krzyczy Harry.  Jego ciało jest wciąż obrócone w stronę Zayna, a światła taksówki przedzierają się przez przestrzeń, ukazując mi przebłysk zadowolonego z siebie uśmieszku ozdabiającego twarz Zayna. Jak mógł skłamać Harry’emu? Czy Harry mu uwierzy? Co ważniejsze, czy to ma znaczenie?
Czy cokolwiek z tego właściwie ma znaczenie?
- Chodzi o Sam, prawda? – pyta Harry, nim Zayn może odpowiedzieć.
- Nie, nieprawda! – Zayn przejeżdża sobie dłonią po twarzy, rozbryzgując wodę.
- Ależ tak! Wiedziałem to! Wiedziałem, do chuja, że uganiasz się za Tessą przez tą kurwę!
- Ona nie była kurwą! I nie chodzi tylko o nią, troszczę się o Tessę! Zupełnie tak, jak troszczyłem się o Samanthę, a ty musiałeś to spieprzyć! Zawsze musisz wkroczyć i spierdolić wszystko, co moje! – krzyczy Zayn, a Harry podchodzi do niego jeszcze krok bliżej.
- Wejdź do taksówki, Tesso – instruuje Harry. Stoję w miejscu, ignorując go. Kim jest Samantha? To imię brzmi poniekąd znajomo, ale nie mogę go nigdzie dopasować. – Tesso, wejdź do taksówki i poczekaj na mnie. Proszę – mówi przez zaciśnięte zęby. Cierpliwość Harry’ego się wyczerpuje i, oceniając po wyglądzie twarzy Zayna, jego zasoby się już ulotniły.
- Proszę, nie bij się z nim, Harry. Nie rób tego znowu – błagam go. Jestem chora przez to całe walczenie. Nie wydaje mi się, bym mogła znieść kolejną scenę przemocy tylko kilka dni po znalezieniu ciała mojego ojca na podłodze mieszkania.
- Tessa – zaczyna, ale ja mu przerywam.
- Proszę, ten tydzień był taki okropny i nie mogę tego obserwować. Proszę, Harry. Po prostu wejdź ze mną do taksówki. Zabierz mnie stąd, proszę – ostatnie pozostałości mojego zdrowia psychicznego oficjalnie zniknęły, gdy błagam Harry’ego, żeby ze mną odjechał.
Podskakuję na dotyk jego palców zaciskających się wokół mojego nadgarstka. Wiedziałam, że zmęczy się błaganiem mnie o wejście do taksówki, ale tym, czego nie wiedziałam, ani nie oczekiwałam, było to, że wdrapie się do taksówki razem ze mną i poinstruuje kierowcę, aby zabrał mnie do domu mojej matki, żebym zebrała swój dobytek.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz • 


Notka: Nie wiem, czy ktoś ma aż tak dobrą pamięć... ale ten oto blog obchodzi dzisiaj swoje drugie urodziny! Hip, hip - hura!

piątek, 24 lipca 2015

Rozdział 276.

Soundtrack do rozdziału:

• Imagine Dragons - It's Time


Harry's POV:

Nie pamiętam, kiedy ostatnio uczestniczyłem w pogrzebie. Głębiej nad tym rozmyślając, dochodzę do wniosku, że w żadnym. Kiedy umarła moja babcia, nie wiedziałem nawet, co się wokół mnie dzieje. Miałem alkohol i imprezy, których nie mogłem przegapić. Nie miałem potrzeby, by na zawsze żegnać się z kobietą, którą ledwo co znałem. Jedyne co o niej wiedziałem to fakt, że i tak się mną nie przejmowała. Ledwo mogła znieść moją mamę, więc czemu miałem siedzieć w ławce i udawać smutek nad śmiercią, która w rzeczywistości mnie nie poruszyła?
Oto lata później, siedzę na tyłach malutkiego kościoła i opłakuję śmierć ojca Tessy. Tessa, Carol, Zayn oraz inni ludzie, którzy zajęli połowę pomieszczenia, siedzą w pierwszych rzędach. Tylko ja i jakaś staruszka, która chyba nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, siedzimy w ostatnim rzędzie, opierając się o ścianę. Zayn siedzi z jednej strony Tessy, a jej matka z drugiej strony.
Nie żałuję, że do niego zadzwoniłem; cóż, żałuję, ale nie mogę zignorować tego promyka szczęścia, który się u niej pojawił od jego przybycia. To dalej nie jest moja Tessa, ale jest z nią już lepiej, i jeśli on ma być kluczem do tego promyka, to niech, kurwa, będzie.
Zrobiłem dużo popieprzonych rzeczy w swoim życiu, bardzo dużo. Ja to wiem, Tessa to wie, cholera, wszyscy w tym pieprzonym kościele to wiedzą, ale dla Tessy zrobię wszystko. Mam w dupie pokutę za moją przeszłość czy teraźniejszość, przejmuję się tylko tym, by naprawić krzywdy, które jej wyrządziłem.
Złamałem ją, powiedziała, że nie może mnie naprawić i nigdy nie będzie w stanie, ale moje szkody nie były przez nią spowodowane. Zostałem przez nią uleczony i podczas, gdy ona to robiła, ja rozbiłem jej piękną duszę na zbyt dużą ilość kawałków. Zasadniczo złamałem jej genialnego ducha, podczas gdy ja zbierałem swojego z powrotem do kupy. Najbardziej popieprzoną częścią tej masakry to fakt, że nie zdawałem sobie nawet sprawy, że tak bardzo ją zraniłem i jak dużo jej światła przyćmiłem. Wiedziałem to, wiedziałem to od początku, ale zacząłem się z tym liczyć dopiero, gdy to do mnie dotarło. Kiedy po raz pierwszy mnie odrzuciła, dotarło to do mnie. Zabolało tak, jakby ktoś przejechał mnie dużą ciężarówką i nie mógł się ruszyć z drogi, nawet gdybym próbował.
Jej ojciec musiał umrzeć, bym zobaczył jak ten plan ochrony jej przede mną był głupi. Jeśli naprawdę bym to przemyślał i przewidział bałagan, który to za sobą niesie, powinienem był to wiedzieć. Potrzebowała mnie, Tessa zawsze kochała mnie mocniej niż na to zasługiwałem, a co jej dałem w zamian? Naciskałem na nią i naciskałem, aż w końcu była wykończona moim zachowaniem. Teraz już mnie nie chce i muszę znaleźć sposób, by jej przypomnieć, jak bardzo mnie kocha.
Teraz jestem tutaj i siedzę, patrząc jak Zayn owija rękę wokół jej ramienia i przyciąga ją do siebie. Nie mogę nawet oderwać wzroku. Utykam na nich swój wzrok. Może każę siebie w ten sposób, może nie, ale w każdym razie, nie mogę przestać się wpatrywać w sposób, w jaki ona pochyla się w jego stronę, a on szepcze jej coś do ucha. Ten sposób, w jaki jego pokrzepiający wyraz twarzy ją uspokaja i wzdycha, raz przytakując, i ten uśmiech, którym go obdarowuje.
Ktoś opada na miejsce obok mnie, przerywając torturujące mnie myśli.
- Prawie się spóźniliśmy, dlaczego siedzisz z tyłu? - pyta Liam. Mój ojciec... to znaczy Ken, siada obok niego, a Karen przemierza mały kościół, by zbliżyć się do Tessy.
- Równie dobrze też tam możesz iść. Pierwsze ławki są przeznaczone dla osób, które Tessa może znieść - wyjaśniam, patrząc na ludzi, którzy się tam znajdują, czyli od matki Tessy, aż po Noah, nie mogę znieść żadnego z nich, nawet Tessy. Kocham ja, ale nie mogę znieść jej bliskości, podczas gdy  jest pocieszana przez Zayna. Nie zna jej tak jak ja i nie zasługuje, by siedzieć po jej prawej stronie.
- Przestań. Może ciebie znieść. To pogrzeb jej ojca, postaraj się to zrozumieć - mówi Liam i przyłapuję mojego ojca... kurwa, Kena, przyłapuję Kena na spojrzeniu.
On nie jest nawet moim ojcem. Wiedziałem to, wiem to już od ubiegłego tygodnia, ale teraz, kiedy jest obok mnie, czuję się jakbym znów się o tym dowiedział. Powinienem mu teraz powiedzieć, rozwiać jego ciągłe podejrzenia i po prostu powiedzieć prawdę o mojej mamie i Vance'ie.
Powinienem mu teraz powiedzieć i pozwolić, by czuł równie rozczarowany jak ja byłem. Czy byłem rozczarowany? Tak naprawdę to nie jestem pewny, byłem na pewno wkurzony. Dalej jestem wkurzony, ale ten stan utrzymuje się u mnie odkąd pamiętam.
- Jak się czujesz, synu? - jego ręka przechodzi nad Liamem i spoczywa na moim ramieniu.
Powiedz mu. Powinienem mu powiedzieć.
- W porządku - wzruszam ramionami, będąc ciekawy, czemu moje usta nie współpracują z moim umysłem i po prostu powiedziały te słowa. Jak zawszę mówię: nieszczęścia chodzą parami, i jestem tak nieszczęśliwy, jak tylko to możliwe.
- Przepraszam za to wszystko, powinienem częściej dzwonić do tego ośrodka. Obiecałem ci, że się nim zajmę, Harry. Zrobiłem to i nie miałem pojęcia, że opuścił odwyk, dopóki nie było za późno. Przykro mi - rozczarowanie w jego oczach powstrzymuje się przed wciągnięciem go do nastroju żalu. - Przepraszam za to, że zawsze ciebie zawodzę - dodaje. Nasze oczy się spotykają, a ja przytakuję, decydując, że w tym momencie nie musi tego wiedzieć. Nie teraz.
- To nie twoja wina - cicho komentuję. Mogę poczuć na sobie wzrok Tessy, który woła o uwagę parę metrów dalej. Jej głowa jest odwrócona w moją stronę, a ręka Zayna nie jest dłużej owinięta wokół jej ramienia. Wpatruje się we mnie, w ten sam sposób, kiedy byłem jej, i muszę dosłownie się zmuszać, by nie ruszyć przez kościół i do niej nie podejść.
- W każdym razie, przykro mi - Ken przeprasza i zabiera rękę z mojego ramienia. Jego brązowe oczy są błyszczące, tak samo jak Liama.
- W porządku - mruczę, skupiając się na szarych oczach, które wciąż się na mnie patrzą.
- Po prostu tam idź, potrzebuje cię - Liam sugeruje delikatnym głosem. Ignoruję go i czekam na pewnego rodzaju sygnał od niej, mały fragment emocji, pokazujący, że rzeczywiście mnie potrzebuje. Wtedy będę obok niej w ciągu paru sekund.
Kapłan wchodzi na podium, a ona się ode mnie odwraca bez nawet skinienia, bym do niej podszedł. Zanim mogę odczuć do siebie żal, Karen uśmiecha się do Zayna, który ustępuje jej miejsca, by usiadła obok Tessy.

Tessa's POV:

- Dziękuję za przyjście - posyłam fałszywy uśmiech do kolejnej nieznanej osoby i podchodzę do kolejnej. Pogrzeb był krótki, widocznie ten kościół nie chciał serdecznie uczcić życia narkomana. Kilka słów, sztywne modlitwy i to wszystko.
Jeszcze tylko paru ludzi, parę symulowanych podziękowań i wymuszonych emocji na przyjmowane kondolencje. Jeśli jeszcze raz usłyszę, jakim to wspaniałym mężczyzną był mój ojciec, myślę, że zacznę krzyczeć. Będę wrzeszczeć na środku tego kościoła, przed tymi wszystkimi osądzającymi przyjaciółmi mojej matki. Większość z nich nawet nie znała osobiście Richarda Younga, dlaczego są tutaj i jakie kłamstwa nagadała im moja matka, że modlą się za niego?
To nie tak, że myślę, iż mój ojciec nie był dobrym mężczyzną. Szczerze to nawet nie znałam go wystarczająco dobrze, by ocenić jego charakter, ale znałam fakty, a jednym z nich jest fakt, że zostawił moją matkę i mnie, kiedy byłam dzieckiem, i przez przypadek pojawił się w moim życiu parę miesięcy temu. Jeśli nie poszłabym z Harrym do tego salonu tatuażu, jest prawdopodobieństwo, że już bym go nie spotkała.
On nie chciał uczestniczyć w moim życiu. Nie chciał być ojcem, ani mężem. Chciał żyć własnym życiem i dokonywać wyborów, które były skupione tylko wokół niego. W porządku, ale i tak nie mogę tego zrozumieć. Nie mogę zrozumieć, jak mógł uciec od odpowiedzialności, by żyć jako narkoman. Pamiętam jak się czułam, kiedy Harry mi powiedział, że mój ojciec bierze narkotyki, nie mogłam w to uwierzyć. W alkohol - tak, ale moja głowa nie mogła przyswoić myśli o narkotykach. Zaczęłam powoli zdawać sprawę, że tak jak Harry powiedział, jestem naiwna. Jestem naiwna i głupia, znajdując na siłę w ludziach dobro, kiedy wszystko co robią, to udowadniają, że jestem w błędzie. Zawsze udowadniany jest mój błąd i mnie to rani.
- Te panie przychodzą do nas, więc od razu po powrocie musisz mi pomóc z przygotowaniami - mówi moja matka po ostatnim uścisku.
- Kim one są? Znały w ogóle mojego ojca? - prycham. Nie mogę nic poradzić na mój surowy ton i czuję się trochę winna, kiedy widzę zmartwienie na twarzy mojej matki. Poczucie winy się ulatnia, kiedy rozgląda się wokół, by się upewnić, że nikt z jej 'przyjaciół' nie usłyszał mojego obraźliwego tonu.
- Tak, Thereso. Niektóre tak.
- Cóż, mogłabym oczywiście pomóc - przerywa Karen, kiedy wychodzimy na zewnątrz. Jestem zadowolona, kiedy wychodzimy z tego miejsca. - Jeśli nie macie nic przeciwko, oczywiście - uśmiecha się. Jestem wdzięczna za obecność Karen. Zawsze jest taka słodka i miła, nawet moja matka wydaje się ją lubić.
- Byłoby wspaniale - moja matka odwzajemnia uśmiech Karen i odchodzi, machając do nieznanej kobiety w tłumie przed kościołem.
- Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym też przyszedł? Jeśli nie, to zrozumiem. Wiem, że Harry jest tutaj i w ogóle, ale on sam do mnie zadzwonił... - pyta Zayn. Nie mogę nic na to poradzić, ale na wspomnienie jego imienia, skanuję parking w celu jego odnalezienia.
- Nie, jasne, że możesz przyjść. Przebyłeś tę całą drogę - zapewniam go.  Dostrzegam jak Liam i Ken wchodzą do auta i jeśli dobrze widzę, nie ma z nimi Harry'ego. Marzę o szansie porozmawiania z nimi, ale przez cały czas siedzieli z Harrym, a ja nie chciałam ich od niego odciągać.
Nie mogłam nic na to poradzić, ale podczas pogrzebu, miałam obawę, że Harry mógłby powiedzieć Kenowi prawdę o Christianie na oczach wszystkich. Marzę, żeby Harry miał na tyle przyzwoitości, by poczekać, aż znajdzie odpowiedni czas, aby ujawnić tę bolesną prawdę. Wiem, że jest przyzwoity, w głębi duszy to dobry człowiek. Tylko dla mnie jest zły.
- Chcesz pójść na pieszo? To nie jest długa droga, zajmie nam góra dwadzieścia minut - odwracam się w stronę Zayna. Jego ręce rozpinają guziki czerwonej koszuli.
Zgadza się i znikamy, zanim moja matka wpakuje mnie do swojego małego samochodu. Nie mogę znieść myśli o przebywaniu z nią w zamkniętej przestrzeni. Zaczyna mi brakować na nią cierpliwości. Nie chcę być niegrzeczna, ale czuję jak moja frustracja wraca za każdym przegarnięciem kosmyków jej lokowanych włosów.
- Chcesz o tym porozmawiać? - Zayn przerywa ciszę po dziesięciu minutach wędrówki po moim rodzinnym mieście.
- Nie wiem. Wszystko co powiem, zapewne nie będzie mieć sensu - potrząsam głową, nie chcąc, by Zayn dowiedział się o tym, jak prawie zwariowałam podczas ostatniego tygodnia. Nie pytał o moją relację z Harrym, za co jestem mu wdzięczna. Wszystko z udziałem moim i Harry'ego nie jest otwartą dyskusją.
- Możesz na mnie sprawdzić, czy to prawda - stawia wyzwanie z ciepłym uśmiechem.
- Jestem zła - mówię mu.
- Po prostu zła czy obłąkańczo zła? - dogryza, żartobliwie szturchając mnie w ramię, kiedy czekamy na przejazd samochodu po jezdni, żeby przejść.
- Oba - śmieję się. - Jednak bardziej po prostu zła. Czy to źle, że czuję pewnego rodzaju złość za to, że mój ojciec umarł? - nienawidzę sposobu, w jaki brzmią te słowa. Wiem, że to źle, ale czuję się z tym dobrze. Czuć lepiej złość niż nicość, a złość odwraca moją uwagę. A odwrócenie uwagi jest tym, czego desperacko potrzebuję.
- Nie jest, aczkolwiek w pewnym sensie jest złe. Moim zdaniem nie powinnaś być na niego zła. Jestem pewny, że nie wiedział co się stanie, kiedy to zrobi - Zayn spogląda na mnie, a ja odwracam wzrok.
- Wiedział, co robi, kiedy przyniósł te narkotyki do naszego mieszkania. Jasne, nie wiedział, że umrze, ale wiedział, że to możliwe, ale wszystko, o co się troszczył, to tylko osiągnięcie satysfakcji. Nie myślał o nikim, tylko o osiągnięciu satysfakcji z narkotyków, wiesz? - przełykam poczucie winy, które przychodzi z tymi słowami. Kocham mojego ojca, ale muszę być szczera i pozwolić wyrzucić z siebie emocje.
- Nie wiem, Tesso - marszczy brwi. - Nie sądzę, by to tak było. Moim zdaniem nie można być złym na kogoś, kto umarł, zwłaszcza na rodziców.
- Nie wychowywał mnie, ani nic. Odszedł, kiedy byłam małą dziewczynką - mówię mu. Czy już to wiedział? Nie jestem pewna. Tak przywykłam do mówienia o wszystkim Harry'emu, że czasem zapominam, że inni wiedzą tylko tyle, ile im na to pozwolę.
- Może odszedł, bo wiedział, że tak będzie lepiej dla ciebie i twojej mamy? - próbuje mnie pocieszyć, ale to nie działa. To tylko sprawia, że chcę krzyczeć.
- Nie wiem - wzdycham. - Po prostu już o tym nie rozmawiajmy - i nie robimy tego. Pozostajemy cicho, aż do powrotu do domu mojej matki i próbuję zignorować przypływ irytacji przez zbesztanie mnie za spóźnienie.
- Na szczęście Karen nam pomaga - mówi, kiedy omijam ją i idę do kuchni. Zayn stoi niezręcznie, nie wiedząc, czy pomóc, czy nie, po czym moja matka podaje mu pudełko krakersów. Otwiera wieczko i wskazuje na pusty półmisek. Zagania też Kena i Liama do pracy, którzy siekają warzywa i owoce do najlepszych półmisków mojej matki. Używa ich tylko wtedy, kiedy chce zaimponować innym ludziom.
- Tak, na szczęście - mówię pod nosem. Myślałam, że wiosenne powietrze ujarzmi moją złość, ale tak się nie dzieje. Kuchnia mojej matki jest mała, duszna i wypełniają ją kobiety, które mają na sobie za dużo rzeczy, jakby chciały coś udowodnić.
- Potrzebuję powietrza. Zaraz wrócę, zostań tutaj - mówię do Zayna, kiedy moja matka znika w korytarzu. Tak bardzo jak jestem mu wdzięczna za przejechanie tej całej drogi, by tylko mnie pocieszyć, nie mogę nic na to poradzić, ale muszę przerwać naszą konwersację. Jestem pewna, że kiedy oczyszczę głowę, zobaczę to w zupełnie innym świetle, ale teraz chcę zostać po prostu sama.
Drzwi otwierają się ze skrzypem i przeklinam pod nosem, mając nadzieję, że moja matka nie wyskoczy zza ogródka i nie zaciągnie mnie z powrotem do domu. Słońce czyni cuda z ziemią w szklarni. Ciemne, mokre plamy dalej pokrywają połowę tego miejsca, ale na szczęście znajduję miejsce, gdzie mogę stanąć. Ostatnią rzeczą, jaką potrzebuję, to zniszczenie tych wysokich szpilek, na które moja matka w pierwszej kolejności nie mogła sobie pozwolić.
Jakiś ruch przyciąga mój wzrok i zaczynam panikować, dopóki nie pojawia się Harry, który wychodzi zza półek. Jego oczy są jasne, a cień przysłania jego bladą skórę. Ciągły blask i ciepło skóry Harry'ego znika, ustępując kruchej kości słoniowej.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że tutaj jesteś - szybko przepraszam i zaczynam się wycofywać z tego małego miejsca. - Pójdę.
- Nie, w porządku. To od zawsze była twoja skrytka, pamiętasz? - daje mi mały uśmiech, ale nawet najmniejszy uśmiech od niego jest o wiele lepszy, niż te wszystkie fałszywe, które musiałam dzisiaj przyjmować.
- Prawda, ale i tak miałam iść do środka - sięgam po klamkę, ale on wyciąga rękę, by powstrzymać mnie przed otworzeniem. Odskakuję w momencie, kiedy jego palce trącają moje ramię, na co wzdycha przez moje odrzucenie.
Ale szybko się otrząsa, chwytając klamkę w dłoń, upewniając się, że nie wyjdę.
- Powiedz mi, czemu tutaj przyszłaś - cicho żąda.
- Ja po prostu... - plączę się w słowach. Po rozmowie z Zaynem straciłam chęć dyskusji na temat moich strasznych myśli o ojcu. - To nic takiego.
- Tessa, powiedz mi - zna mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że kłamię, a ja znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie wypuści mnie ze szklarni, dopóki nie dowie się prawdy.
Moje oczy omiatają go wzrokiem i nie mogę nic na to poradzić, ale nie mogę oderwać wzroku od jego nowej koszuli. Musiał kupić ją specjalnie na pogrzeb, ponieważ znam każdą jego koszulę i nie ma mowy, by zmieścił się w ciuchy Noah. Nie, żeby w ogóle była szansa, żeby je założył. Czarne rękawy są podwinięte do łokci, odsłaniając gips.
- Tesso - naciska, wyciągając mnie z mojego chwilowego rozproszenia. Górny guzik jego koszuli jest rozpięty, a kołnierz przekrzywiony.
- Nie powinniśmy tego robić - oddalam się od niego o krok.
- Co robić? Ja chcę tylko wiedzieć, co przede mną ukrywasz.
Jak łatwo umie mnie rozczytać. Ukrywam wszystko. Ukrywam zbyt dużo rzeczy, by je nazwać po imieniu i Harry jest jedną z tych rzeczy. Chciałabym wyładować swoje emocje na nim, ale za łatwo wymknie mi się to spod kontroli, a ja nie chcę już dłużej grać w te gierki. Nie chcę iść na kolejną rundę. Wygrał i nauczyłam się z tym żyć.
- Oboje wiemy, że nie opuścisz tego miejsca, dopóki tego nie powiesz, więc oszczędź nam czasu i energii - próbuje żartować, ale dostrzegam błysk desperacji za jego oczami.
- Jestem zła - wreszcie przyznaję.
- Jasne, że jesteś - przytakuje.
- Mam na myśli, że naprawdę zła, coś jak strasznie wkurzona.
- Powinnaś być - komentuje, a ja na niego patrzę.
- Powinnam?
- Cholera, jasne, że powinnaś być. Też byłbym wkurzony - mówi. Nie myślę, by rozumiał, co próbuję powiedzieć.
- Jestem zła na mojego ojca, Harry. Jestem tak na niego zła - wyjaśniam i czekam na zmianę jego zdania.
- Więc ja też jestem - zgadza się.
- Jesteś?
- Cholera, jasne, że jestem. I ty też powinnaś być, masz pełne prawo być na niego wściekła. Za to, że umarł czy nie.
Nie mogę powstrzymać śmiechu, który opuszcza moje usta, kiedy widzę jego śmiertelnie poważną twarz, wypowiadającą te niedorzeczne słowa.
- Nie sądzisz, że to źle, iż nie jestem już w ogóle smutna, tylko cholernie zła na niego za popełnienie samobójstwa? - przygryzam wargę i robię przerwę przed kontynuowaniem. - To jest to, co zrobił. Popełnił samobójstwo i nie pomyślał nawet jak to może się na kimś odbić. Wiem, że te słowa są strasznie samolubne z mojej strony, ale to właśnie czuję - moje spojrzenie jest skoncentrowane na brudnej podłodze. Czuję się zawstydzona, wypowiadając te słowa i wyładowując emocje, ale czuję się o wiele lepiej, kiedy krążą między nami. Mam nadzieję, że te słowa zostaną tutaj, w tej szklarni i że, jeśli mój ojciec jest tam gdzieś u góry, to nie może tego usłyszeć.
- Ej - palce Harry'ego dotykają mojego podbródka i podnoszą moją głowę do góry. Nie drżę na jego dotyk, ale jestem wdzięczna, kiedy zabiera swoje ręce. - Nie wstydź się tego, co czujesz. Popełnienie samobójstwa to tylko i wyłącznie jego własna wina. Widziałem jaka byłaś cholernie podekscytowana, kiedy ponownie wstąpił do twojego życia i jest idiotą, że odrzucił to tylko dla narkotyków - jego ton jest szorstki, ale jego słowa są tym, czego potrzebuję.
- Ironia losu, co? - cicho chichocze. - Jestem tym, który to mówi, prawda? - zamyka oczy i kołysze głową na wszystkie strony.
Zmieniam kierunek naszej konwersacji z dala od naszego związku. - Czuję się źle, czując to w ten sposób. Nie chcę go lekceważyć.
- Pieprzyć to - wymachuje zagipsowaną ręką w kierunku przestrzeni między nami. - Masz pełną powinność, by czuć to w ten sposób i nikt nie może mieć co do tego wątpliwości.
- Chciałabym, aby każdy czuł to w ten sposób - wzdycham. Wiem, że ufanie Harry'emu nie jest zdrowe i stąpam po cienkim lodzie, ale on jest jedyną osobą, która mnie rozumie.
- Mówię serio, Tesso. Żaden z tych pieprzonych snobów nie ma prawa sprawiać, byś czuła się winna.
Marzę, by to było takie proste. Chciałabym być taka jak Harry i nie przejmować się tym, co inni o mnie myślą oraz, co inni czują, ale nie mogę. To u mnie tak nie działa. Przejmuję się innymi, nawet wtedy, kiedy nie powinnam i chciałabym myśleć, że ta cecha nie jest dla mnie utrapieniem.
Przez te kilka krótkich minut, które spędziłam z Harrym w szklarni, moja złość zniknęła. Nie jestem pewna, co ją zastąpiła, ale dłużej nie czuję palącej złości, tylko oparzenia bólu, które zapewne od teraz będę czuć.
- Thereso! - głos mojej matki pobrzmiewa z podwórka, na co razem z Harrym robimy skwaszone miny.
- Nie mam żadnego problemu z powiedzeniem im o tym. Włączając ją, kurwa mać. Wiesz to, prawda? - jego oczy mi się przyglądają, na co przytakuję głową. Wiem to i część mnie chce, by poskromił ten tłum, który nie ma żadnego interesu, by tutaj być.
- Thereso, proszę chodź do środka - stara się ukryć pod maską złość do Harry'ego, ale ta facjata szybko się kruszy.
- I tak już wychodziłem - Harry przenosi wzrok z twarzy mojej matki na moją i wychodzi.
Wspomnienie mojej matki, która znalazła nas w moim pokoju w akademiku parę miesięcy temu, przebłyskuje mi przez umysł. Była wściekła, a Harry wyglądał na pokonanego, kiedy wyszłam z Noah i nią. Czuję, jakby to było bardzo dawno. Dalej nie pamiętam, co się wydarzyło.
- Co tam w ogóle robiłaś? - pyta moja matka, kiedy idę za nią przez podwórze i zbliżamy się z do ganku.
To nie jej sprawa, co tam robiłam. Nigdy by nie zrozumiała moich uczuć i nie ufam jej na tyle, by je ujawnić. Nie mogłaby zrozumieć, czemu rozmawiam z Harrym po trzech dniach unikania go, nie zrozumiałaby niczego, bo mnie nie rozumie.
Więc zamiast odpowiedzieć jej na pytanie, pozostaję cicho i marzę, bym miała szansę zadać Harry'emu pytanie, po co ukrył się w tej sekretnej szklarni.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

piątek, 17 lipca 2015

Rozdział 275.

Soundtrack do rozdziału:

• Taylor Swift - Sad Beautiful Tragic
• Bastille - Pompeii
• The Fray - Never Say Never


Harry’s POV:

- Harry, czy mogę z tobą na chwilkę pomówić? – głos Carol jest miękki, a nawet lękliwy. Już jestem zdezorientowany zachowaniem tej kobiety, a ledwo zaczęła mówić.
- Um, pewnie – nieco oddalam się, zachowując od niej bezpieczny dystans. Kiedy przestaję się poruszać, moje plecy stykają się ze ścianą małej kuchni.
- Chciałam tylko porozmawiać o ostatniej nocy – jej twarz jest ściągnięta i wiem, że dla niej jest to równie niezręczna sytuacja, jak dla mnie. Zdejmuję z niej wzrok i wgapiam się w swoje stopy. Nie wiem, jak to pójdzie, ale ona już spięła z tyłu swoje włosy i zmyła makijażową katastrofę, jaka roztarła się pod jej oczami zeszłej nocy.
- Nie wiem co we mnie wstąpiło, nigdy nie powinnam się zachowywać przed tobą w ten sposób. To było niesamowicie głupie i…
-  W porządku – przerywam jej.
- Nie, to naprawdę nie jest w porządku. Chcę mieć jasność, że nic pomiędzy nami się nie zmieniło, dalej murem stoję za tym, abyś trzymał się z dala od mojej córki – mówi. Nie oczekiwałem od niej niczego innego.
- Chciałbym powiedzieć, że posłucham się, ale nie mogę. Wiem, że mnie nie lubisz – pauzuję i śmieję się z własnego niedopowiedzenia – nienawidzisz mnie i ja to pojmuję, ale wiesz, że twoja opinia znaczy dla mnie tyle, co gówno. Wyrażam to w najmilszy możliwy sposób, tak po prostu jest.
Zbija mnie z tropu śmiejąc się razem ze mną. Ma śmiech zupełnie jak mój – przepełniony bólem, gruby i donośny.
- Jesteś zupełnie jak on, mówisz do mnie dokładnie tak samo, jak on mówił do moich rodziców. Richard też nigdy nie przejmował się tym, co ktokolwiek myślał o nim, ale popatrz, dokąd go to zaprowadziło.
- Ja nie jestem nim – odszczekuję się. Naprawdę próbuję być tak miły, jak to możliwe w jej przypadku, ale ona to utrudnia. Tessa bierze prysznic tak długo i muszę zebrać wszystko w sobie, żeby nie sprawdzić co się z nią dzieje.
- Musisz spróbować zobaczyć to wszystko z mojej perspektywy, Harry. Byłam w takim samym rodzaju toksycznego związku i wiem, jak takie rzeczy się kończą. Nie chcę tego dla Tessy i gdybyś ją kochał tak, jak o tym zapewniasz, także byś tego dla niej nie chciał – omiata mnie wzrokiem i kontynuuje – Chcę dla niej najlepszego, możesz mi nie wierzyć, ale zawsze wychowywałam Tessę, tak, aby nie polegała na mężczyznach, tak jak ja to zrobiłam, a spójrz na nią teraz. Ma dziewiętnaście lat i jest redukowana do nicości za każdym jednym razem, kiedy decydujesz się ją zostawić.
- Ja… - po raz kolejny się wtrącam, ale Carol podnosi dłoń do góry.
- Daj mi dokończyć – wzdycha. – Zazdrościłam jej właściwie. To żałosne, ale część mnie była zazdrosna, że ty zawsze do niej wracałeś tak, jak Richard nigdy nie wrócił do mnie, ale im więcej wyjeżdżałeś, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że wy dwoje  doświadczycie takiego samego zakończenia jak my, ponieważ nawet jeśli ty wracasz, to nigdy nie zostajesz. Jeśli chcesz, żeby skończyła jak ja, samotna i pełna nienawiści, to rób dalej swoje, a mogę cię zapewnić, że dokładnie to się jej stanie.
Nienawidzę sposobu, w jaki Carol mnie postrzega, ale nawet bardziej niż tego nienawidzę tego, że ma rację. Naprawdę zawsze opuszczam Tessę i nawet jeśli wracam, czekam aż jest zadowolona i wtedy znowu odchodzę.
- To zależy od ciebie, jesteś jedyną osobą, której ona wydaje się słuchać. Moja córka kocha cię za bardzo, bardziej niż swoje własne dobro – mówi mi mama Tessy. Wiem, że tak jest, ona mnie kocha i dlatego, że mnie kocha, nie skończymy jak jej rodzice.
- Nie możesz jej dać tego, czego ona potrzebuje, tylko odciągasz ją od znalezienia kogoś, kto jej to da – słyszę, jak zamykają się drzwi do dawnej sypialni Tessy, sygnalizując, że wyszła spod prysznica.
- Zobaczysz, Carol, zobaczysz – wyciągam z szafki szklankę i napełniam ją wodą dla Tessy.
Mogę zmienić nasz kurs i udowodnić wszystkim, że się mylili, włącznie ze mną. Wiem, że potrafię.
- Wchodzę – ostrzegam ją z korytarza, otwierając drzwi bez czekania na jej odzew. – Przyniosłem ci więcej wody – nie wykonuje ruchu, aby wziąć szklankę, więc stawiam ją na stoliku.
- Dziękuję.
- Czujesz się lepiej? – pytam delikatnie. Nie chcę jej zasmucać ani wkurzać, jest już w takiej rozsypce. Tessa nie odpowiada. Znam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jest zagubiona w swoich własnych myślach.
- Mam nadzieję, że tak – mówię. Wiem, że ona mnie nie usłyszała, mogę to stwierdzić po jej pustym wyrazie twarzy. – Że czujesz się lepiej – wyjaśniam. To zdumiewające, jak potrafię przeczytać ją lepiej niż samego siebie.
- Czuję, tak jakby – wzrusza ramionami i wbija wzrok w podłogę. Chciałbym, żeby na mnie spojrzała.
- Chcę, żebyś wiedziała jak bardzo mi przykro z powodu tego wszystkiego, Tesso, i jak bardzo przepraszam. Powinienem był wrócić tu z tobą. Nie powinienem kończyć spraw z tobą z powodu moich własnych problemów. Powinienem ci pozwolić, abyś była tam dla mnie, tak jak ja chcę być tu dla ciebie. Teraz wiem, jak musisz się czuć, nieustannie próbując mi pomóc, kiedy ja odpychałem cię od siebie wielokrotnie.
- Harry – ledwo szepcze. Chce, żebym przestał, ale ja się nie zatrzymam, nie dopóki wysłucha moich słów. Nie dopóki je zrozumie.
- Nie, Tesso, pozwól mi to powiedzieć. Obiecuję ci, że tym razem będzie inaczej. Nigdy więcej tego nie zrobię. Przepraszam, że dopiero śmierć twojego ojca sprawiła, że zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo cię potrzebuję. Ale nie zrobię tego nigdy więcej, przyrzekam – jestem zdesperowany, aby mnie usłyszała, brzmię jak maniak.
- Nie mogę. Przykro mi, Harry, ale naprawdę nie mogę.
Nie może?
Przysuwam się do niej i padam przed nią na kolana. Może. Może i zrobi to. Musi.
- Nie możesz czego? Wiem, że to zajmie trochę czasu, ale jestem przygotowany na czekanie, aż wyjdziesz z tego… tego stanu przygnębienia, w którym się znajdujesz. Chcę zrobić wszystko, mam na myśli – wszystko.
- Nie możemy, nigdy nie mogliśmy – ton jej głosu prawie mnie ucisza. Gdybym nie był taki zdesperowany, nie byłbym w stanie skończyć. Zrobię dla niej wszystko, teraz zdaję sobie z tego sprawę. Nie wiem, co się zmieniło, ale coś wewnątrz mnie się przestawiło, sprawiając, że przyszłość wydaje się odrobinę jaśniejsza, nieco mniej nędzna z Tessą przy boku. Moglibyśmy się pobrać, a ja mógłbym spędzić całe swoje życie z nią przy sobie, rozjaśniającą moje ciemniejsze dni, zawsze pomagającą mi przez nie przejść.
Jasna cholera.
Moglibyśmy wziąć jebany ślub. To jest to! Właśnie to zrobimy. Poślubię ją, będę rad wziąć ją, kurwa, sobie za żonę i nigdy, przenigdy jej już nie zostawiać. Wizje rysują mi się pod powiekami. Jest ich zbyt wiele, żeby nadążyć za nimi, ale Tessa w nich jest. Jest w nich i jest szczęśliwa. Ma na sobie białą suknię, wszędzie znajdują się kwiaty. Podąża w moją stronę z promiennym uśmiechem widniejącym na jej pięknej twarzy. Nie ma śladu tej dziewczyny-ducha, która siedzi teraz przede mną. Nie będzie jej w dniu naszego ślubu.
- Możemy się pobrać – wypalam. Będzie szczęśliwa z tej deklaracji, wiem to. – Tesso, możemy się pobrać. Wyjdę za ciebie jutro, jeśli się zgodzisz. Ubiorę smoking i to wszystko.
Jednak ona nie jest szczęśliwa, nie skacze do góry z radości, ani nawet się nie uśmiecha tak, jak myślałem. Chciała tego od tak dawna, dlaczego przynajmniej się nie uśmiechnie?
- Nie możemy – Tessa kręci głową, a moje serce łamie się.
Łamię to naprawdę nie jest odpowiednie słowo. Moje serce roztrzaskuje się w pierdolone, maluteńkie odłamki czarnego, potłuczonego szkła, a nawet szkło nie jest wystarczająco silne, by nie przemienić się w popioły.
- Mam pieniądze, więcej niż potrzeba, żeby zapłacić za ślub, Tesso, i moglibyśmy go wziąć gdziekolwiek wybierzesz. Możesz kupić najdroższą sukienkę i kwiaty, a ja nie będę narzekał na nic z tego! – krzyczę, kiedy jej tępy, pozbawiony życia wyraz twarzy zachowuje się jak wiatr i wywiewa w dal moje popioły.
- To nie o to chodzi, to nie jest dobre.
- Więc co jest? Wiem, że tego chcesz, Tesso, powiedziałaś mi to wiele razy.
- Nic mi już nie zostało, Harry. Nie mam już nic, co bym mogła ci dać. Już zabrałeś to wszystko i przykro mi, ale nic więcej nie zostało.
Kolejny podmuch.
- Nie chcę niczego ci odbierać. Chcę dać ci to, czego chcesz! – biorę haust powietrza. Jak mogła pomyśleć, że chcę czegokolwiek jeszcze od niej? Chcę za nią wyjść.
Im dłużej myślę o tym, tym prawdziwsze się to staje. Czego tak bardzo się bałem? Skończenia jak moi rodzice? Ta ironia prawie przysparza mi mdłości.
- Wyjdź za mnie, Tess. Proszę, tylko wyjdź za mnie i przysięgam, że nigdy więcej nie zrobię czegokolwiek takiego. Moglibyśmy być razem na zawsze, bylibyśmy mężem i żoną. Wiem, że jesteś dla mnie za dobra i wiem, że zasługujesz na coś lepszego, ale wiem także, że ty i ja nie jesteśmy jak ktokolwiek inny. Nie jesteśmy jak twoi rodzice ani moi rodzice, jesteśmy inni i może nam się to, do cholery, udać, dobrze? Tylko posłuchaj mnie jeszcze jeden raz…
- Spójrz na nas – jej małe dłonie wymachują pomiędzy nami. – Spójrz na to, kim się stałam. Nie chcę już tego życia.
- Nie, nie, nie – zrywam się na równe nogi i przecinam pokój. – Właśnie, że chcesz! Pozwól mi to sobie wynagrodzić – używam mojej wolnej ręki, aby złapać się za włosy. Ten gips doprowadza mnie do jebanego szaleństwa.
- Harry, proszę, uspokój się. Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłam i przede wszystkim przepraszam, że skomplikowałam twoje życie, i przepraszam za wszystkie kłótnie, i nasze zejścia się i rozłąki, ale musisz wiedzieć,  że to się nie uda. Myślałam... – posyła mi nikły uśmiech – myślałam, że naszym udziałem była miłość z powieści, miłość, która nieważne jak ciężka, szybka i charakterna była. Myślałam, że przetrwamy wszystko i będziemy żyć, aby przekazać dalej tę historię.
Dlaczego ona mnie przeprasza? To wszystko moja wina, nie jej.
- Ależ możemy, możemy to przetrwać – dławię się. Jakim cudem to się dzieje? Dlaczego ona nie umie nasz zobaczyć?
Dlaczego ona nie umie zobaczyć, czym jesteśmy? Czym jesteśmy razem? Nie możemy być osobno. Naszym udziałem jest miłość z powieści, lepszych niż jakakolwiek Austen czy Brontë, których uczyła się na pamięć.
- Właśnie tak to jest, Harry. Ja nie chcę być zmuszona przetrwać, ja chcę żyć.
Moje serce wyrywa się z mojej piersi, ledwo mogę oddychać.
Ona czuje się jak gdyby nie żyła? Nie potrafię tego zrozumieć. Po prostu nie umiem. Ja żyję tylko, jeśli jest to związane z nią. Ona jest jedynym tchnieniem życia wewnątrz mnie i bez tego stabilnego oddechu, będę niczym. Ani nie przetrwam, ani nie będę żył.
I tak bym nie chciał, nawet gdybym mógł.
- Nie mogę po prostu pozwolić ci odejść. Wiesz to. Zawsze do ciebie wracam, musiałaś wiedzieć, że to zrobię. W końcu wróciłbym z Londynu i my…
- Nie mogę spędzić mojego życia oczekując, aż wrócisz do mnie i byłoby to z mojej strony samolubne, abyś ty spędzał swoje, biegając.
- Nie mogę istnieć bez ciebie – wiem, że wypowiedziałem te słowa zbyt wiele razy, ale ona musi wiedzieć, że są to najprawdziwsze słowa, jakie kiedykolwiek padły z moich oszukańczych ust.
- Możesz. Będziesz szczęśliwszy i mniej skłócony ze sobą. Tak będzie łatwiej, sam to powiedziałeś – mówi bez śladu emocji.
- Nie! – moja głowa teraz dołączyła do mojego serca, pulsując jak szalona pod otoczką mojego ciała. Oto wszystko, czym jestem bez niej – otoczka. Ona jest we władaniu każdej odrobiny każdej części mnie, która jest cokolwiek warta. To nie jest wiele, ale ona posiadła to wszystko, co mam do zaoferowania. To jest jej, ma to zatrzymać, nigdy nie odbiorę od niej tych części mojego ciała. Były jej od pierwszego dnia i nie znaczyłyby nic bez niej.
- Walczyliśmy tak dzielnie, ale myślę, że to czas, by przestać.
- Nie! Nie! – podnoszę pięści do czoła. Jestem dwie sekundy od rozcięcia tego pieprzonego gipsu. Zanim mogę się zatrzymać, podnoszę ze stolika lampę i po kilku sekundach leży na podłodze z pokruszoną żarówką i pogiętym kloszem.
- Tego właśnie chciałeś, pamiętasz? Wróć do tego, Harry. Po prostu przypomnij sobie, dlaczego mnie nie chciałeś. Przypomnij sobie, dlaczego wysłałeś mnie z powrotem do Ameryki samą – nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego to zrobiłem. Każda wymówka, jaką karmiłem się, teraz nie sprawia teraz nawet jebanego pozoru sensowności.
- Nie mogę istnieć bez ciebie, potrzebuję cię w moim życiu.
- Mogę wciąż być w twoim życiu – wzdycha. – Po prostu nie w taki sposób.
- Naprawdę sugerujesz, że możemy być przyjaciółmi? – mój gniew grozi przejęciem sterów, ale nie mogę pozwolić, by to się stało. Muszę trzymać go na wodzy i pokazać Tessie, że mogę być tym, kogo potrzebuje. Muszę pokazać jej, że mogę być kimś więcej niż źle utemperowanym alkoholikiem z problemami z tatusiem. - Nie możemy cofnąć się do bycia przyjaciółmi po tym wszystkim. Nigdy nie mógłbym być w tym samym pokoju, co ty, a nie być z tobą. Jesteś dla mnie wszystkim, a obelgą są dla mnie sugestie, że moglibyśmy być przyjaciółmi. Nie myślisz o tym naprawdę. Kochasz mnie, Tesso – patrzę jej w oczy – Musisz. Nie kochasz mnie?
- Kocham – marszczy brwi, a ja klękam przed nią po raz kolejny. Dlaczego nie kupiłem jej cholernego pierścionka? - Kocham cię, ale nie możemy ciągle tego robić sobie nawzajem – mówi, a w moich oczach rozpala się płomień. Nie mogę się dłużej powstrzymywać, popadam w pełną histerię.
- Jak ja bez ciebie przetrwam? Nie potrafię. Nie dam rady. Nie możesz po prostu tego odrzucić, bo przechodzisz przez trochę gówna. Pozwól mi być tu dla ciebie, nie odpychaj mnie – błagam ją.
- Błagałam o to samo odkąd cię poznałam – szepcze z niewielkim uśmiechem.
- Wiem – płaczę, a moja głowa opada na jej kolana. Potrzebuję jej pocieszenia, potrzebuję stałości, jaką zawsze się wobec mnie wykazywała. – Przepraszam.
Trzask płomieni, do którego przyzwyczaiłem się przez lata, został ugaszony za pomocą jej chłodnego zachowania. Płomienie wygasły i z każdym szlochem, który wyrywa się z mojego ciała, temperatura spada. W ciągu kilku sekund, przemieniłem się z ognia w lód i desperacko próbuję trzymać się kurczowo ciepła, płomienia jej miłości do mnie, ale on mi się wymyka, jest tuż poza zasięgiem. Zawsze już poza zasięgiem.
- Damy sobie radę. Kiedy wydostaniesz się z tego, między nami będzie w porządku – przekonuję samego siebie. Muszę myśleć w ten sposób. Nie mogę się poddać, dopóki ona nas nie ujrzy, dopóki nie poczuje, co zawsze było między nami.
'Ona po prostu zapomniała' – próbuję się zapewnić. Po prostu zapomniała, a moim zadaniem jest jej przypomnieć.
- Przykro mi, że nie mogłam cię naprawić – w jej głosie jest pewność, która przyprawia mnie o dreszcze. Moje wnętrzności skręcają się, zamarzają, przemieniają się w pierdolone lodowce.
- Mi też – jedyna odrobina komfortu, jedyny przebłysk ciepła pochodzi z jej palców delikatnie błądzących po moich włosach. To nie wystarcza, wciąż jestem lodowaty i się trzęsę.
Zamarzam, a zawsze nienawidziłem zimna.

Tessa’s POV:


- Kto płaci za pogrzeb? – pytam moją matkę. Nie chcę wyjść na niewrażliwą lub niegrzeczną, ale nie mam żyjących dziadków, a moi rodzice byli jedynakami. Wiem, że moja matka nie może sobie pozwolić na zorganizowanie pogrzebu, zwłaszcza dla mojego ojca i martwię się, że wzięła to na siebie tylko żeby udowodnić coś swoim przyjaciołom z kościoła.
Nie chcę zakładać tej czarnej sukienki, którą kupiła mi matka, nie chcę zakładać tych czarnych szpilek, na które na pewno ją nie stać, a przede wszystkim nie chcę widzieć mojego ojca zakopywanego w ziemi.
- Nie wiem – waha się moja matka, a szminka w jej dłoni zatacza łuk tuż nad jej wargami, kiedy łapie ze mną kontakt wzrokowy w lustrze.
- Nie wiesz? – gapię się na nią. Jej oczy są spuchnięte na dowód, że znosi jego śmierć ciężej, niż kiedykolwiek to przyzna.
- Nie musimy dyskutować na temat finansów, Tesso – beszta mnie, kończąc rozmowę, nie dając mi odpowiedzi.
Potakuję na zgodę, nie chcąc wszczynać z nią kłótni. Nie dzisiaj. Dzisiejszy dzień i tak będzie dla niej wystarczająco trudny. Czuję się samolubnie i nieco zakręcona tym, że nie mogę pojąć tego, co myślał, kiedy wbił tę igłę w swoją żyłę. Wiem, że był uzależniony i robił tylko to, na czym spędził lata, ale wciąż nie mogę tego ogarnąć.
W ciągu ostatnich trzech dni od zobaczenia Harry’ego zaczęłam odzyskiwać swoje zdrowie psychiczne. Nie całkowicie, część mnie jest przerażona, że nigdy już nie będę taka sama. Harry przez ostatnie trzy dni pomieszkuje u Porterów.
To było ogromną niespodzianką dla mnie, jak również z pewnością dla państwa Porterów. Oni na pewno nie spędzają wiele czasu w pobliżu kogoś, kto nie jest członkiem klubu country w naszym mieście. Bardzo chciałabym zobaczyć wyraz twarzy pani Porter, kiedy Noah przyprowadził Harry’ego do domu na kilka nocy. Nie mogę sobie wyobrazić jak Harry i Noah dobrze się ze sobą dogadują, albo w ogóle się dogadują, więc wiem, jak zraniony musiał być Harry moją odmową, jeśli postanowił skorzystać z zaproszenia Noah do jego domu.
Wielki ciężar mojego smutku wciąż tu jest, wciąż ukrywa się poza barierą nicości. Czuję, jak naciska na mur, desperacko próbując mnie zrujnować i przepchnąć za krawędź. Byłam przerażona, że po załamaniu Harry’ego ból wygra, ale jestem wdzięczna, że stało się przeciwnie.
Dziwną rzeczą jest wiedza, że on jest tak blisko tego domu, ale nie próbował tu przyjść. Potrzebuję przestrzeni, a Harry zwykle nie jest zbyt dobry w dawaniu mi jej. Ale właściwie, to nigdy wcześniej jej nie chciałam. Nie tak jak teraz. Pukanie do drzwi frontowych mojej matki sprawia, że poprawiam swoje czarne rajstopy i po raz ostatni spoglądam w lustro. Gdybym nie była na wpół szalona, byłabym bardziej zaniepokojona różnicą w moim wyglądzie.
Przychylam się bliżej lustra, oglądając swoje oczy. Jest w nich coś innego, czego nie umiem opisać. Wyglądają… ostrzej? smutniej?  Nie jestem pewna, ale dobrze łączą się w parę z żałosną wymówką, którą próbuję dać uśmiechowi.
- Thereso! – woła moja matka z salonu w chwili, gdy wchodzę na korytarz. Oczekuję zobaczyć Harry’ego, dawał mi przestrzeń, o którą prosiłam, ale przypuszczałam, że przyjdzie dzisiaj, w dniu pogrzebu mojego ojca.
Kiedy wychodzę zza rogu, moje ciało zamarza. Jestem zaskoczona. Miło, ale wyjątkowo zaskoczona widokiem Zayna stojącego w progu. Kiedy jego oczy napotykają moje, wygląda na bardzo niepewnego siebie, ale kiedy czuję, jak moje usta podnoszą się do uśmiechu, jego twarz rozświetla jasny uśmiech. Ten, który uwielbiam. Ten, gdzie jego język pojawia się pomiędzy zębami, a jego oczy lśnią.
- Co tutaj robisz? – pytam go, gdy moje ręce zostają zarzucone wokół jego szyi. On również mnie przytula, zbyt ciasno, a ja kaszlę dramatycznie, nim mnie puszcza.
- Przepraszam – uśmiecha się. – Trochę czasu minęło – śmieje się, a mój nastrój jest natychmiastowo poprawiony dzięki temu dźwiękowi. Nie myślałam o nim, prawię czuję się winna faktu, że jego twarz ani razu nie zagościła w moim umyśle przez ostatnie kilka tygodni, ale cieszę się, że jest tutaj. Jego obecność jest przypomnieniem zewnętrznego świata, który nie zatrzymał się od czasu mojej niewiarygodnej straty. Nie chcę przyznać, która strata była dla mnie cięższa.
- O tak – powód dystansu pomiędzy mną a Zaynem pojawia się w moim umyśle, przeszkadzając naszemu powitaniu, a ja ostrożnie wyglądam za drzwi. Próbuję zdystansować się od Harry’ego i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję jest bijatyka na perfekcyjnie przystrzyżonym trawniku mojej matki.
- Harry tutaj jest – informuję go. – Cóż, nie w tym domu, ale jest w sąsiedztwie.
- Wiem – oznajmia Zayn, nie wyglądając na ani trochę zastraszonego, mimo ich złej historii.
- Naprawdę? – moja matka zostawia mnie i Zayna samych w salonie, znikając w kuchni. Mój mózg zaczyna lawirować wokół faktu, że Zayn jest tutaj. Ja do niego nie zadzwoniłam, skąd mógł się dowiedzieć o moim ojcu? Podejrzewam, że mogło to pojawić się w wiadomościach i w sieci, ale dlaczego miałby je sprawdzać?
- On do mnie zadzwonił – słowa Zayna sprawiają, że moja głowa momentalnie unosi się, by spojrzeć mu w oczy. – To on powiedział mi, żebym tu przyjechał i się z tobą zobaczył. Ty odłączyłaś swój telefon, więc musiałem trzymać go za słowo – wcześniejsza niepewność ponownie pokrywa jego twarz. - To w porządku, prawda? Nie masz nic przeciwko temu, że tu przyjechałem? Mogę odjechać, jeśli to dla ciebie za wiele, on po prostu powiedział, że potrzebujesz przyjaciela, a ja wiedziałem, że musi być źle, skoro zdecydował się zadzwonić do mnie spośród wszystkich ludzi – śmieje się, ale wiem, że mówi poważnie. Dlaczego Harry miałby dzwonić do Zayna zamiast do Liama? Liam i tak tu jedzie, dlaczego Harry miałby prosić Zayna o przyjazd do mnie?
Nie mogę poradzić, że czuję się jakby to był jakiś rodzaj ustawki, jak gdyby Harry w jakiś sposób mnie testował. Nienawidzę tej myśli, że zrobiłby coś takiego w tym momencie, ale robił już gorsze rzeczy. Nie mogę pozwolić sobie zapomnieć o tym, że robił gorsze rzeczy, a zawsze jest jakiś motyw za jego działaniami.
Jestem bardziej zraniona, niż cokolwiek innego, jego propozycją małżeństwa. Wzbraniał mnie od szansy na małżeństwo od początku naszego związku i wspomniał to tylko dwa razy, za każdym razem, kiedy czegoś chciał. Raz był zbyt pijany, aby wiedzieć, co mówi, a za drugim razem, żeby zmusić mnie do zostania przy nim. Gdybym obudziła się przy nim następnego ranka, odwołałby to, tak samo jak wcześniej, jak zawsze. Harry nie był niczym, prócz złamanych obietnic odkąd go spotkałam, a jedyną gorszą rzeczą, niż bycie z kimś, kto nie wierzy w małżeństwo, jest bycie z kimś, kto wyjdzie za mnie tylko, aby udowodnić jakąś rację, nie dlatego, że prawdziwie chce być moim mężem.
Muszę to zapamiętać, albo wciąż będę miewała te niedorzeczne myśli. Te myśli, które wkradają się pomiędzy moje dni, przedstawiające Harry’ego w smokingu. Ta wizja doprowadza mnie do śmiechu i smokingowy Harry szybko zmienia się w Harry’ego w jeansach i swoich butach, nawet w dniu własnego ślubu, ale myślę, że nie przeszkadzałoby mi to.
Co by było gdyby. Muszę ukrócić te fantazje, nie pomagają mojemu zdrowiu psychicznemu.
- Wszystko z tobą w porządku? – głos Zayna przedziera się przez moje żałosne myśli.
- Tak – potrząsam głową, aby wybić z niej idealny obraz Harry’ego uśmiechającego się do mnie, kiedy zmierzam w jego stronę. – Przepraszam, ostatnio jestem trochę wybrakowana.
- Nic nie szkodzi. Martwiłbym się, gdyby było inaczej – zapewnia mnie i zarzuca pocieszające ramię wokół mnie.
- Nie mogę uwierzyć, że przejechałeś całą drogę tutaj – to co mam na myśli to: 'nie mogę uwierzyć, że Harry zadzwonił do ciebie, abyś tu przyjechał'.
- Nie możesz? Naprawdę? – uśmiecha się. – Zgaduję, że wcześniej nie odstawiałem takiego desperata, jak myślałem – drażni się, a ja prawie się śmieję. Gdybym nie była taka pusta, odchyliłabym głowę do tyłu, śmiejąc się razem z nim.
Kiedy o tym myślę, naprawdę nie powinnam być zaskoczona, że przebył całą tę drogę tutaj, aby mnie wesprzeć. Im dłużej o tym myślę, tym więcej sobie przypominam. On zawsze tu był, nawet kiedy nie potrzebowałam tego. On był w tle, zawsze w cieniu Harry’ego.

Harry’s POV:

- Nie wydaje mi się, że dobrze zrobiłeś, dzwoniąc do tego kolesia. Naprawdę go nie lubię. Nie lubię też ciebie, ale on jest nawet gorszy – mówi Noah z kanapy umiejscowionej po drugiej stronie wielkiego salonu domu jego rodziców.
- Zamknij się – jęczę. On jest tak cholernie wkurzający. Nie wiem, jak Tessa mogła w ogóle wytrzymać go przez te wszystkie lata. Zaczynam myśleć, że chowała się przed nim w tej szklarni, a nie przed Richardem. Nie winiłbym jej za to, sam bym się skusił teraz zrobić to samo.
- Tylko mówię, nie rozumiem, dlaczego do niego zadzwoniłeś, skoro tak bardzo go nienawidzisz – on nie wie, kiedy się zamknąć.
Nienawidzę tego miasta za to, że nie ma hotelu w promieniu dwudziestu mil od domu mamy Tessy.
- Dlatego. – wypuszczam zdenerwowany oddech – Ona go nie nienawidzi. Ufa mu, nawet jeśli nie powinna, a potrzebuje teraz kogoś w stylu przyjaciela, skoro nie zobaczy się ze mną.
- A co ze mną? I Liamem? – pyta. Jego palec naciska na zawleczkę puszki z napojem gazowanym, który otwiera się z głośnym pyknięciem. Nawet sposób, w jaki on otwiera puszki, jest okropny.
Nie chcę mówić mu, ze jestem zmartwiony, że Tessa ucieknie z powrotem do niego, pragnąc bezpiecznego związku z Noah, zamiast dania mi kolejnej szansy, a jeśli chodzi o Liama, cóż, nigdy tego nie przyznam, ale tak jakby potrzebuję go, żeby był moim przyjacielem. Nie mam żadnych przyjaciół i tak jakby go potrzebuję, w pewien sposób. Troszeczkę.
Bardzo. Potrzebuję go bardzo kurewsko mocno, a poza Tessą nie mam nikogo innego. Ją też ledwo mam, więc nie mogę stracić także jego.
- Wciąż nie rozumiem. Jeśli on ją lubi, dlaczego miałbyś go chcieć blisko niej? To oczywiste, że jesteś typem zazdrośnika i znasz się na kradnięciu cudzych dziewczyn lepiej niż ktokolwiek.
- Ha-ha – przewracam oczami i wyglądam przez wielkie okna pokrywające ścianę frontową domu. Dom Porterów jest największy na ulicy, prawdopodobnie największy także w tej gównianej dziurze, zwanej miastem. Chcę zapytać Noah, dlaczego powiedział, że cieszy się, że zabrałem od niego Tessę, ale jednak nie chcę, by wyrobił sobie złe wrażenie. Wciąż nienawidzę jego dupy i pozwalam mu być blisko siebie tylko dlatego, że muszę dać Tessie przestrzeń, której chce, bez zbytniego oddalania się.
- Dlaczego w ogóle się przejmujesz? Czemu nagle zachowujesz się dla mnie tak miło? Wiem, że mną gardzisz, zupełnie jak ja tobą. – Ogarniam go wzrokiem, ubranego w jego głupi, pieprzony kardigan i brązowe, eleganckie buty, które powinny mieć na czubach przyklejone pieniądze.
- Nie troszczę się o ciebie, tylko o Tessę. Chcę tylko, żeby ona była szczęśliwa. Dużo czasu zajęło mi przejście do porządku dziennego ze wszystkim, co wydarzyło się między nami, bo byłem do niej taki przyzwyczajony. Było mi wygodnie i przywykłem do tego stanu, więc nie mogłem zrozumieć, dlaczego ona mogłaby w ogóle chcieć kogoś takiego jak ty. Nie pojmowałem tego i wciąż nie pojmuję, ale widzę jak bardzo ona się zmieniła, odkąd poznała ciebie. Jednak nie w zły sposób, to naprawdę dobra zmiana – uśmiecha się do mnie – oczywiście, z wyjątkiem tego tygodnia.
Jak on może tak myśleć? Nie zrobiłem nic, poza zranieniem i zrujnowaniem jej, odkąd wtargnąłem do jej życia.
- Dobrze – poprawiam się niekomfortowo w pluszowym, zbyt wielkim fotelu. – Koniec rozwiązłości. Dzięki za nie bycie kutasem – wstaję na nogi i idę w stronę kuchni. Mama Noah jest tutaj, słyszę jak sieka coś w blenderze, a ja znalazłem sobie rozrywkę w oglądaniu  jak mruczy coś i pociera palcami o krzyżyk zawieszony na jej szyi za każdym razem, kiedy jestem w tym samym pokoju, co ona.
- Zostaw moją mamę w spokoju, albo cię wykopię – ostrzega mnie Noah, a ja prawie się śmieję. Gdybym nie tęsknił za Tessą tak cholernie bardzo, zaśmiał bym się w głos razem z tym dupkiem.
- Idziesz na pogrzeb, prawda? Możesz pojechać z nami, jeśli chcesz, nie wyjdziemy za wcześniej niż godzinę – proponuje.
- Nie, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – wzruszam ramionami i skubię węzełek na końcu mojego gipsu.
- Dlaczego nie? Ty za to zapłaciłeś. Myślę, że powinieneś pójść.
- Przestań o tym mówić i pamiętaj co mówiłem o zdradzeniu jej, że zapłaciłem za to gówno – grożę. – Nie rób tego, do cholery.
Wywraca na mnie swoimi głupimi, niebieskimi oczami, a ja wychodzę z pokoju, aby torturować jego mamę i przestać myśleć o tym, że Zayn jest w tym samym domu co Tessa.
Co ja myślałem? 


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •