piątek, 1 maja 2015

Rozdział 258.


Uwaga! Rozdział zawiera sceny erotyczne przeznaczone dla osób pełnoletnich. Czytając, robisz to na własną odpowiedzialność. Jeśli nie, możesz spokojnie ominąć notkę.

 
Soundtrack do rozdziału: 

• One Direction -  You & I 
 • One Direction - Happily  
• Andrew Belle - In My Veins


Tessa’s POV:

- Jeszcze raz przepraszam za mówienie tego przy stole, to było niewłaściwe - mówi Ken, umieszczając swoją serwetkę na kolanach.
- W porządku. Naprawdę doceniam twoją propozycję - wymuszam uśmiech. Doceniam tę ofertę, ale jest to zbyt wiele do zaakceptowania.
- Porozmawiamy o tym później – mruczy mi Harry do ucha. Ulżyło mi, że ani Harry, ani Ken nie wrócili do jadalni z krwawiącym nosem lub podbitym okiem. Przytakuję, a Karen wstaje żeby posprzątać stół. Ledwie dotknęłam jedzenia, wzmianka o problemie mojego ojca… odebrała mi apetyt.
- Zjedz przynajmniej deser. – Harry przyciąga moje krzesło bliżej swojego. Znowu mam skurcze, ibuprofen przestał działać, a ból głowy powrócił ze zdwojoną siłą.
- Spróbuję – przytakuję. Karen przynosi tacę z jej klonowymi smakołykami, sięgam po babeczkę. Harry chwyta jedno ciasteczko, przyglądając się idealnym lukrowanym kwiatom na szczycie.
- Ten to moja robota – kłamię.
Uśmiecha się do mnie, potrząsając głową.
- Żałuję, że musimy wychodzić – mówię mu, gdy spogląda na zegarek. Staram się nie myśleć o tym zegarku, który oddał jako zapłatę za długi mojego ojca. Czy odwyk naprawdę jest najlepszy dla mojego ojca? Czy będzie chciał zaakceptować ofertę?
- To ty spakowałaś się i wyjechałaś do Seattle – burczy.
- Mam na myśli stąd, dziś - wyjaśniam, mając nadzieję, że zrozumie.
- Och nie… nie zostaję tutaj.
- Ale ja bym chciała – dąsam się.
- Tesso, idziemy do domu, do mojego mieszkania.. gdzie jest twój ojciec. Krzywię się, właśnie dlatego nie chcę wracać do domu. Potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć i odetchnąć, a ten dom wydaję się być idealny do tego. Nawet wzmianka Kena o odwyku przy obiedzie tego nie zmieni. Kocham ten dom, a mieszkanie Harry’ego torturuje mnie odkąd wczoraj przyjechałam.
- Dobrze – dłubię w rogu swojego ciastka, a Harry wzdycha.
- W porządku, zostaniemy – wzdycha z poczuciem przegranej. Wiem, że tak zrobi. Pozostała część czasu przy stole nie jest niezręczna, jak wcześniejsza część. Liam jest cicho, zbyt cicho. Zamierzam zapytać go, co się stało, gdy skończę pomagać Karen w sprzątaniu kuchni.
- Brakowało mi cię tu - Karen zamyka zmywarkę i odwraca się w moją stronę, wycierając ręce w ręcznik.
- A mnie bardzo brakowało bycia tutaj – oświadczam, opieram się o blat.
- Cieszę się, że to słyszę. Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie jak córka. – dolna warga Karen drży, a jej oczy błyszczą w jasnym świetle kuchni.
- Wszystko w porządku? – pytam jej. Podchodzę do kobiety, na której tak bardzo mi zależy.
- Tak - uśmiecha się.- Przepraszam, ostatnio jestem często wzruszona. – otrząsa się i z powrotem się uśmiecha.
- Jesteś gotowa do łóżka? – Harry dołącza do nas w kuchni, chwytając kolejne klonowe ciasteczko na swojej drodze do mnie. Wiedziałam, że lubi je bardziej niż sugerował. 
- Idź, mam po prostu mętlik w głowie – Karen przytula mnie i składa pocałunek na moim policzku, zanim Harry owija rękę wokół mnie, praktycznie zmuszając mnie do opuszczenia kuchni.
- Martwię się o nią i o Liama – wzdycham. Czuję, że coś jest nie tak.
- Jestem pewien, że u nich wszystko w porządku - Harry odprowadza mnie na górę, pod drzwi swojego pokoju. Drzwi do sypialni Liama są zamknięte, a spod nich nie wydostaje się światło.
–Śpi.
Natychmiast wita mnie znajoma sypialnia. Od wykuszu, po nowe biurko i krzesło, zamienionych, odkąd ostatnim razem Harry je zniszczył. Byłam tu od tamtej pory, ale nie zwróciłam na to uwagi. Teraz jestem tu ponownie, chcę chłonąć każdy szczegół.
- Co? – głos Harry’ego wyrywa mnie z własnych przemyśleń. Rozglądam się po pokoju, przypominając sobie pierwszy raz, gdy tu z nim byłam.
- Po prostu przywołuję to wszystko – przyznaję, ściągając buty.
- Przywołujesz, co? – Harry uśmiecha się. Przeciąga swoją czarną koszulę przez głowę i rzuca do mnie, ciągnąc mnie dalej w głąb moich wspomnień.
- Masz ochotę się podzielić? - jego dżinsy są następne, szybko ciągnie je w dół, rzucając je na podłogę w ogromnym nieładzie.
- Dobrze. – starannie podziwiam jego klatkę piersiową, kiedy prostuje ramiona, wyciągając swoje długie ciało. – Myślałam o tym jak po raz pierwszy byłam na noc tutaj, razem z tobą. –  Harry też wtedy po raz pierwszy tutaj spał.
- A co dokładnie w tym temacie?
- Nic konkretnego. – wzruszam ramionami, po czym rozbieram się pod jego czujnym spojrzeniem. Składam moje dżinsy i koszulę zanim przeciągam czarną koszulkę przez głowę.
- Zdejmij stanik – Harry unosi brew, jego ton jest surowy, a oczy ciemnozielone. Zdejmuję swój biustonosz i wspinam się na łóżko, żeby położyć się obok niego. – Teraz powiedz mi o czym myślałaś – ciągnie mnie w talii i opiera rękę na moim biodrze, gdy ja pewnie leżę po swojej stronie, przylegając jak najbliżej do jego ciała. Jego palce wodzą po koronce moich  majtek, przez całe moje ciało przechodzi dreszcz. 
- Myślałam tylko o tym, jak Liam zadzwonił do mnie tamtej nocy – patrzę na niego, aby ocenić jego wyraz twarzy.
- Zrobiłeś tu gigantyczny bałagan - marszczę brwi na wspomnienie niszczonych chińskich szafek i rozbitych na setki kawałków porcelanowych naczyniach, porozrzucanych po podłodze.
- Tak, zrobiłem. – cicho odpowiada. Ręką, której nie używa do rysowania kół na mojej gołej skórze, sięga i zbiera kosmyk włosów między swoje palce. Powoli kręci moje pasma włosów, nie przerywając kontaktu wzrokowego ze mną.
- Bałam się – przyznaję – nie ciebie, ale tego co mógłbyś powiedzieć. Marszczy brwi.
- Twoje obawy się potwierdziły, czyż nie?
- Tak sądzę – potwierdzam – ale zrekompensowałeś się za swoje ostre słowa. Chichocze, wreszcie odrywając ode mnie wzrok.
- Tak, tylko żeby  powiedzieć więcej pieprzonego gówna następnego dnia. Wiem, gdzie tym zmierza, staram się usiąść, ale jego dłoń przylega do mojego biodra i dociska je.
- Kochałem cię wtedy - mówi, zanim ja mogę.
- Kochałeś?
- Tak. – kiwa głową, zaostrzając uchwyt na moim biodrze.
- Skąd wiedziałeś? – cicho pytam. Harry wspomniał, że tej nocy już wiedział, że mnie kocha, ale nigdy tego nie wiedziałam.  Mam nadzieję, że tak zostanie.
- Po prostu. A teraz wiem, co robisz - promiennie uśmiecha się.
- I co to jest? – umieszczam dłoń na jego brzuchu, obejmując środek narysowanej tam ćmy.
- Węszysz – owija pasmo moich włosów wokół swojej pięści i figlarnie szarpie.
- Myślałam, że to ja tutaj jestem od ciągnięcia włosów. – chichoczę na swój kiepski żart, a Harry robi to samo.
- Bo jesteś – zdejmuje rękę z moich włosów, tylko na chwilę, żeby móc zebrać całą masę niechlujnych blond fal w swoje ręce. Szarpie, wyciągając moją głowę do tyłu, więc jestem zmuszona patrzeć na niego.
– Minęło zbyt długo. – Zanurza głowę w dół, delikatnie prowadząc mnie abym usiadła prosto, a jego nos biegnie wzdłuż mojej odsłoniętej szczęki i szyi
- Jestem twardy odkąd drażniłaś się ze mną rano – szepcze, naciskając dowodem między moje uda. Ciepło jego oddechu na mojej skórze jest niemal nie do zniesienia, wiję się pod jego brudnymi słowami i intensywnym spojrzeniem. – Masz zamiar się tym zająć, tak? – delikatnie wyciąga pięść pełną moich włosów w dół i z powrotem, zmuszając mnie do kiwania głową. Chcę go poprawić i powiedzieć mu, że w rzeczywistości to on jest tym, który chodził i drażnił mnie rano, ale pozostaję cicho. Wiem, dokąd to zmierza. Bez słowa, Harry uwalnia moje włosy i biodro i  podciąga się na kolana. Jego ręce są zimne, gdy przesuwa tkaninę mojej koszulki go góry, odsłaniając mój nagi brzuch i klatkę piersiową. Jego palce zachłannie owinęły się wokół moich piersi, jednocześnie z wepchnięciem jego języka do mojej buzi. Jestem rozpalona, cały stres z ostatnich dwudziestu czterech godzin odpłynął i Harry wypełnia wszystkie moje zmysły.
- Oprzyj się o zagłówek – poucza mnie, po całkowitym ściągnięciu ze mnie koszulki. Robię jak powiedział, obniżam swoje ciało, aż moje ramiona spoczęły w połowie ogromnej listwy zagłówka. Ciągnę bokserki Harry’ego w dół, a on podnosi swoje kolana, aby pozbyć się ich. - Trochę niżej, kochanie. – przesuwam się niżej, a on kiwa głową z aprobatą. Przesuwa się w poprzek łóżka na kolanach i ustawia się przede mną. Mój język wysuwa się z moich ust, chcąc być na jego skórze. Moja szczęka relaksuje się, kiedy Harry owija swoją pięść wokół jego erekcji i patrzę z podziwem jak podnosi ją do moich ust, powoli pompując. Otwieram usta szerzej, kciuk Harry’ego szybuje nad moją dolną wargą, zanurza się ustach tylko na moment, zanim zastępuję swój palec. Pcha w moje usta powoli, jakby chciał żebym smakowała każdy centymetr, gdy znika w moich ustach.
- Kurwa. – jęczy z góry. Patrzę na niego, by zobaczyć jak jego oczy wypalają mnie. Jedną ręką chwyta szczyt zagłówka, aby się ustabilizować, gdy wycofuje się i znowu wchodzi. – Więcej - dyszy, więc owijam dłonie na jego napiętych plecach, przyciągając go bliżej. Moje usta zacieśniają się na nim, ciągnąc go po mału, korzystając z tego tak samo jak on. Harry jest jak jedwab pod dotykiem mojego języka, jego przyśpieszony oddech, gdy wypowiada moje imię, jak mówi mi jak bardzo jestem dla niego dobra, jak kocha moje usta, sprawia że całe moje ciało płonie potrzebą niego.
- Tak cholernie dobrze - ciągle w ruchu, w środku i na zewnątrz, w środku i na zewnątrz. - Spójrz na mnie – błaga.
Mrugam i znowu patrzę na jego twarz, biorąc pod uwagę sposób, w jaki jego brwi są obniżone, a jego wargi przygryzione przez zęby i sposób, w jaki jego oczy mnie obserwują. Kilkukrotnie dosięga tyłu mojego gardła. Zauważam sposób, w jaki jego mięśnie brzucha poszerzają się i zacieśniają, sygnalizuje to co będzie dalej. Jakby mógł czytać w moich myślach, jęczy. – Kurwa, zaraz dojdę – jego ruchy są energiczne. Ściskam moje uda, żeby rozładować ciśnienie i ssę mocniej. Jestem zaskoczona, gdy wycofuje się z moich ust i spuszcza się na mojej piersi. Dłużej jęczy moje imię, pochyla się wyczerpany i dociska czoło do zagłówka. Cierpliwie czekam na niego, aż złapie oddech i opuści swoje ciało, aby usiąść obok mnie. Jego ręka się wyciąga i, ku mojemu przerażeniu, ściera dłonią bałagan, który zrobił na mojej skórze. – Cała moja.- bezczelnie się uśmiecha i składa pocałunek na moich otwartych ustach.
- Ja – patrzę w dół na moje oznaczone piersi.
- Podoba ci się to – uśmiecha się. Nie zaprzeczam. – dobrze to na tobie wygląda – po tym, jak jego oczy są skupione na lśniącej skórze mogę powiedzieć, że on naprawdę tak myśli.
- Jesteś nieczysty – to wszystko co mogę powiedzieć.
- Tak? Podobnie jak ty – kiwa głową na moje piersi i chwyta mnie za udo, żeby zrzucić mnie z łóżka.

Piszczę a on pokrywa moje usta dłonią. – Cii, nie chcemy publiczności podczas gdy przepieprzę cię nad biurkiem, prawda?

 Harry’s POV:


Zapach kawy wypełnia moje nozdrza i sięgam po Tessę, wiedząc, że jest blisko. Kiedy moje poszukiwania okazują się bezowocne, otwieram oczy, żeby znaleźć ją pakującą torbę, oraz dwa kubki kawy spoczywające na komodzie.
- Która jest godzina? – pytam ją, mając nadzieję, że powie, że jest nadal wcześnie.
- Prawie południe.
Kurwa, spałem przez połowę tego cholernego dnia. – Już wszystko spakowałam i zjadłam śniadanie. Obiad będzie gotowy niedługo – mówi z uśmiechem. Ona już się umyła i ubrała. Ma na sobie znowu te cholerne dżinsy, tą ciasną parę.
Zmuszam się do wyjścia z łóżka i próbuję powstrzymać się od zlinczowania jej za to, że nie obudziła mnie wcześniej.
- Super – odpowiadam i sięgam po moje spodnie z podłogi, tylko, że nie ma ich na podłodze.
- Tutaj – Tessa podaje mi spodnie, złożone oczywiście. – Wszystko w porządku? – musi wyczuwać moją wrogość.
- W porządku                                                                                     
- Harry – naciska. Wiedziałem kurwa, że będzie.
- W porządku, ten weekend po prostu za szybko minął, to wszystko.
Jej uśmiech jest wystarczający, by stopić lód, który się uformował.
- Naprawdę szybko – zgadza się ze mną.
Nienawidzę tego gównianego mieszkania osobno. Nienawidzę tego tak cholernie bardzo.
- Musimy tylko przetrwać do czwartku – stara się, aby ta odległość wydawała się mniej.. odległa.
- Co Karen zrobiła na obiad? – zmieniam temat – mam nadzieję, że nic zawierającego syrop.
Śmieje się:
- Nie, bez syropu.
Liam dąsa się przy stole, kiedy idziemy do jadalni, a Karen niesie tacę z kanapkami. Tessa siada obok Liama, a ja obserwuję, jak pyta się go, czy wszystko w porządku.
- W porządku, po prostu czuję się trochę kiepsko – okłamuje ją. Nigdy nie myślałem, że będę mógł ujrzeć ten dzień.
- Jesteś pewien, ponieważ zachowywałeś się tak...
- Tessa – podnosi się i przysięgam, że jeśli położy na niej rękę… – wszystko w porządku – uśmiecha się, zdejmując dłoń ze stołu. Szybko sięgam po jej palce i kładę nasze ręce na moim kolanie.
Nudna rozmowa przy stole pojawia się i znika, ponieważ w niej nie uczestniczę, a za niedługo jest czas, by zawieźć Tessę z powrotem do Seattle. Jeszcze raz sobie przypominam jakim popieprzonym idiotą jestem, że się tam nie przeprowadziłem w pierwszej kolejności.
- Zobaczę cię jeszcze raz zanim wyjedziesz, prawda? – oczy Tessy są wilgotne, kiedy Liam przytula ją na pożegnanie. Odwracam wzrok.
- Tak, oczywiście. Może wpadnę, żeby was odwiedzić, kiedy wrócicie z waszej wycieczki? – jego oferta wywołuje u niej uśmiech. Doceniam jego wysiłek, szczególnie, gdy to ja będę tym, na którego zwali winę, kiedy zwariuje, dowiadując się, że on i Delilah zerwali, a ja jej o tym nie powiedziałem.
Dziesięć minut później, praktycznie wyciągam jej tyłek z tego domu. Karen jest o wiele bardziej zasmucona, niż to można uznać za rozsądne i mówi Tessie, że ją kocha, co jest cholernie dziwne.
- Czy to czyni mnie okropną osobą, że czuję się bardziej komfortowo wokół twojej rodziny, niż mojej własnej? – Tessa pyta mnie po piętnastominutowej ciszy.
- Tak – drażnię ją.
Patrzy się na mnie, sprawiając, że przewracam oczami na jej fałszywy gniew. – Obie nasze rodziny są pojebane – mówię, a ona kiwa głową, powracając do swojego milczenia.
Im bliżej mój samochód znajduje się Seattle, tym silniejsza jest obecność niepokoju rojącego się w mojej klatce piersiowej. Nie chcę spędzić całego tygodnia bez niej, cztery dni z dala od Tessy to kurwa dla mnie wieczność.
- Będę tutaj w środę w nocy, skoro wylatujemy wcześnie w czwartek – przerywam ciszę.

Kiedy tylko wracam do Pullman, jadę prosto na siłownię.

Tessa’s POV:
W poniedziałkowy poranek dojeżdżam na moją wizytę pół godziny przed czasem i siadam na jednym z masowo produkowanych, niebieskich krzeseł w kratkę. Poczekalnia jest prawie pełna, płaczące dzieci i kaszlące kobiety wypełniają przestrzeń. Próbuję zająć się przewracaniem stron magazynu, ale jedynym dostępnym jest magazyn dla rodziców, pełen reklam pieluszek i porad dotyczących karmienia piersią.
Dzięki Bogu, że masz umówioną wizytę na jutro. Mówiłem ci o niej przez siedem miesięcy, dobrze, że nie zostałaś znokautowana – powiedział Harry podczas naszej rozmowy przez telefon ubiegłej nocy.
- Young? Theresa Young? – starsza kobieta woła moje imię ze swojego gabinetu. Szybko wstaję, omijając malucha pędzącego po podłodze ze swoją zabawką ciężarówki w ręce. Ciężarówka przetacza się po moim bucie i chłopiec chichocze. Uśmiecham się do niego, zdobywając uroczy uśmiech w zamian.
- W którym miesiącu jesteś? – kobieta, mama tego chłopca zakładam, pyta mnie. Jej oczy paraliżują mój brzuch i instynktownie umieszczam na nim dłoń.
- Och! Nie jestem. – niewygodny śmiech wydobywa się z moich ust.  
- Przepraszam! – czerwieni się – po prostu zakładałam, nie wyglądasz tak.. po prostu myślałam..
Fakt, że ona czuje się tak samo niekomfortowo jak ja sprawia, że się uśmiecham. Pytanie kobiety, w którym jest miesiącu nigdy nie kończy się dobrze, szczególnie, gdy nie jest ona w ciąży. – Cóż, teraz już wiesz na przyszłość, że gdy jesteś matką filtr znika – śmieje się. Grzecznie się uśmiecham i kontynuuję moją drogę do pielęgniarki.
Nie pozwalam moim myślom zbaczać w tę stronę, moja podświadomość jest podstępna, próbuję podczołgać się do tych zamkniętych drzwi w głębi mojego umysłu. Łapię ją, a ona szybko się wycofuje. Nie mam czasu, żeby rozmyślać nad przyszłością i faktem, że jeśli chcę żyć z Harrym, nigdy nie będę matką. Nigdy nie będę miała uroczego malucha, biegającego z zabawką ciężarówki nad moimi butami albo wspinającego się na moje kolano, w ten sposób jak ten chłopiec robi to teraz, kiedy odwracam się, by spojrzeć na niego ostatni raz.
Natychmiast podano mi mały kubeczek i polecono udać się do toalety na dole, aby ukończyć test ciążowy. Trochę się denerwuję na ten pomysł. Byliśmy ostatnio bardzo nieostrożni i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy jest niespodziewana ciąża. Harry by oszalał. Oddaję kubeczek kobiecie, teraz pełny, a ona prowadzi mnie do pustego pokoju.
- Doktor West będzie za chwileczkę – informuje mnie podczas owijania ciśnieniomierza wokół mojego ramienia.
- Rozłóż nogi, kochana – słodko instruuje i robię tak, jak mi powiedziano.
Po zmierzeniu temperatury kobieta znika i następuje pukanie do drzwi przez wchodzącego do pokoju mężczyznę w średnim wieku, większość jego brązowych włosów pokryła szarość. Zdejmuje okulary z grubymi szkłami i wyciąga do mnie rękę.
- Doktor West, miło cię poznać, Thereso – uprzejmie się przedstawia. Miałam nadzieję na panią doktor, ale doktor West wydaje się wystarczająco miły. Wolałabym, żeby był on mniej atrakcyjny, to mogłoby zmienić tę wizytę w mniej niezręczną.
Zadaje wiele pytań, w większości absolutnie przerażające. Muszę mu powiedzieć o tym, kiedy Harry i ja uprawialiśmy seks bez zabezpieczenia, więcej niż jeden raz, podczas których zmuszam się do trzymania kontaktu wzrokowego z lekarzem. W połowie drogi przez tą żenującą mękę, pielęgniarka wraca i umieszcza kartkę papieru na blacie biurka, doktor West spogląda na nią, a ja wstrzymuję oddech, aż zacznie mówić.
- Nie jesteś w ciąży, więc możemy zaczynać – zaniepokojony uśmiecha się do mnie i wypuszczam głęboki oddech, który w sobie trzymałam. Wymienia wiele opcji, o których z nich nigdy nawet nie słyszałam, zanim umówimy się na wybranie pomiędzy zwykłą pigułką a zastrzykiem.
- Zanim dam ci zastrzyk, muszę zrobić krótkie badanie miednicy, w porządku? – pyta mnie.
Kiwam głową i zduszam nerwy. Nie wiem dlaczego czuję się tak niekomfortowo, on jest tylko lekarzem, a ja jestem dorosła. Powinnam mieć zaplanowaną wizytę jak skończy mi się miesiączka, nie myślałam o badaniu podczas planowania. Chciałam mieć tylko Harry’ego z głowy.
- Prawie skończone – oznajmia doktor West. Badanie jest szybkie i nie tak niezręczne jak zakładałam. – Miałaś już kiedyś robione badanie miednicy? – pyta, a głęboka zmarszczka formułuje się na jego czole.
- Nie, nie sądzę – cicho odpowiadam. Wiem, że nie miałam, ale ostatnia część mojej odpowiedzi była nerwową wstawką. Moje oczy obracają się w kierunku ekranu naprzeciwko niego, a on porusza czujnikiem po moim brzuchu, wszerz mojej miednicy.
- Hmm… – mówi do siebie. Mój niepokój wzrasta, czy tam jest dziecko? Zaczynam panikować. Harry postrada zmysły, a ja.. cóż, jestem za młoda, nie skończyłam szkoły i jesteśmy w takim miejscu i… – Jestem trochę zaniepokojony wielkością twojej szyjki macicy – mówi w końcu. Co? – To nic, czym powinnaś się martwić na tę chwilę, ale chciałbym cię znowu zobaczyć, żeby zrobić kolejne badania.
- W porządku – moje usta są suche, a mój żołądek mi się zasupłał. Nie wiem dlaczego moje dłonie się pocą. – Co to znaczy? - wymuszam pytanie.
- Na razie nic, nie mogę być pewien - jego ton nie jest przekonujący. Wstaję i naciągam sukienkę z powrotem w dół. – Co to może znaczyć?
- Cóż… - Dr. West popycha swoje grube okulary z powrotem na nos – w najgorszym wypadku to bezpłodność, ale bez dalszych badań nie ma sposobu, aby się tego dowiedzieć, aczkolwiek nie widzę żadnych torbieli, więc to naprawdę dobry znak – wskazuje na ekran. Moje serce spada na zimną posadzkę.
- Co… jakie są szanse? – nie mogę usłyszeć własnego głosu, czy myśli.
- Nie mogę powiedzieć, to nie jest diagnoza. To jest gorszy scenariusz, nie denerwuj się tym, dopóki nie zrobimy niektórych badań. Chcę dzisiaj dokonać zastrzyku i umówimy się na wizytę kontrolną oraz zrobimy konkretne badania krwi, żeby się upewnić.
Przytakuję, nie będąc w stanie nic powiedzieć. Właśnie słyszałam jak mówił, że to nie jest diagnoza, ale czuję się, jakby była. Czuję przerażenie, pusty trzepot moich nerwów przeszedł po moim kręgosłupie na pierwsze wzmianki o problemie. W cichym pokoju słychać tylko uderzanie mojego serca. Przesadzam, wiem to, ale się tym nie przejmuję.
- To się zdarza cały czas, nie przejmuj się tym. Wyjaśnimy to, jestem pewien, że to nic – po tych słowach opuszcza pokój, zostawiając mnie samą z okrutną ironią tej sytuacji. Nie jest pewny, nic nie jest pewne, więc dlaczego nie mogę pozbyć się lęku, który we mnie krąży? Pielęgniarka robi mi zastrzyk związany z kontrolą urodzeń. Nagle zamieniła się w kwokę, mówiącą o swoich wnukach, którzy kochają jej domowe ciasteczka. Głownie pozostaje cicho, mówię wystarczająco, żeby pozostać uprzejmą. Czuję mdłości. Daje mi szczegółowy instruktaż na temat mojej nowej antykoncepcji, wymieniając wady i zalety, które chwilę temu przedstawił mi już lekarz. Jestem wstrząśnięta nieposiadaniem więcej okresu i nieco zaniepokojona przyrostem masy ciała. Mówi mi, że ponieważ mam teraz okres, zastrzyk będzie ze skutkiem natychmiastowym, ale żeby poczekać trzy dni z niezabezpieczonym seksem, tak dla pewności.
Po zaplanowaniu mojej wizyty kontrolnej, kieruję się prosto, by odebrać moje zdjęcie do paszportu i dopełnić formalności. Oczywiście, zostało to już zapłacone przez pana Vance’a. Wzdrygam się na to, ile pieniędzy wszyscy wokół wydają się bezproblemowo wyrzucać na mnie. Moim największym priorytetem po powrocie z Anglii jest znalezienie sobie własnego mieszkania. Nie szukałam go tak gorliwie jak powinnam.
Każda osoba, którą mijam na ulicy wydaje się być w ciąży lub mieć dziecko na ramieniu. Nie powinnam tak naciskać na lekarza o te informacje, teraz popadnę w paranoję, dopóki nie pójdę na moją wizytę kontrolną, której oczywiście nie będzie przez następne trzy tygodnie. Trzy tygodnie doprowadzające mnie do szału, trzy tygodnie obsesji, że mogę być bezpłodna. Nie wiem dlaczego ten pomysł jest taki bolesny, myślałam, że pogodziłam się z tym, że nie będę miała dzieci. Nie mogę jeszcze o tym wspomnieć Harry’emu, dopóki nie będę pewna. Nie, żeby to miało wpływ na jego plany, w każdym razie.
Piszę do Harry’ego, kiedy wracam do samochodu, pisząc mu, że wizyta poszła dobrze i że wracam do domu Vance’a. Do czasu powrotu przekonałam się, że spędzę ten tydzień unikając tematu. Nie ma powodu, by się martwić, jeśli doktor West zapewnił mnie, że nic nie jest pewne. Pustka w mojej klatce piersiowej mówi coś innego, ale muszę to zignorować i odsunąć na ten moment. Lecę do Anglii. Pierwszy raz w życiu wyjadę ze stanu Waszyngton i nie mogłabym być bardziej podekscytowana. Zdenerwowana też, ale w większości podekscytowana.

Harry przyjeżdża późno wieczorem w środę, wygląda na zmęczonego. Pod ręką ma swój segregator do pracy. Spędza całą noc pracując, podczas gdy ja wypełniam kartę z Nauk Politycznych, która ma termin na przyszły czwartek.

Harry’s POV:


- Jesteś pewna, że masz wszystko? – sarkastycznie pytam podenerwowaną Tessę. Wygląda, jakby mogła w każdej chwili zemdleć. Trzyma długopis pomiędzy zębami, kiedy sprawdza listę kontrolną jeszcze raz. Widocznie podróżowanie na drugi koniec świata nastawia ją na wielkie obroty.
- Tak – sapie, skupiona na wypełnieniu zadania ponownego sprawdzenia jej podręcznego bagażu dziesiąty raz od kiedy przyjechaliśmy na lotnisko
- Jeśli nie wejdziemy teraz do środka, przegapimy lot – ostrzegam ją.
- Wiem – patrzy na mnie, jej ręce nadal przekopują tę cholerną torbę. Ona jest szalona, urocza jak diabli, ale kurewsko pokręcona.
- Jesteś pewien, że dobrze robisz, zostawiając tutaj auto? – pyta.
- Tak, to do tego służy to miejsce przed lotniskiem – podkreślam – długoterminowe parkowanie – pokazuję znak nad naszymi głowami.
Christian oferował, by jego kierowca zawiózł nas do Sea-Tac, ale odmówiłem. To byłaby strata czasu dla kierowcy, żeby wziąć nas a potem wrócić następnego dnia, żeby zawieźć Vance’a.
- Daj mi tą torbę – ściągam tą ohydną rzecz z jej ramienia. Jest dla niej za ciężka do noszenia. Ta kobieta spakowała do niej połowę swojego gówna.
- W takim razie, wezmę walizkę – sięga za uchwyt walizki na kółkach.
- Nie, ja ją mam – drażnię ją. – Możesz się zrelaksować? Będzie dobrze – zapewniam ją. Nigdy nie zapomnę, jak rozszalała była dziś rano. Składanie i rozkładanie, pakowanie i rozpakowywanie naszych ubrań, dopóki nie będą idealnie leżeć w walizce.
Byłem dla niej delikatny, bo wiem, jak bardzo inne jest to dla niej. Nigdy wcześniej nie opuściła nawet tego cholernego stanu. Nawet jeśli była irytująca jak nigdy, nie mogę zaradzić mojemu podekscytowaniu. Jestem podekscytowany tym, że zabieram ją na jej pierwszą wycieczkę, podekscytowany oglądaniem jej szarych oczu rozszerzających się na widok chmur, kiedy będziemy przez nie przelatywać. Upewniłem się, że musi siedzieć koło okna tylko z tego powodu.
- Gotowa? - pytam ją, kiedy drzwi automatyczne się otwierają.
- Nie - nerwowo się uśmiecha, a ja prowadzę ją przez zatłoczone lotnisko.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

Notka: Życzymy wszystkim przyjemnej majówki! 
Bardzo przepraszam, że czcionka jest taka mała, ale naprawdę nie mam już siły się dziś użerać z Bloggerem :( 

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział 257.

Soundtrack do rozdziału:

• The Fray - All at Once
• Imagine Dragons - Demons
• The Fray - She Is


Nie śpię już od dwóch godzin, cierpliwie czekając aż Harry się obudzi. Kiedy jestem wykąpana i w pełni ubrana, a kuchnia zostaje posprzątana oraz biorę dwie aspiryny, by pozbyć się skurczów i ogromnego bólu głowy, kieruję się do sypialni, by sama go obudzić. Delikatnie potrząsam jego ręką i szepczę jego imię, ale to nie działa.
- Harry, obudź się – mocniej szarpię jego ramieniem i odskakuję jak oparzona, gdy przed oczami staje mi obraz mojej matki ściągającej upojone ciało mojego ojca z kanapy. Cały ranek unikałam myśli o mojej matce i łamiącej serce lekcji historii, którą wczoraj dostałam. Mój ojciec ciągle śpi. Myślę, że też jest wypruty po jej krótkiej wizycie.
- Nie – burczy zaspany.
- Jeśli nie wstaniesz, to pojadę do domu twojego ojca sama – mówię, wsuwając stopy w moje płaskie buty. Mam wiele par tomsów, ale zawsze przyłapuję się na tym, że najczęściej noszę te z szydełkowanym wzorem. Harry nazywa je ohydnymi mokasynami, ale kocham te wygodne buty.
Harry jęczy i przekręca się na brzuch, unosząc się na łokciach. Jego oczy wciąż są zamknięte, gdy obraca głowę w moją stronę.
- Nie, nie pojedziesz – wiedziałam, że nie spodoba mu się ten pomysł, dokładnie dlatego użyłam go, by wywabić go z łóżka.
- Więc wstawaj, ja już się umyłam i w ogóle… - marudzę. Chcę jak najszybciej dostać się do domu Liama i zobaczyć jego, Kena i Karen ponownie. Wydaje się jakby minęły wieki odkąd widziałam tę słodką kobietę, noszącą fartuch z wzorem truskawek, który rzadko kiedy zdejmuje.
- Cholera – grymasi, otwierając jedno oko. Dławię śmiech, podziwiając jego leniwy wyraz twarzy. Też jestem zmęczona, mentalnie i fizycznie wyprana, ale myśl o wyrwaniu się z tego mieszkania na dzień niesamowicie mnie odświeża. – Najpierw chodź tutaj – otwiera drugie oko i sięga w moją stronę. W momencie, w którym jestem przy nim na łóżku, on turla swoje ciężkie ciało na mnie, zatapiając mnie w swoim cieple. Celowo ociera swoją męskość o mnie, pocierając swoimi biodrami, póki się perfekcyjnie nie umości pomiędzy moimi udami, z jego poranną erekcją niemiłosiernie na mnie napierającą.
- Dzień dobry – teraz już się zupełnie obudził. Nie mogę się nie roześmiać. Ponownie spokojnie zatacza kółka swoimi biodrami, tym razem próbuję mu się wyśliznąć. On dołącza do mojego śmiechu, lecz szybko mnie ucisza, zakrywając moje usta swoimi. Jego język okrąża mój, delikatnie pieszcząc, wskazując na cel zupełnie przeciwny przerywanym ruchom wykonywanym przez jego biodra.
- Masz zatyczkę? – szepcze, wciąż mnie całując. Jego dłonie przesuwają się na moją klatkę piersiową. Moje serce dudni dynamicznie, sprawiając, że jego zaspany głos jest ledwie słyszalny.
- Tak – potwierdzam, tylko nieco przejmując się okropną ksywką, do której już przywykłam. Harry się odsuwa, uważnie przypatrując się mojej twarzy. Wysuwa język i przejeżdża po swojej dolnej wardze, zwilżając ją.
Odgłosy otwieranych i zamykanych szafek dobiegają do nas z korytarza, poprzedzając dźwięk patelni upadających na betonową podłogę.
- Zajebiście – wywraca oczami Harry. – Cóż, planowałem się z tobą pieprzyć nim wyjdziemy, ale teraz, gdy on się obudził… - spogląda na mnie.
Wywracam oczami, gdy on schodzi ze mnie i wstaje z łóżka, zabierając ze sobą koc. 
- Wezmę szybki prysznic – mówi, z nachmurzoną miną wychodząc z pokoju.
Harry wraca mniej niż pięć minut później w chwili, gdy ja zaciągam narożniki prześcieradła na łóżku. Jedyny ślad odzienia obecny na nim, to biały ręcznik udrapowany w talii. Zmuszam moje oczy, by spoczęły na jego twarzy, gdy on podchodzi do komody i wyciąga z niej czarny T-shirt z nadrukiem. Szybko naciąga go przez głowę i wskakuje w parę bokserek.
- Ostatnia noc była pieprzoną katastrofą – oczy Harry’ego skupiają się na jego poranionej dłoni podczas zapinania rozporka.
- Taa... – wzdycham, próbując unikać jakiejkolwiek głębszej rozmowy o czymkolwiek, co wiąże się z moimi rodzicami.
- Chodźmy – zabiera z komody kluczyki i telefon, po czym wrzuca je do kieszeni. Odsuwa mokre włosy z czoła i otwiera sypialniane drzwi. – Idziesz? – niecierpliwie dopomina się kilka chwil później. Co się stało z lubieżną wersją sprzed zaledwie kilku minut? Jeśli jego nastrój pozostanie taki zły, to przypuszczam, że dziś będzie równie źle jak wczoraj.
Bez słowa wychodzę za nim przez drzwi i podążam korytarzem. Drzwi do łazienki są zamknięte, słychać szum wody.
- Powiedziałeś mu, że wychodzimy? – pytam cicho. Nie chcę czekać na to, aż mój ojciec wyjdzie spod prysznica, ale nie chcę również wyjść bez powiedzenia mu gdzie idziemy i upewnienia się, że nie potrzebuje niczego. Co on tu robi kiedy jest sam? Czy cały dzień mija mu na myśleniu o narkotykach? Czy zaprasza kogoś? Wybijam sobie tę drugą myśl z głowy. Harry dowiedziałby się o tym, a mojego ojca na sto procent by tu już nie było.
- Tak – jego odpowiedź jest krótka, ukazująca jego rosnącą irytację.
Harry nie odzywa się podczas drogi do domu jego ojca. Jedynym zapewnieniem, że dzisiejszy dzień nie jest totalnym niewypałem, jest ręka Harry’ego spoczywająca na moim udzie, gdy on skupia się na drodze.
Harry, jak zawsze, nie puka do drzwi domu swojego ojca, nim tam wchodzi. Słodki zapach syropu wypełnia dom, więc idziemy za nim do kuchni. Karen stoi przy piecyku ze szpatułką w jednej dłoni. Drugą wymachuje w powietrzu podczas konwersacji. Nieznajoma kobieta usadowiła się na jednym ze stołków przy wysepce kuchennej. Jej długie, brązowe włosy są jedynym, co widzę, nim obraca się na stołku, kiedy Karen przenosi na nas uwagę.
- Tessa, Harry! – Karen prawie piszczy z radości, ostrożnie odkłada narzędzie na blat, po czym pospiesznie podchodzi, by otulić mnie ramionami. – Tak wiele czasu minęło! – mówi, odsuwając mnie na długość ramion, a następnie znowu przygniatając do swojego ciała. Jej ciepłe przywitanie jest dokładnie tym, czego potrzebuję po zeszłej nocy.
- Minęły tylko trzy tygodnie, Karen – niegrzecznie zwraca się do niej Harry. Jej uśmiech nieco niknie, gdy zakłada sobie włosy za ucho.
- Co tam robisz? – odwracam jej uwagę od kwaśnego nastroju jej przybranego syna i przyglądam się blatu, pokrytemu w przepysznych wypiekach.
- Ciasteczka, babeczki, tartletki i muffinki klonowe – kobieta lekko mnie ciągnie, dając znak, bym poszła za nią, na co Harry kuli się za rogiem z głębokim grymasem na twarzy, który ignoruję. Ponownie spoglądam na młodą kobietę, niepewna, jak się przedstawić.
- Och! – zauważa Karen. – Przepraszam, powinnam była was najpierw zapoznać – wskazuje dłonią na kobietę. – To jest Sophia, jej rodzice mieszkają na tej samej ulicy – kobieta uśmiecha się i wyciąga dłoń, by uścisnąć moją.
- Miło mi cię poznać – uśmiecha się. Jest piękna, bardzo piękna. Jej oczy są jasne, a uśmiech ciepły. Jest starsza ode mnie, ale nie może mieć ponad dwadzieścia pięć lat.
- Jestem Tessa, przyjaciółka Liama – przedstawiam się. Harry kaszle za moimi plecami, oczywiście niezadowolony z mojego doboru słów użytych przy prezentacji. Przypuszczam, że ona zna Liama, a od kiedy ja i Harry jesteśmy… cóż, czymkolwiek jesteśmy, łatwiej wydawało się przedstawić jako przyjaciółka Liama.
- Nie poznałam jeszcze Liama – oznajmia Sophia. Jej głos jest miękki i słodki. Natychmiast ją polubiłam.
- Och? – myślałam, że się znają, skoro jej rodzina żyje w sąsiedztwie.
- Sophia właśnie ukończyła Instytut Kulinarny Ameryki w Nowym Jorku – wychwala ją Karen, a Sophia się uśmiecha. Nie obwiniam jej, gdybym skończyła najlepszą szkołę gastronomiczną w kraju, też pozwoliłabym ludziom mi pochlebiać.
- Odwiedzam moją rodzinę i wpadłam na ulicy na Karen, kupującą syrop klonowy – uśmiecha się, patrząc na ogromną ilość pieczonych smakołyków.
- Ach, a to jest Harry – przypominam sobie o moim ponurym mężczyźnie, trzymającym się na uboczu.
- Miło cię poznać – uśmiecha się do niego Sophia.
- Tak – nawet nie spojrzy na tę biedną kobietę. Wzruszam ramionami i posyłam w jej stronę sympatyczny uśmiech.
- Gdzie jest Liam? – pytam Karen, która spogląda najpierw na Harry’ego, a potem na mnie, po czym odpowiada:
- Jest na górze… Nie czuł się zbyt dobrze – mówi. Wywraca mi się żołądek. Coś się dzieje z moim najlepszym przyjacielem, wiem to.
- Idę na górę – oświadcza Harry, obracając się w stronę schodów.
- Poczekaj, ja pójdę – proponuję. Jeśli coś się dzieje z Liamem, ostatnią rzeczą, której potrzebuje, jest nękający go Harry.
- Nie – kręci głową Harry. – Ja pójdę. Zjedz trochę ciastek z syropem, czy coś – burczy i wskakuje po dwa schodki na raz, nie dając mi szansy na sprzeczanie się. Zarówno Karen, jak i Sophia patrzą na mnie, a ja wzdycham.
- To Harry, syn Kena – mówi Karen. Mimo jego okropnego dziś nastroju, wciąż uśmiecha się z dumą na wspomnienie jego imienia.
- Och… - potakuje Sophia ze zrozumieniem. – Jest uroczy – kłamie i we trzy wybuchamy śmiechem.

Harry's POV:

Po szybkim zapukaniu, pcham drzwi do sypialni Liama, oddychając z ulgą, że się nie masturbuje. Siedzi w fotelu pod ściana, z podręcznikiem na kolanach.
- Co ty tutaj robisz? - pyta, jego głos jest zachrypnięty.
- Wiedziałeś przecież, że przyjedziemy - siadam sobie na brzegu jego łózka.
- Chodziło mi o mój pokój - wyjaśnia.
Postanawiam siedzieć cicho, sam nie wiem, czemu jestem w jego pokoju. Jestem jednak pewny jak cholera, że nie chcę siedzieć na dole, z tymi trzema obsesyjnymi kobietami.
- Wyglądasz tragicznie - mówię mu.
- Dzięki - kieruje wzrok z powrotem na podręcznik.
- Co się z tobą dzieje? Dlaczego siedzisz tutaj taki przygnębiony? - rozglądam się po jego zawsze uporządkowanym pokoju i zastaje bałagan, dla mnie to mieści się jeszcze w normie porządku, ale na pewno nie dla Liama i Tessy.
- Nie jestem przygnębiony.
- Jeśli coś złego się dzieje, możesz mi powiedzieć - namawiam go.
- Dlaczego miałbym ci cokolwiek mówić? Żebyś tylko mnie wyśmiał? - z hukiem zamyka książkę i wpatruje się we mnie.
- Nie, nie zrobiłbym tego - mówię mu. Zapewne, bym to zrobił, gdyby mi powiedział, że powodem była jakaś gówniana rzecz jak gorsza ocena, więc mógłbym wyrazić swoją frustrację, ale teraz, kiedy widzę, jaki jest nieszczęśliwy, nie mam na to ochoty.
- Po prostu mi powiedz, może będę mógł ci pomóc - oferuję. Nie mam cholernego pojęcia, czemu zaoferowałem mu pomoc. Oboje wiemy, że jestem dupny w pomaganiu komukolwiek. Wystarczy tylko spojrzeć na wczorajszą katastrofę. Słowa Richarda siedziały w mojej głowie przez cały poranek.
- Pomóc mi? - Liam się na mnie gapi, podchodząc ostrożnie do mojej propozycji.
- Och, daj spokój, nie zmuszaj mnie do skopania ci tyłka - kładę się na jego łóżko i wpatruję w wirującą klimatyzację na suficie.
Słyszę jego lekki chichot i dźwięk stuknięcia książki o biurko. 
- Danielle i ja zerwaliśmy - cicho wyznaje.
Że co, do cholery?
- Co? - szybko siadam. To była ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałem.
- Próbowaliśmy to naprawić... - marszy brwi, jego oczy są zaszkolne. Przyrzekam, jeśli kurwa zacznie płakać, to wychodzę stąd.
- Aha - odrywam od niego wzrok.
- Tak sobie myślę, że chciała już to zakończyć jakiś czas temu - przyznaje. Ponownie na niego spoglądam, nie chcąc za bardzo się skupiać na jego złym humorze. On naprawdę jest jak szczeniak, tym bardziej teraz. Nie lubię szczeniaków, oprócz może tego jednego...
- Dlaczego tak uważasz? - moja nagła niechęć do tej kręconowłosej dziewczyny jest wielka.
- Nie wiem - wzrusza ramionami. - Nie powiedziała tego wprost, ale po prostu... czasem była tak zmęczona, że nawet nie odpowiadała na moje telefony. Czuję się tak jakby, im bardziej zbliżał się mój wyjazd do Nowego Yorku, tym bardziej zwiększa się dystans między nami.
- Pewnie pieprzy się z kimś innym - mówię mu, a on wyraźnie się wzdryga.
- Nie! Ona nie jest taka - broni ją. Zapewne nie powinienem był tego mówić.
- Sorka - wzruszam ramionami.
- Ona nie jest tym typem dziewczyny - mówi mi. Tessa też nie jest, ale drżała pod wpływem mojego dotyku i jęczała moje imię, kiedy jeszcze była z Noah. Zatrzymam to oświadczenie dla siebie.
- Dobrze - zgadzam się dla jego dobra.
- Umawiałem się z nią tak długo, że nawet nie pamiętam jak wyglądało życie, zanim ją poznałem - jego głos jest cichy i przepełniony smutkiem, przez co zaciska się moja klatka piersiowa. To dziwne uczucie.
- Wiem, co masz na myśli - zgadzam się. Moje życie przed Tessą było niczym, tylko przepełnione blaskami wspomnień i ciemnością, czyli takie jakie mogłoby być, kiedy ze mną skończy.
- Tak, ale ty przynajmniej nie musisz się przejmować co się będzie działo potem.
- Skąd taka pewność? - pytam, zauważając, że odrywam się od sprawy zerwania i chcę tylko znać odpowiedź na to pytanie.
- Nie mogę sobie wyobrazić, by wasza dwójka się rozdzieliła, na pewno nie na dłuższy okres czasu - mówi, tak jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Może dla niego, marzę, by była też tak oczywista dla mnie.
- Więc co teraz? Dalej chcesz wyjechać do Nowego Jorku? To już chyba za dwa tygodnie?
- Tak, i nie wiem. Zrobiłem tyle, by dostać się na NYU, zapisałem się już do klasy i wszystko. Wydaje się, że to tylko marnowanie szansy, ale nie widzę sensu, by tam jechać - pociera palcami skronie. - Nie wiem, co robić.
- Nie powinieneś jechać, to by było niezręczne - mówię mu.
- To duże miasto, moglibyśmy nawet się na siebie nie natknąć, zresztą będziemy przyjaciółmi.
- Jasne, ta cała sprawa z 'przyjaciółmi' - nie mogę nic na to poradzić, ale wywracam oczami.
- Dlaczego nie powiedziałeś Tessie, co się stało? - pytam go. To mogłoby złamać jej serce.
- Tess ma... - zaczyna.
- Tessa - poprawiam go.
Wywraca oczami. 
- ...ma wystarczająco spraw na głowie i nie chcę jej już niczego dokładać.
- Chcesz, żebym jej o niczym nie mówił, prawda? - pytam go. Po jego wyrazie twarzy mogę stwierdzić, że tak.
- Tylko teraz, dopóki nie odpocznie. Ostatnio jest strasznie zestresowana i obawiam się, że jeszcze jedna rzecz, może sprawić, że się załamie - jego troska o moją Tessę jest silna i trochę irytująca, ale zamierzam poddać się zdrowemu rozsądkowi i zamknąć buzię na kłódkę.
- Ona mnie za to zabije, wiesz o tym - jęczę. Również nie chcę jej o tym mówić. On ma rację, ma dużo na głowie i w dziewięćdziesięciu procentach to moja wina.
- Jeszcze jedno... - zaczyna. Jasne, że jest jeszcze coś,
- Chodzi o moją mamę, ona... - lekkie pukanie go ucisza.
- Liam? Harry? - głos Tessy rozbrzmiewa po drugiej stronie drewna.
- Wejdź - Liam krzyczy. Patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, bym utrzymał jego zerwanie w tajemnicy przed Tessą.
- Wiem - zapewniam go, kiedy drzwi się otwierają i Tessa wchodzi do środka, wnosząc ze sobą talerz, który pachnie syropem.
- Karen chce byście je posmakowali - kładzie talerz na biurku i patrzy na mnie, po czym odwraca się do Liama z uśmiechem. - Spróbuj na początku te kwadraciki, Sophia nauczyła nas jak je poprawnie schładzać, spójrz na te kwiatki - jej małe palce wskazują na wzorki na ciastku. - Nauczyła nas jak je robić, jest naprawdę kochana.
- Kto? - Liam pyta, unosząc swoją brew. Musiał ukrywać się w tym pokoju przez cały poranek.
- Sophia, już wróciła do domu swoich rodziców, na końcu ulicy. Twoja mama nauczyła się od niej mnóstwo przepisów - Tessa się uśmiecha i bierze do buzi kwadracik. Wiedziałem, że polubi tę Sarah, poznałem to po tych piskach dochodzących z kuchni.
- Aha - Liam wzrusza ramionami i łapie kwadracik. Tessa z obawą podsuwa talerz w moją stronę, a ja kręcę głową, odmawiając. Jej ramiona opadają, ale nic nie mówi.
- Wezmę jeden - mamroczę, chcąc, by jej nastrój się poprawił. Byłem dupkiem przez cały poranek.
Ożywia się i podaje mi jedno ciastko. Ten niby-kwiatek wygląda, jakby ktoś nim smarknął.
- Miałaś go schłodzić - droczę się z nią, ciągnąć za nadgarstek, by usiadła na moich kolanach.
- Testowałam na nim - broni się z uniesioną brodą. Widać, że jest zdezorientowana nagłą zmianą mojego nastroju, tak jak i ja.
- Jasne, kochanie - szczerzę się, na co strzepuje trochę lukru na moją koszulkę.
- Nie jestem mistrzem kuchni, dobra? - wydyma usta. Spoglądam na Liama, którego buzia pęka od ciastek, kiedy gapi się na ziemię. Zanurzam palec w lukrze na mojej koszulce, zanim Tessa zdąża mnie powstrzymać, i wycieram słodycz o jej nos.
- Harry! - stara się oczyścić, jednak szybko łapię ją za ręce, a ciastka spadają na podłogę Liama.
- No wiecie! - chłopak trzęsie głową. - W moim pokoju i tak już jest jeden wielki bałagan - karci nas. Ignoruję go i zlizuję lukier z pomarszczonego nosa Tessy.
- Pomogę ci sprzątać! - śmieje się, kiedy językiem przebiegam po jej policzku.
- Wiesz, tęsknię za czasami, kiedy to wstydziłeś się przy mnie trzymać ją za rękę - narzeka Liam. Pochyla się i sprząta podłogę.
Jestem pewien jak nic, że nie tęsknię za tymi czasami i mam nadzieję, że Tessa również.

***

- Smakowały ci ciastka, Harry? - pyta Karen, wyciągając mięso z piekarnika. Pewnie to cholerstwo też oblała w syropie.
- Ciastka jak każde inne - wzruszam ramionami. Tessa piorunuje mnie wzrokiem, siedząc obok mnie, na co się poprawiam. - Dobre były - prostuję, zdobywając uśmiech od mojej dziewczyny. W końcu sobie uświadomiłem, że najmniejsze rzeczy sprawiają jej radość. Jest to w chuj dziwne, ale działa, więc będę się do tego stosował.
- Jak przygotowania do zakończenia? - zwraca się do mnie ojciec. Unosi swoją szklankę wody i bierze łyk. Wygląda o wiele lepiej, niż kiedy go widziałem w biurze tydzień temu.
- Dobrze, przecież tam nie idę, pamiętasz? - dobrze wiem, że pamięta, po prostu ma nadzieję, że zmieniłem zdanie.
- Jak to? - przerywa Tessa. No kurwa.
- Nie idę na zakończenie, bo dostanę dyplom mailem - odpowiadam surowo. Nie ma mowy, bym zmienił zdanie.
- Ale dlaczego nie? - Tessa się krzywi, a mój ojciec wygląda na usatysfakcjonowanego. Ten dupek zrobił to specjalnie, wiem to.
- Bo nie chcę - patrzę na Liama, szukając wsparcia, ale ten odwraca wzrok. I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą gównianą więź, z powrotem jest po stronie Tessy. - Nie naciskaj na mnie. Nie idę tam i nie zmienię swojego zdania - mówię do niej wystarczająco głośno, by wszyscy mnie usłyszeli.
- Porozmawiamy o tym później - grozi mi z rozpalonymi policzkami. Pewnie, Tess, pewnie.
- Twoja mama powiedziała, że postanowiłeś wrócić do Anglii - odzywa się mój ojciec. Nie wydaje się skrępowany tym tematem przy Karen. Przypuszczam, że są już ze sobą na tyle długo, że nie jest to niezręczne.
- Owszem - odpowiadam jednym słowem i biorę kęs swojej kolacji, jako znak, że zakończyłem gadkę-szmatkę.
- Ty też, Tesso, prawda? - pyta ją.
- Tak, muszę tylko zrobić paszport - uśmiech na jej twarzy usuwa część mojej irytacji.
- Będzie to niesamowite doświadczenie dla ciebie, pamiętam jak mówiłaś, że uwielbiasz Anglię. Ciężko mi to powiedzieć, ale obecny Londyn nie jest taki sam jak w twoich powieściach - szczerzy się do niej, na co Tessa się śmieje.
- Dziękuję za ostrzeżenie. Domyślam się, że ta cała londyńska mgła to jeden wielki dym - chichocze. Tessa pasuje do nich bardziej niż ja i gdyby nie ona, nie rozmawiałbym z żadnym z nich.
- Niech Harry zabierze cię do Chawton, to mniej niż dwie godziny od Hampstead, gdzie Anne mieszka - proponuje ojciec.
I tak już planowałem ją tam zabrać, dzięki.
- Byłoby cudownie - Tessa zwraca się do mnie, chowa rękę pod stół i ściska moje udo. Wiem, że chce, bym zachowywał się porządnie przy kolacji, jednak mój ojciec to tylko utrudnia.
- Wiele słyszałam o Hampstead - dodaje Tessa.
- Dużo się zmieniło przez te lata, nie jest to już mała, cicha wieś, od kiedy tam mieszkałem. Nieruchomości poszły w górę - oznajmia jej. Jakby ją to, kurwa, interesowało.
- Jest wiele miejsc wartych do zobaczenia, jak długo tam będziecie? - pyta.
- Trzy dni - Tessa odpowiada za nas oboje. Nie mam zamiaru jej zabierać nigdzie oprócz Chawton. Rozmyślałem o tym, by ją zamknąć i utrzymać z daleka od moich duchów z przeszłości.
- Tak sobie myślałem... - mój ojciec przyciska chusteczkę do ust. - Dzwoniłem dzisiaj rano do kilku placówek i znalazłem całkiem przyjemny ośrodek dla twojego taty.
Widelec Tessy wypada z jej dłoni i ląduje na porcelanowym talerzu. Liam, Karen i mój ojciec gapią się na nią, czekając aż przemówi.
- Słucham? - przerywam ciszę, żeby ona nie musiała.
- Znalazłem przyjemny ośrodek leczniczy, proponują trzymiesięczny program na odwy...
Tessa skomli tuż obok mnie. Jest to tak niski dźwięk, że nikt go nie słyszy, ale czuję, że rozbrzmiewa się w całym moim ciele. Jak on śmie przywoływać taki temat przy kolacji i to w obecności wszystkich!
- Są najlepsi w stanie Waszyngton, lecz jeśli chcesz, moglibyśmy się rozejrzeć również po innych - mówi delikatnym głosem bez jakiegokolwiek osądu, jednak jej policzki są różowe od zażenowania i mam mu ochotę przypierdolić za to w łeb.
- Nie najlepszy moment, by gadać o tym gównie - ostrzegam go. Tessa wzdryga się lekko na moje ostre słowa.
- W porządku, Harry - spogląda na mnie. - Po prostu nieco mnie to zaskoczyło - odpowiada grzecznie.
- Nie, nie jest w porządku. Skąd w ogóle wiedziałeś, że jej ojciec jest ćpunem? - znowu się krzywi, tylko tym razem nie wiem dlaczego.
- Wczoraj rozmawiałem o tym z Liamem i oboje stwierdziliśmy, że rozmowa z Tessą o planie odwykowym jest dobrym pomysłem. Bardzo ciężko jest odrzucić swoje uzależnienia - mówi.
- Wiesz coś na ten temat, prawda? - wymawiam te słowa, zanim mogę się nad nimi zastanowić.
- Owszem, jako były alkoholik, tak - prostuje. Nie wzruszyły go moje słowa, ale gdy patrzę na jego żonę, widzę smutek w jej oczach.
- Ile to kosztuje? - pytam go. Zarabiam wystarczająco dużo pieniędzy, by utrzymać siebie i ją, ale odwyk może poczekać do mojego ukończenia studiów, bo wtedy pensja wzrośnie dwukrotnie.
- Pokryję to - ojciec odpowiada spokojnie.
- No chyba nie - staram się wstać od stołu, jednak uścisk Tessy na moim ramieniu jest bardzo silny. Siadam z powrotem. - Nie będziesz za to płacił.
- Harry, naprawdę mi na tym zależy.
- Powinniście porozmawiać o tym w drugim pokoju - proponuje Liam. Tak naprawdę to mówi to po to, byśmy nie gadali przy Tessie.
Luzuje uścisk na moim ramieniu, po czym wstaję od stołu z ojcem. Nie spogląda na nas, kiedy opuszczamy pomieszczenie.
- Przykro mi - słyszę, jak Liam mówi do niej, zanim przygwożdżam ojca do ściany.
Odpycha mnie mocniej, niż zazwyczaj.
- Dlaczego mi, kurwa, o tym wcześniej nie powiedziałeś, zamiast gderać przy pieprzonej kolacji? - drę się, ściskając pięści.
- Sądzę, że powinna wypowiedzieć się na ten temat i dobrze wiedziałem, że nie pozwolisz mi nic opłacić - jego głos jest spokojny w przeciwieństwie do mnie. Jestem tak wkurwiony, że krew się we mnie gotuje. Przypomina mi się, jak wiele razy zniszczyłem już rodzinne kolacje i myślę, że chyba już stało się to tradycją.
- Oczywiście, że nie pozwalam. Nie musisz szastać swoimi pieniędzmi przed naszymi nosami, nie potrzebujemy ich.
- Nie takie są moje intencje. Po prostu chcę ci pomóc w każdy możliwy sposób.
- Jak wysłanie jej popierdolonego ojca na odwyk ma mi niby pomóc? - pytam pomimo tego, że znam już odpowiedź.
- Ponieważ jeśli z nim będzie dobrze, to i z nią również. Tylko ona może ci pomóc. Wiem to, tak samo jak ty - wzdycha.
Wypuszczam głęboki oddech, nawet się nie kłócąc, ponieważ wiem, że ma rację.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Rozdział 256.

Soundtrack do rozdziału:

• The Cab - Endlessly
• Taylor Swift - Mine
• The Script - I'm Yours


Harry's POV:

Strumień zimnej wody spływa na moje poszarpane ręce. Patrzę jak zabarwiona na czerwono woda płynie w stronę odpływu.
To gówno znowu powraca. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu.
Drzwi do łazienki są otwarte, więc mogę w prosty sposób ocenić sytuację w drugim pokoju. Nie mam cholernego pojęcia, co sobie myślałem, kiedy zadzwoniłem do tej suki. Nie powinienem jej tak nazywać, ale... ona jest po prostu... suką. Przynajmniej nie wymsknęło mi się to przezwisko przy Tessie. Kiedy do niej dzwoniłem, to myślałem tylko o niej, jej złej kondycji i naiwnych uwagach, 'on nie może brać narkotyków', próbowała przekonać samą siebie. Wiedziałem, że jej matka może wszcząć awanturę o każdej porze, ale z jakiegoś jebanego powodu, myślałem, że jej obecność może pomóc Tessie.
To właśnie dlatego nie próbuję pomagać ludziom, nie mam w tym żadnego doświadczenia. Mogę być perfekcyjny w chuj, ale na pewno nie wybawicielem.
Jakiś ruch przyciąga mój wzrok, więc patrzę w lustro i dostrzegam odbicie Richarda, który się we mnie wpatruje. Jest oparty o ramię drzwi, ma ostrożny wyraz twarzy.
- Czego chcesz? Przyszedłeś znowu mnie zwyzywać? - surowo komentuję.
Wzdycha i przejeżdża dłonią po swoim zaroście. 
- Nie, nie tym razem.
Prycham, w połowie marzę, że mógłby spróbować i to zrobić. Jestem wystarczający wkurzony, by wdać się bójkę... może w dwie.
- Dlaczego nikt z was mi nie powiedział? - pyta Richard. Czy on mówi serio?
- Dlaczego miałbym ci to mówić? Oraz nie jesteś na tyle głupi, by uwierzyć Tessie w takie bajeczki - odwracam się i łapię ręcznik, by wytrzeć moje knykcie, w większości przestały już krwawić. Powinienem nauczyć się uderzać z odpowiedniej pozycji i zamachnięcia.
- Nie wiem... Jestem zaskoczony, myślałem, że dwa przeciwieństwa się przyciągają, ale teraz...
- Nie pytam cię o twoją zgodę, nawet nie czuję takiej potrzeby - omijam jego ciało w drzwiach i idę w stronę korytarza. Buty Liama nie stoją już przy drzwiach, za to paczka przypalonego popcornu nadal leży na podłodze.
'Pozwól jej być jedynym głosem w twojej głowie' - głos Liama echem rozbrzmiewa w moim umyśle. Chciałbym, by to było takie proste, może pewnego dnia... jestem tego pewny.
- Wiem, że nie musisz. Chcę po prostu zrozumieć ten bałagan. Jako jej ojciec, czuję się zobowiązany, by skopać ci tyłek - potrząsa głową.
- Jasne - prycham, schylając się, by podnieść pudełko z podłogi. Chcę mu przypomnieć, że nie był ojcem przez ponad dziewięć lat.
- Tessa bardzo przypomina Carol w młodości - mówi. Sztywnieję, a pudełko prawie wyślizguje mi się z rąk.
- Nie, to nieprawda - nie ma mowy, by to mogła być prawda. Faktycznie, kiedyś myślałem, że Tessa jest pruderyjną, sukowatą kobietą, ale teraz, kiedy już ją znam, sądzę, że to stwierdzenie nie może być dalsze od prawdy. Ma przejawy przesadnej perfekcyjności jak jej matka, ale to wszystkie podobieństwa.
- To prawda. Może nie była przemiła, ale nie była taką... - urywa, łapiąc butelkę wody z mojej lodówki.
- Suką? - odpowiadam za niego. Jego wzrok ląduje na korytarzu z obawą, że może wrócić i ponownie się na nim wyżyć. Szczerze, to chciałbym to zobaczyć ponownie...
- Tak. Zawsze miała na sobie swój niezwykły uśmiech. Pożądali ją wszyscy mężczyźni, ale ona była moja - uśmiecha się na te wspomnienia. Nie piszę się na to gówno, jestem złym doradcą. Mama Tessy jest piekielnie gorąca, ale ma taki twardy tyłek, który każdy chciałby skopać, albo zrobić coś zupełnie innego.
- Dobrze - nie za bardzo tego rozumiem.
- Miała zbyt dużo ambicji i politowania. To naprawdę popieprzone, ponieważ babcia Tessy była taka samo jak Carol, jeśli nie gorsza - śmieje się. Marszczę nos. - Jej rodzice nienawidzili... mnie. Nawet tego nie ukrywali, chcieli, by ich córka wyszła za jakiegoś maklera, polityka, każdego, z wyjątkiem mnie. Też ich nienawidziłem, ale niech spoczywają w spokoju - spogląda na sufit. Niezależnie od tego, jak bardzo jest to popieprzone, jestem wdzięczny, że nie ma tutaj dziadków Tessy, którzy by mnie osądzali.
- Cóż, w takim razie nie powinieneś był się żenić - zamykam pokrywę śmietnika i opieram łokieć na blacie. Jestem wściekły na Richarda i jego głupie uzależnienia, które wykańczają Tessę. Chciałbym skopać mu tyłek i wywalić go na ulicę, ale w pewnym sensie stał się takim meblem w tym mieszkaniu. Jest jak stara kanapa, która śmierdzi jak gówno, skrzypi przy każdym ruchu i jest niewygodna, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie możesz jej wyrzucić. To jest właśnie Richard.
- Nigdy nie byliśmy małżeństwem - opuszcza głowę, a ja wykrzywiam swoją w zdezorientowaniu. Że co? Wiem, że Tessa by mi powiedziała, gdyby to była prawda...
- Tessa o tym nie wie. Zresztą nikt nie wie. Nigdy nie zawarliśmy legalnie małżeństwa. Mieliśmy ślub, by zadowolić naszych rodziców, ale nigdy nie wypełniliśmy dokumentów, nie chciałem tego.
- Czemu? - dlaczego jestem zainteresowany tym bagnem? Dosłownie parę minut temu wyobrażałem sobie poobijaną twarz Richarda na podłodze, a teraz plotkuję jak jakaś nastoletnia dziewczyna. Powinien podsłuchiwać rozmowę w sypialni, by mieć pewność, że mama Tessy nie karmi ją jakimiś głupstwami na temat zostawienia mnie.
- Ponieważ małżeństwo nie było dla mnie - wykrzywia twarz. - Zresztą tak myślałem. Robiliśmy wszystko jak normalne małżeństwo, zmieniła nawet nazwisko. Nie mam pojęcia jak to zataiła, ale zrobiła to tylko i wyłącznie przez mój egoizm.
Zastanawiam się, jak Tessa będzie się czuć z tymi informacjami... ma obsesje na punkcie małżeństwa, może to zmniejszy jej fobie, albo wzmocni?
Kontynuuje: 
- Przez te wszystkie lata, zaczęło ją wykańczać moje zachowanie. Walczyliśmy jak pies z kotem, i wiedz, że była to kobieta bezlitosna, ale przeze mnie to się zmieniło. Kiedy przestała się ze mną kłócić, wiedziałem, że to koniec. Przez te wszystkie lata widziałem jak powoli umiera ten jej płomyk w oku - wydaje się jakby zniknął z tego pokoju i błądził w przeszłości. - Każdego wieczoru, czekała na mnie w jadalni, ona i Tessie, ubrane w piękne sukienki i uczesane w loki, a ja tylko wtaczałem się i narzekałem na lekko spaloną lazanię. Przez połowę tego czasu wymiotowałem i zawsze wieczór kończył się kłótnią, połowy z nich już nie pamiętam - na to wspomnienie, wzdryga się.
Na samą myśl o wystrojonej Tessie, która po długim dniu w podekscytowaniu oczekiwała swojego ojca, tylko sprawiam, że chcę do niego podejść i stłuc na kwaśne jabłko.
- Nie chcę słyszeć już słyszeć, ani jednego słowa - ostrzegam, mając dokładnie to na myśli.
- Już to kończę - zawstydzenie jest jasne na jego twarzy. - Chcę tylko, byś wiedział, że nie zawsze taka była, to wszystko moja wina. Przeze mnie stała się zgorzkniałą, złą kobieta, jaką jest dzisiaj. Nie chcesz powtórzyć mojej historii, prawda?
Nie, nie chcę.

Tessa's POV:

Wraz z moja matką siedzimy w ciszy, moja głowa pulsuje, a serce mocno bije, kiedy zakłada swój blond lok za ucho. Jest spokojna i uporządkowana, w przeciwieństwie do mojego przytłoczonego nastroju.
- Dlaczego w ogóle pozwoliłaś swojemu ojcu tutaj przyjść? Po tym wszystkim co zrobił? Mogę zrozumieć, że chciałaś go widywać, po tym jak zobaczyłaś, że mieszka na ulicy, ale pozwolić mu tu zamieszkać? - wreszcie przemawia.
- Nie pozwoliłam mu tutaj zamieszkać, to już więcej nie jest mój dom. Harry pozwolił mu zostać z dobroci serca, przez którą został obrażony - nie mogę ukryć mojego zdegustowania na sposób, w jaki potraktowała Harry'ego.
-  Co sprawia, że chcesz tak go bronić? Odwracasz się przeciwko wszystkim, nawet przeciwko własnej matce, by tylko obronić tego chłopaka - słowa Zayna rozbrzmiewają w mojej głowie i grymaszę się na te wspomnienia. Żadne z nich nigdy tego nie zrozumie. To i tak nie ma znaczenia, bo nie potrzebuję ich.
- Zadzwonił do ciebie, bo myślał, że będziesz tutaj, by mnie wspierać - wzdycham, mentalnie zmieniając kierunek tej konwersacji, zanim zmieni się w styl pani Carol Young.
- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie, czemu odwracasz się przeciwko każdemu, by tylko bronić tego chłopaka? Za bardzo namieszał w twoim życiu, Thereso - jej niebieskie oczy są ponure.
- On jest warty tej całej obrony. To dlatego - zaciskam usta.
- Ale...
- Jest tego warty - przerywam jej. - Nie będę przed tobą tego ukrywać. Mówiłam ci już wcześniej, jeśli nie zaakceptujesz naszego związku, to nie chcę utrzymywać z tobą kontaktu. Harry i ja będziemy ze sobą, jeśli ci się to podoba, czy nie.
- Kiedyś myślałam tak o twoim ojcu - robię co w mojej mocy, by nie strzepnąć jej ręki, kiedy poprawia mi włosy.
- Harry nie jest taki jak mój ojciec - szybko zaprzeczam.
Nikły śmiech wypływa z jej pomalowanych ust - tak, tak, jest. I to pod wieloma względami.
- Jeśli masz zamiar wygadywać takie rzeczy, to możesz iść.
- Uspokój się - powtarza tę akcję z poprawianiem moich włosów. Jestem rozdarta pomiędzy irytacją wynikającą z jej protekcjonalnego gestu, a komfortem przez przywołanie wspomnień. - Chcę ci coś wyjaśnić.
Intryguje mnie ta oferta informacji, ale jestem sceptyczna w związku z motywem, jaki może za tym stać. 
- To nie zmieni mojego zdania na temat Harry'ego - mówię jej. Ona musi wiedzieć na czym stoi, jeśli chce zmarnować mój czas.
Kącik jej ust lekko się unosi. 
- Twój ojciec i ja nigdy nie byliśmy małżeństwem.
Że co?
- Co? - siadam prosto na łóżku. Co to znaczy, że nigdy nie byli małżeństwem? Jasne, że byli, widziałam przecież fotografie. Koronkowa sukienka mojej matki była znakomita, jej brzuch lekko zaokrąglony, a garnitur mojego ojca był źle dopasowany, bo wisiał na nim jak worek ziemniaków. Lubiłam przeglądać te albumy i podziwiać ten sposób, w jaki moja mama się rumieniła, kiedy ojciec spoglądał na nią tak, jakby była jedyną osobą na świecie. Pamiętam, jak moja matka wpadła w panikę, kiedy zobaczyła mnie pewnego dnia z tymi zdjęciami, schowała je i więcej ich nie zobaczyłam.
- To prawda - wzdycha. Mogę powiedzieć, że to wyznanie prawdy jest dla niej upokarzające. - Mieliśmy wesele, ale twój ojciec nigdy nie chciał się żenić. Wiedziałam to i gdybym nie była z tobą w ciąży, zostawiłby mnie dużo wcześniej. Twoi dziadkowie wymuszali na nim zawarcie małżeństwa. Widzisz, twój ojciec i ja nigdy nie mogliśmy się dogadać, nawet na jeden dzień. Na początku było to ekscytujące, nawet porywające - jej niebieskie oczy zatracają się w wspomnieniach - ale, jak dostrzeżesz, to było za dużo, by jedna osoba, mogła sobie z tym poradzić. Kiedy mijały dni, noce, lata, modliłam się do Boga, żeby mógł się zmienić, dla mnie i dla ciebie. Modliłam się pewnej nocy, że mógłby wrócić z bukietem lilii w dłoni, a nie alkoholem - wyznanie mojej matki wywołuje u mnie ciszę. Nigdy nie prowadziła ze mną tak otwartej dyskusji, tym bardziej jeśli chodziło o mojego ojca. Sympatia, którą czuję do tej zimnej kobiety doprowadza mnie do płaczu.
- Musisz to zakończyć - karci mnie przed kontynuowaniem. - Każda kobieta ma nadzieję, że zmieni swojego faceta, ale to jest tylko fałszywa nadzieja. Nie chcę byś szła tą samą ścieżką co ja, chcę byś miała lepsze życie - niedobrze mi. - Dlatego właśnie chciałam, byś opuściła nasze małe miasteczko i żyła po swojemu.
- Ja nie... - zaczynam swoją obronę, ale ona unosi rękę, by mnie uciszyć.
- My też mieliśmy swoje lepsze dni, Thereso. Twój ojciec był zabawny i uroczy - uśmiecha się w połowie zdania - i robił co w swojej mocy, by być kimś, kogo potrzebuję, ale jego prawdziwa natura go przerosła i zaczął być sfrustrowany mną i tymi wszystkimi latami, które spędziliśmy razem. Zaczął pić i nic nie było już takie samo. Wiem, że to pamiętasz - jej głos się łamie, cząstka wrażliwości ukrywa się za jej tonem i w oczach, ale szybko się opamiętuje. Moja matka nigdy nie lubiła słabości.
Raz jeszcze wracam z powrotem do wrzasków i sporadycznie tłuczonych naczyń, 'te siniaki na ramionach mam przez ogród' i mój żołądek się wywraca.
- Spójrz mi w oczy i powiedz szczerze, jaka przyszłość czeka ciebie z tym chłopakiem? - pyta bardzo cicho.
Nie mogę odpowiedzieć. Wiem, że w przyszłości, chce być z Harrym, ale czy będzie skłonny mi to dać? To jest pytanie.
- Nie zawsze taka byłam, Thereso - muska palcem wskazującym miejsce pod swoim okiem. - Kiedyś kochałam życie i z podekscytowaniem patrzyłam w przyszłość i spójrz teraz na mnie. Pewno myślisz, że jestem potwornym człowiekiem, który chce tylko ochronić cię przed takim samym losem, ale robię tylko to, co jest niezbędne, by zapobiec powtórzeniu się historii. Nie chcę, by to się tobie wydarzyło - walczę, z wyobrażeniem sobie młodej Carol, która była radosna i ekscytowała się każdym dniem. Mogę policzyć na palcu jednej dłoni, ile razy się śmiała przez ostatnie pięć lat.
- To nie jest to samo, matko - wymuszam te słowa.
- Thereso, nie możesz zaprzeczyć tym podobieństwom.
- Są podobni, to prawda - przyznaję bardziej sobie niż jej - ale nie wierzę, że ta historia się powtórzy. Harry już się bardzo zmienił.
- Jeśli go zmieniłaś, to dlaczego mnie tutaj fatygował? - jej głos jest teraz spokojny, kiedy rozgląda się po tej skażonej sypialni, która kiedyś była moja.
- Ja go nie zmieniłam, on sam się zmienił. On jest dalej tym samym mężczyzną, dalej ma te wszystkie rzeczy, które w nim kocham, tylko nauczył sobie radzić inaczej z problemami i stał się lepszą osobą.
- Widziałam jego zakrwawione ręce - wskazuje.
- Ma temperament - wzruszam ramionami. Ogromny, ale nie mogę zgodzić się z poniżaniem jego. Stoję po jego stronie i jeśli moja matka, chce się do niego dostać, najpierw musi przejść koło mnie.
- Tak samo jak twój ojciec.
Wstaję na nogi. 
- Harry nigdy celowo mnie nie zranił. Nie jest doskonały, ty też zresztą nie jesteś - moja pewność siebie jest zaskakująca, kiedy krzyżuję ramiona i dościgam jej spojrzenie.
- To więcej niż temperament, pomyśl, co ci zrobił. Poniżał cię, musiałaś zmienić uczelnię - nie mam siły, by spierać się z jej oświadczeniem, tym bardziej, że większości to prawda. Zawsze chciałam się przeprowadzić do Seattle, ale moja zła historia z Pullman dała mi niezłego kopa, którego potrzebowałam. - On jest cały pokryty tatuażami, przynajmniej ściągnął ten ohydny piercing - jej twarz wykrzywia się w zdegustowaniu.
- Również nie jesteś perfekcyjną matką - powtarzam te słowa. - Perłami na szyi zasłaniasz swoje blizny, tak samo jak Harry ukrywa swoje tatuaże.
Moja mama zaczyna szubko mrugać i wyraźnie mogę zobaczyć te słowa powtarzające się w jej głowie. Nareszcie to się stało, wreszcie to z siebie wydusiłam.
- Naprawdę mi przykro za to, co zrobił ci mój ojciec, ale on nie jest Harrym - siadam obok niej, ośmielam się chwycić ją za rękę. Jej dłonie są zimne i ku mojemu zaskoczeniu, nie zabiera ich. - Ani ja nie jestem tobą - dodaję najdelikatniej jak to możliwe.
- Będziesz, jeśli nie zaczniesz trzymać się od niego z daleka - zabieram od niej swoje ręce i biorę głęboki oddech, by zachować spokój.  Ta rozmowa idzie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej i chce utrzymać ten tor, jeśli to będzie możliwe.
- Nie musisz zgadzać się z moim związkiem, ale musisz go szanować. Jeśli tego nie zrobisz... - walczę, by pozostawić swoją pewność siebie - to nie chcę utrzymywać z tobą kontaktu.
Jej głowa wolno kołysze się na wszystkie strony. Wiem, że spodziewała się, że zgodzę się z nią i przyznam rację, że mój związek z Harrym nie wypali, ale jest w błędzie.
- Nie możesz stawiać przede mną takiego ultimatum.
- Owszem, mogę. Potrzebuję jak najwięcej wsparcia i jestem wykończona walką przeciw całemu światu.
- Jeśli czujesz, że walczysz sama, to może czas zmienić strony? - podnosi na mnie oskarżycielsko brew. Ponownie staję na nogi.
- Nie walczę samotnie, przestań tak mówić - syczę. Staram się z całych sił być cierpliwa, ale kończy się ona tak samo jak ten długi wieczór.
- Nigdy go nie polubię - mówi. Wiem, że jest pewna każdego słowa.
- Nie musisz, ale nie możesz wyciągać naszych spraw w rozmowie z kimś innym. To było naprawdę złe i nawet w najmniejszy sposób nieuzasadnione.
- Twój ojciec miał prawo wiedzieć, czym on zawinił.
Ona nadal tego nie pojmuje! Dalej tego nie rozumie! Lada chwila, wybuchnie mi głowa i czuję jak gula formuje się w gardle.
- Harry stara się dla mnie z całych sił, nigdy nie było z nim tak dobrze - mówię jej. Nie mówi ani słowa, nawet się na mnie nie patrzy.
- Więc jak? Chcesz wybrać tę drugą opcję? - pytam.
Patrzy na mnie w ciszy, natłok myśli w głowie jest widoczny za jej podkrążonymi oczyma. 
- Zaakceptuję to. Zrobię to - wszystkie kolory odchodzą z jej twarzy, nie ma śladu po czerwonych rumieńcach, które miała, kiedy tutaj przyszła.
- Dziękuję.
Nie wiem co mam myśleć o tym... rozejmie z moją matką. Nie jestem wystarczająco naiwna, by w to uwierzyć, dopóki tego nie udowodni, ale czuję się bardzo dobrze, bo jeden ciężar został zniesiony z moich barków.
- Co masz zamiar zrobić ze swoim ojcem? - dołącza do mnie w pozycji stojącej. Jest ode mnie wyższa o cztery centymetry w obcasach.
- Nie wiem - byłam tak zajęta tematem Harry'ego, że zapomniałam o swoim ojcu.
- Powinnaś go stąd wyrzucić, nie ma żadnego interesu, by tutaj być i mieszać ci głowie, wypełniając go kłamstwami.
- Nie zrobił nie takiego - odgryzam się. Za każdym razem, kiedy wierzę w to, że możemy się dogadać, ona podburza we mnie tą nadzieję.
- Jasne, że tak! On ma swoich kumpli, którzy przychodzą tutaj po pieniądze! Harry mi o tym powiedział.
Dlaczego miałby to zrobić? Rozumiem jego troskę, ale nie pomógł mi ani w jednym calu.
- Nie zamierzam go stąd wyrzucać, to nie moje mieszkanie, a on nie ma się gdzie podziać.
Moja matka zamyka oczy i kręci głową po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dwudziestu minut. 
- Musisz przestać naprawiać ludzi, Tesso. Próbowałam naprawić twojego ojca i spójrz do czego to doprowadziło.
- Tessa? - głos Harry'ego rozbrzmiewa po drugiej stronie drzwi. Otwiera drzwi, zanim jestem w stanie odpowiedzieć i zaczyna skanować pokój z niepokojem w oczach.
- Wszystko w porządku? - pyta, kompletnie ignorując obecność mojej matki.
- Tak - podchodzę w jego stronę, ale powstrzymuję się przed przytuleniem przez wzgląd na moja matkę. Biedna kobieta została przeciągnięta przez dwadzieścia lat wspomnień.
- Już wychodziłam - moja mama przebiega palcami wzdłuż sukienki, zatrzymując się brzegu, by tylko powtórzyć tę akcję wraz ze zmarszczeniem całej twarzy.
- Dobrze - Harry niegrzecznie komentuje, by mnie od tego uchronić. Wiem, że zakłada, że mnie wkurzyła podczas naszej rozmowy.
Patrzę na niego, niemo prosząc go o ciszę. Wywraca oczyma, ale nie mówi już ani słowa, kiedy moja matka przechodzi obok nas i idzie w stronę korytarza. Ohydne klikanie jej szpilek przyprawia mnie o migrenę.
Biorę go za rękę i podążamy za nią w milczeniu. Mój ojciec próbuje porozmawiać z moją matka, ale go unika.
- Nie wzięłaś płaszcza? - niespodziewanie pyta.
Jest tak samo tym zmieszana jak ja i odpowiada 'nie' oraz odwraca się w moją stronę. 
- Zadzwonię jutro do ciebie. Odbierzesz tym razem? - to pytanie, a nie wymóg, to już początek.
- Tak - przytakuję. Nie żegna się, wiem, że nie mogłaby.
- Ta kobieta doprowadza mnie do szału! - mój ojciec krzyczy, gdy drzwi się zamykają. Jego ręce fruwają w powietrzu z irytacji.
- Idziemy spać. Jeśli ktokolwiek będzie pukać do drzwi, nie otwieraj - Harry burczy i prowadzi mnie z powrotem do sypialni.
Jestem tak wyczerpana, że ledwo stoję na nogach.
- Co ci powiedziała? - Harry przeciąga swoją koszulkę przez głowę i rzuca w moją stronę. Dostrzegam cień niepewności, kiedy czeka, aż podniosę ją z podłogi. Pomimo świecących plamek na czarnej tkaninie, chętnie ściągam własną koszulkę wraz z biustonoszem i zakładam ją. Wzdycham znajomą woń Harry'ego, to koi moje nerwy.
- Więcej niż w całym moim życiu - przyznaję. Dalej w głowie mam natłok myśli.
- Czy to zmieniło jakoś twój pogląd? - patrzy na mnie, panika i strach wypełniają jego oczy. Mam wrażenie, że mój ojciec odbył podobną rozmowę z Harrym. Jestem ciekawa, czy czuję żal do mojej matki, czy uznaje, że też jest winny całej tej sytuacji.
- Nie - ściągam moje spodnie i układam je na krześle.
- Jesteś pewna? Nie przejmujesz się, że... - Harry zaczyna.
- Nie, nie martwię. Nie jesteśmy tacy jak oni - zatrzymuje go. Nie chcę by ktoś inny zaprzątał jego myśli, nie dzisiaj.
Harry nie wygląda na przekonanego, ale zmuszam się, by się na tym nie skupiać.
- Co chcesz, bym zrobił z twoim ojcem? Wyrzucić go? - pyta mnie. Siada na łóżku i opiera się o wezgłowie, kiedy ja sprzątam jego spodnie i skarpetki z podłogi. Bierze ramiona za głowę i w pełni pokazuje swoje wytatuowane ciało.
- Nie wywalaj go. Proszę - czołgam się do łóżka, a on mnie bierze na kolana.
- Nie zrobię tego - zapewnia mnie - przynajmniej nie dzisiaj. Unoszę głowę, by zobaczyć jego uśmiech, ale go nie zastaje.
- Jestem zdezorientowana - jęczę w jego klatkę piersiową.
- Mogę ci pomóc - unosi biodra, więc jestem zmuszona się unieść, przytrzymując się dłońmi na jego klatce piersiowej.
- Jasne, że możesz - wywracam oczyma. Bierze mój podbródek między swoje długie, zdewastowane palce, a ja podnoszę swoje biodra, ocierając się o niego. Jestem niewyraźnie świadoma mojego okresu i wiem, że Harry'emu to nie przeszkadza.
- Musisz spać, kochanie. Mogłoby być źle, gdybym teraz ciebie pieprzył - mówi cicho.
Bezczelnie się dąsam. 
- Nie, nie byłoby - przesuwam dłonie po jego brzuchu.
- O nie - zatrzymuje mnie. Rozproszenie i Harry to perfekcyjna mieszanka.
- Ty to zacząłeś - skomlę. Brzmię desperacko, bo taka teraz jestem.
- Wiem i przepraszam za to. Wezmę jutro twój samochód - jego palce wchodzą pod moja koszulkę i zaczynają kreślić kształty na moich nagich piersiach. - I jeśli będziesz grzeczną dziewczyną, to może wezmę cię na biurku mojego ojca, w sposób w jaki lubisz - mówi mi do ucha. Mój oddech jest przerywany i zabawnie uderzam go, na co się śmieje. Jego śmiech jest prawie tak samo rozpraszający, jak jego seks. Prawie.
- Po za tym, nie chcemy robić tutaj bałaganu, prawda? Z twoim ojcem w tym samym mieszkaniu? Zobaczyłby jeszcze krew i pomyślał, że cię zabiłem - przygryza środek własnego policzka.
- Nie zaczynaj - ostrzegam go. Jego żarty na temat mojego okresu nie są teraz na miejscu.
- Och, kochanie, nie bądź taka - szczypie mnie w tyłek, a ja skomlę, przesuwając się bardziej na jego kolanach. - Daj temu upust - uśmiecha się.
- Przecież przedtem wykorzystywałeś każdą nadarzającą się okazję - uśmiecham się w odpowiedzi.
- Przepraszam, że nie mam humoru na żarty, kiedy jest ryzyko, że coś na mnie może skapnąć.
Jęczę z obrzydzeniem i próbuje się od niego odkleić, ale mi nie pozwala. - Jesteś obrzydliwy - karcę go kiedy chowa głowę w mojej szyi.
- Taa, wydaje się, że jestem jakoś zajekrwiście nieswój - śmieje się i całuje mnie.
Wywracam na niego oczyma. 
- Mówiąc o krwi, pokaż mi swoje dłonie - sięgam za moje plecy i chwytam go za nadgarstki.
Środkowa kostka jest najgorsza, rana rozprzestrzenia się z jednej na drugą. 
- Powinieneś je obserwować, jeśli rana się nie zagoi.
Jęczy. 
- Ze mną wszystko w porządku.
- Tym bardziej na ten - przejeżdżam moim placem po jego zniekształconej skórze.
- Przestań wymyślać, kobieto, idź spać - narzeka. Kiwam głową w porozumieniu i odpływam, kiedy przysłuchuję się opowieści, jak mój ojciec ponownie wyjadł mu wszystkie płatki.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •