niedziela, 14 września 2014

Rozdział 211.

W momencie, gdy Zayn wychodzi na dobre, zamykam oczy i odchylam głowę na oparcie krzesła. Sama nie wiem co czuję, wszystkie moje emocje się mieszają, kłębiąc się wokół mnie w chmurze chaosu. Częściowo odczuwam ulgę, ponieważ wreszcie zakończyłam sprawę, która była między mną a Zaynem, jednakże z drugiej strony odczuwam stratę. Był jedyną osobą spośród 'przyjaciół' Harry'ego, na której zawsze mogłam polegać i bardzo dziwnym uczuciem jest zdać sobie sprawę, że już nigdy go nie zobaczę. Nieproszone łzy spływają po moich policzkach, gdy próbuję się jakoś pozbierać. Nie powinnam przez to płakać. Powinnam się cieszyć, że wreszcie mogę zamknąć rozdział książki z Zaynem, odepchnąć ją od siebie, pozostawić, by mogła zbierać tylko kurz i nigdy ponownie jej nie otwierać.
Ktoś wchodzi do biura, więc pospiesznie otwieram oczy, ocierając nerwowo łzy. Jestem przerażona i zażenowana, gdy dostrzegam znajomy czerwono-czarny sweter u progu.
- J-J... - nie mam pojęcia, jak się wytłumaczyć.
- Ja... - wygląda na to, że on też nie wie, co powiedzieć.
- Przepraszam - mamrocze i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie jeszcze bardziej zdenerwowaną.
To nie tak, że chcę z nim być, czy że go kocham albo, że wybrałabym go zamiast Harry'ego. Chodzi tylko o to, że zależy mi na nim i chciałabym, żeby wszystko potoczyło się inaczej. Żebym pozostawiła naszą relację czysto platoniczną, może wtedy nie musiałabym całkiem wyciąć go z mojego życia.
Nie wiem dlaczego tu wrócił, ale jestem mu wdzięczna, że wyszedł, zanim mógł powiedzieć coś co by wzbudziło we mnie wątpliwości lub zraniło go jeszcze bardziej.
Dzwoni mój telefon służbowy, więc odchrząkuję, zanim odpowiadam 'Słucham?' - brzmię żałośnie.
- Poszedł już? - dochodzi do mnie głos Harry'ego.
- Taa...
- Płaczesz?
- Ja tylko... - zaczynam.
- Płaczesz, prawda?
- Jestem po prostu zdenerwowana.
- Dlaczego? - pyta.
- Bo był moim przyjacielem, nie wiem dlaczego. Nie złość się na mnie - ostatnią rzeczą jakiej chcę to kłótnia z Harrym.
- A co mam myśleć o tym, że płaczesz z jego powodu?
- Nie mam pojęcia, wiem, że nie powinnam go wpuszczać, ale chciałam wyjaśnić mu, że nigdy nie będzie między nami nic więcej oprócz przyjaźni - łzy już nie płyną, ale mój głos brzmi tragicznie.
- To się stało? Powiedziałaś mu, że chcesz tylko mnie?
- Tak, tak właśnie było.
- W takim razie dlaczego jesteś zdenerwowana? Chcesz z nim być?
- Nie! Właśnie dlatego mu to powiedziałam. Po prostu źle się czuję z tym, że go zraniłam, dlatego jestem zdenerwowana.
- Jesteś pewna?
- Tak, jestem pewna - wzdycham.
- Więc załatwione? Koniec jego niezapowiedzianych wizyt? Koniec tej pojebanej sytuacji?
- Tak, koniec. Obiecuję.
Bierze głęboki oddech i wzdycha z desperacją. 
- Dobra, nie chcę już więcej o nim słuchać, naprawdę.
- Okej - zgadzam się, zaskoczona jego spokojną reakcją. Gdyby Molly odwiedzała Harry'ego, wiem, że zareagowałabym gorzej.
- Okej, zobaczymy się w domu. Kocham cię, Tesso.
- Kocham cię - rozłączam się.
Poszło zdecydowanie lepiej niż myślałam, nie wiem czy powinnam czuć ulgę, czy się denerwować. Postanawiam pozostać przy pierwszej opcji i zakończyć swój ostatni dzień u Vance'a najspokojniej jak się da.
Kimberly wpada do mojego biura około trzeciej. Stoi za nią dziewczyna, której z pewnością nie widziałam tu wcześniej.
- To Amy, moja następczyni - Kimberly przedstawia cichą, ale tym samym oszałamiającą dziewczynę.
- Jestem Tessa, będziesz zachwycona - zapewniam ją, uśmiechając się życzliwie.
- Dziękuję! Już mi się podoba - rozpromienia się.
- Cóż, więc, chciałam tylko zahaczyć o twoje biuro, bo jak na razie udajemy, że zwiedzamy budynek - śmieje się Kim.
- Ach, no tak, uczysz ją jak cię dobrze zastępować - droczę się.
- Hej, bycie narzeczoną szefa ma swoje zalety - chwali się Kim.
Amy śmieje się obok niej, gdy wychodzą z mojego biura. Mój ostatni dzień tutaj wreszcie się kończy i zdaję sobie sprawę, że chciałabym by przebiegał wolniej. Będę tęsknić za tym miejscem, poza tym jestem lekko zdenerwowana powrotem do domu, do Harry'ego.
Ostatni raz spoglądam na moje pierwsze w życiu biuro, moje oczy skupiają się najpierw na biurku. Skręca mi się w żołądku, gdy przypominam sobie siebie i Harry'ego na nim. Zdaje się to takie nieprawdopodobne - uprawianie seksu w biurze, gdy ktokolwiek może wejść do środka w każdym momencie. Mogły tu być kamery i nawet bym o tym nie wiedziała, nie pomyślałam o tym nigdy wcześniej. Byłam zbyt zdekoncentrowana Harrym, by myśleć o czymś innym. Wygląda na to, że to już model mojego codziennego życia.

***

W drodze do domu zatrzymuję się przy Conner's, by zrobić trochę zakupów spożywczych potrzebnych tylko na kolację, skoro i tak wyjeżdżamy jutro rano. Jestem podekscytowana, ale tym samym denerwuję się podróżą, mam nadzieję, że Harry opanuje swój temperament przez te dwa dni wycieczki z rodziną.
Raczej nie wygląda na to, żeby tak było, mam tylko nadzieję, że łódka jest wystarczająco duża na naszą piątkę.

***

Otwieram drzwi wejściowe i popycham je nogą, zbierając z podłogi torby z zakupami. W salonie jest jeden wielki bałagan, puste butelki po wodzie i opakowania po jedzeniu zagracają cały stolik. Mój ojciec i Harry siedzą na kanapie - Harry na jednym końcu, mój ojciec na drugim.
- Jak ci minął dzień, Tessie? - pyta mój ojciec.
- Dobrze, to był mój ostatni dzień - mówię mu mimo, że już to wie.
Zaczynam sprzątać bałagan ze stołu i podłogi.
- Cieszę się, że miałaś udany dzień - rzuca, a ja spoglądam na Harry'ego.
Nawet nie odwraca się w moją stronę. Jego spojrzenie jest skupione na ekranie telewizora.
- Zrobię kolację, a potem idę wziąć prysznic - oznajmiam, a ojciec idzie za mną do kuchni.
- Jeden z moich znajomych powiedział, że może mnie stąd później odebrać, jeśli nie macie nic przeciwko, wiem, że wyjeżdżacie jutro na parę dni.
- Pewnie, nie ma problemu. Możemy cię podrzucić juro rano, jeśli ci to odpowiada - proponuję.
- Nie, byliście już wystarczająco hojni. Obiecaj mi tylko, że dasz mi znać, gdy wrócicie z wycieczki.
- Dobrze... ale jak?
- Może po prostu przejedź się wzdłuż Lamar? Zazwyczaj tam jestem - pociera o tył karku.
- Dobrze, tak zrobię.
- Pójdę do niego oddzwonić i powiedzieć, że jestem gotowy - znika z kuchni.
Słyszę jak Harry naśmiewa się z niego, że musi zapamiętywać numery telefonów, bo nie posiada swojego i wywracam oczami, gdy mój ojciec zaczyna swoje 'kiedy ja byłem w twoim wieku, nikt nie miał komórek'.
Postanawiam zrobić zwykły posiłek - pieczonego kurczaka z ryżem. Chciałabym, żeby Harry przyszedł do kuchni i ze mną porozmawiał, ale chyba lepiej będzie, jeśli poczeka dopóki mój ojciec nie opuści domu. Nakrywam do stołu i wołam ich obydwu. Harry wchodzi jako pierwszy, prawie nie łapiąc ze mną kontaktu wzrokowego, a za nim idzie mój ojciec.
- Chad będzie tu lada chwila, jestem wam bardzo wdzięczny, że pozwoliliście mi tu zostać - mówi mój ojciec podczas obiadu.
- To żaden problem, naprawdę - mówię mu.
- Tak bardzo się cieszę, że znów się odnaleźliśmy.
- Ja też - uśmiecham się, w dalszym ciągu nie mogąc uświadomić sobie, że ten człowiek to mój ojciec. Człowiek, którego nie widziałam od dziewięciu lat; człowiek, do którego żywiłam tyle urazy siedzi teraz w mojej kuchni, jedząc kolację ze mną i moim chłopakiem.
Spoglądam na Harry'ego, oczekując z jego strony jakiegoś zgryźliwego komentarza, ale nie widzę żadnej reakcji, gdy zbliża widelec do ust. Ta cisza sprawia, że wariuję, chciałabym, żeby coś powiedział, cokolwiek. Gdy kończymy jeść sprzątam kuchnię, a potem żegnam się z ojcem. Następnie zmierzam do łazienki, by wziąć prysznic. Miałam zamiar zaczekać, aż przyjedzie jego znajomy, ale jest już po ósmej, więc musimy zacząć się pakować i iść spać o sensownej porze, żeby być przygotowanym na jutro.

Harry's POV:

- Czy on ma zamiar dzisiaj przyjechać... - miałem zamiar wziąć prysznic z Tessą, ale kumpel Richarda nie może zebrać tyłka.
- Tak, powiedział, że będzie tu niedługo. Pewnie się zgubił - odpowiada.
- Jasne.
- Nie będziesz tęsknił za moim towarzystwem? - uśmiecha się.
- Nie posuwałbym się tak daleko - kusi mnie, by się uśmiechnąć, ale się powstrzymuję.
- Cóż, może znajdę sobie pracę i spotkamy się wszyscy w Seattle.
- Żadne z nas nie będzie w Seattle.
- Jasne - powtarza moje słowo.
Pukanie do drzwi kończy naszą okropną konwersację i Richard wstaje, po czym przechodzi przez pokój. Otwiera drzwi, ukazując swojego znajomego, więc wstaję z miejsca.
- Dzięki za odebranie mnie, stary - ojciec Tessy mówi do gościa.
Zatrzymuję się i rzucam na niego okiem. Jest wysoki, a jego długie czarne włosy spięte są w obrzydliwy, tłusty kucyk. Ma zapadnięte policzki, niechlujne ciuchy i brudne, kościste ręce. Co u diabła?
- To mieszkanie twojej córki? - pyta facet, jego głos pasuje do wyglądu.
Facet nie jest pijany.
- Tak, ładnie, co? Jestem z niej taki dumny - Richard uśmiecha się, na co gość klepie go po ramieniu, kiwając zgodnie głową.
- A to kto? - pyta Chad.
- Och, on? - obydwoje na mnie patrzą - To Harry, chłopak Tessie.
- Super. Jestem Chad - zaznacza.
- Spoko - mówię, obserwując jego oczy, którymi wibruje po naszym salonie. Dobrze, że Tessa bierze prysznic i nie musi poznawać tego dziwaka.
Przeklinam w duchu, gdy słyszę jak otwierają się drzwi łazienki. Za wcześnie się cieszyłem. Chad podciąga rękawy swojej koszuli, czuję się przez chwilę jak Tessa i mam nagłą potrzebę umycia jebanej podłogi.
- Harry? - słyszę jej głos z korytarza.
- Powinniście już iść - mówię im z groźbą w głosie.
- Chcę ją poznać - mówi Chad i muszę przycisnąć stopy do podłogi, używając przy tym ogromnej siły, by zostać na miejscu.
- Nie, nie chcesz - prycham.
- Okej... okej... już idziemy - Richard spogląda na swojego kumpla.
- Zobaczymy się później, Harry, jeszcze raz dziękuję. Trzymaj się z dala od więzienia - uśmiecha się głupio i wychodzi z mieszkania.
- Harry? - Tessa znów nawołuje, wchodząc do salonu.
- Właśnie wyszli.
- Co się stało? - pyta.
Co się stało?
Hmm... pomyślmy, u ciebie w biurze był jebany Trevor, za nim cholerny Zayn, wszystko w ciągu dwóch godzin. Nie wspominając już o twoim ojcu alkoholiku, który właśnie przyprowadził jakiegoś dziwaka do naszego mieszkania.
- Jesteś pewna, że twój ojciec ma problemy tylko z piciem? - pytam jej.
- Co? - rękaw jej koszulki, a tak naprawdę mojej, opada, odsłaniając jej nagie ramię. Podciąga je z powrotem i siada na kanapie.
- Miałem na myśli, skąd wiesz, że nie próbuje też czegoś innego?
- Na przykład?
- Nie wiem, nie ważne - nie chcę zasiewać w niej ziarna wątpliwości, że jej ojciec nie jest tylko bezdomnym pijakiem, ale też narkomanem. Nie wygląda aż tak źle jak ten dupek, który przyjechał go odebrać, ale w dalszym ciągu mam dziwne przeczucie na ten temat.
- Okej... - odpowiada cicho.
Znam ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie przeszło jej przez myśl, że jej ojciec może być uzależniony od narkotyków i nigdy nie wpadłaby na to, że właśnie to jej chciałem powiedzieć.
- Jesteś na mnie zły? - jej głos jest delikatny, zbyt lękliwy.
Wiem, że czeka aż wybuchnę lada moment. Unikałem rozmowy z nią z jakiegoś powodu.
- Nie.
- Jesteś pewny?
- Nie, nie jestem pewny. Nie wiem. Jestem wściekły, owszem, ale nie chcę się przez to z tobą kłócić. Próbuję się zmienić, wiesz? Staram się trzymać nerwy na wodzy i nie wściekać się na ciebie przez drobne rzeczy - wzdycham, pocierając tył mojego karku.
- Chociaż to nie jest tylko drobna sprawa, mówiłem ci tyle razy, żebyś się z nim nie widywała, a ty i tak to robisz. Jak ty byś się czuła, gdybym ja ci to zrobił? - dodaję.
- Czułabym się okropnie, wiem, że źle zrobiłam spotykając się z nim.
Tego się nie spodziewałem. Myślałem, że nawrzeszczy na mnie i będzie broniła Zayna, jak zawsze.
- Owszem. Ale jeśli mówisz, że powiedziałaś mu, że to zakończona sprawa, w takim razie jest zakończona. Zrobiłem wszystko, by trzymać go od ciebie z daleka, ale on nie daje za wygraną. Nie mam innego pomysłu poza pozbawieniem go życia.
- Wszystko zamknięte, przysięgam. Więcej się z nim nie zobaczę.
Wzdrygam się na myśl o naszej wcześniejszej rozmowie przez telefon, płakała z powodu ich pożegnania.
- Nie idziemy na tę imprezę w sobotę - oznajmiam i widzę jak jej mina się zmienia.
- Dlaczego nie?
- Bo nie uważam, że to dobry pomysł - wiem, że nie jest dobry.
- Chcę iść - zaciska usta.
- Nie idziemy - mówię jej ponownie.
- Jeśli będę chciała, to pójdę - naciska.
Kurwa mać, jest tak kurewsko uparta.
- Przedyskutujemy to później, mamy w cholerę rzeczy do zrobienia, jeśli chcesz żebym pojechał na tę gównianą wycieczkę.
- Dałbyś radę wcisnąć jeszcze więcej przekleństw w to zdanie? - drwi ze mnie i wizja jej przełożonej przez moje kolano wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
Pewnie by jej się to nawet spodobało, leżenie na moich kolanach, czy moja dłoń uderzająca o jej skórę, niezbyt mocno, ale wystarczająco, by jej skóra zmieniła kolor na różowy...
- Harry? - przerywa moje zboczone myśli. Odpycham je od siebie, przynajmniej na teraz.
- Chodźmy się spakować - uśmiecham się, wiedząc, że ukryłaby się za swoimi dłońmi, gdybym powiedział jej o czym myślałem.
'Pakowanie' skończyło się na tym, że ja siedziałem na łóżku, podczas gdy ona składała ubrania, pakując dokładnie obydwie nasze walizki. Pacnęła moją dłoń, gdy próbowałem pomóc, nakazując mi siedzieć na miejscu i niczego nie dotykać. Jak dla mnie, w porządku.
- Wiesz co jest dziwne? - pyta, zasuwając plastikową torbę wypełnioną pierdołami, które jej się wcale nie przydadzą na dwudniową wycieczkę.
- To, że ta plastikowa torba nie nadaje się na recykling? - uśmiecham się.
- Nie, mądralo. Ta kobieta od mieszkania w Seattle jeszcze do mnie nie oddzwoniła. Cały czas próbuję się do niej dodzwonić, ale nie odbiera.
Kurwa mać.
- Och, dziwne. Jak ci minął wczorajszy dzień? - zmieniam temat.
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam jest to, jak Tessa ciągle powtarza plan na jutrzejszy dzień, lecz podczas tego zapadam w sen.

Tessa's POV:

- Harry! Musisz wstać, teraz. Spóźnimy się - potrząsam znów jego ręką.
Jestem już ubrana i gotowa, nasze torby leżą w samochodzie i pozwoliłam mu spać jak najdłużej mogłam.
-Nie, nie jadę - jęczy.
Chciałabym, żeby był rannym ptaszkiem, tak jak ja.
- Proszę, wstań! - marudzę, ciągnąc go za ramię.
- Nie, idź sobie - zakrywa twarz poduszką, na co zabieram mu ją i rzucam na podłogę.
Postanawiam zrobić to w inny sposób, więc przysuwam dłoń do jego bokserek. Usnął wczoraj w jeansach, gdy pakowałam nasze torby i nieźle się namęczyłam, żeby mu je ściągnąć bez budzenia go.
Moje paznokcie delikatnie drapią wytatuowaną skórę ponad szwem bokserek, ale wcale go to nie rusza. Wkładam więc rękę pod materiał, na co otwiera oczy.
- Dzień dobry - lekko się uśmiecha.
- Wstawaj - zabieram rękę i schodzę z łóżka.
Udaje, że znowu śpi, wydając z siebie głośne dźwięki chrapania. To urocze i zabawne, mam nadzieję, że będzie taki przez resztę tygodnia, tak naprawdę wystarczyłoby mi nawet do końca tego dnia.
- To nie fair - marudzi, wkładając na siebie wczorajsze jeansy.
Podchodzi do szafy i wyciąga z niej czarny podkoszulek, a następnie patrzy na mnie i zamienia go na biały. Przeczesuje palcami swoje włosy, powodując, że sterczą, po czym układa je znów na miejsce.
- Czy mam czas, żeby umyć zęby? - jego ton jest sarkastyczny, a głos chrapliwy od snu.
- Tak, pośpiesz się. Zapakowałam ci zapasową szczoteczkę, bo musiałam zanieść torby do samochodu.
- Już je zaniosłaś?
- Tak.
- Dlaczego nie poczekałaś? Ja bym to zrobił.
- Nie wstałbyś, a ja nie chciałam, żebyśmy się spóźnili - wzruszam ramionami, na co zaciska usta.
- Myj te zęby, żebyśmy mogli już wyjść - instruuję, po czym robię sobie szybki spacer po mieszkaniu, by upewnić się, że wszystko zostaje tak jak powinno.
Chwilę później Harry przychodzi do salonu i wreszcie wychodzimy.

***

Ken, Karen i Liam są już gotowi, i czekają na nas na podjeździe, gdy przyjeżdżamy.
Opuszczam szybę, a Karen robi to samo. 
- Przepraszam, że jesteśmy trochę spóźnieni - tłumaczę się, gdy podjeżdżamy obok nich.
- Nic się nie stało! Pomyśleliśmy, że możemy jechać wszyscy razem, to dość długa droga - mówi z uśmiechem Karen.
- Po moim trupie - szepcze Harry.
- Daj spokój, Ken kupił mi go na urodziny i jeszcze go nie używaliśmy - wskazuje na czarnego SUV-a, w którym siedzą.
- Nie, do diabła, nie - rzuca Harry, tym razem głośniej.
- Będzie dobrze - mówię cicho, odwracając się od drugiego samochodu.
- Tessa - zaczyna.
- Harry, nie utrudniaj tego, proszę - błagam.
Jego oczy łagodnieją. 
- Dobra, kurwa, masz szczęście, że cię kocham.
- Dziękuję - ściskam jego dłoń i zwracam się z powrotem do Karen.
- Okej - uśmiecham się i wyłączam silnik w aucie.
Harry wkłada nasze torby do bagażnika SUV-a, cały czas grymasząc.
- Ale będzie zabawa - śmieje się Liam, gdy wdrapuję się do samochodu.
- Możecie siedzieć z tyłu - mówi Ken i jestem mu za to wdzięczna.
Harry siada obok mnie, po tym jak zaznacza, że na szczęście nie musi siedzieć koło Liama. Gdy Ken wyjeżdża na ulicę, Karen włącza radio i zaczyna cicho podśpiewywać.
- To są jakieś jaja, jak z kiepskiej komedii - mówi Harry, kładąc rękę na moją dłoń, a następnie przenosi ją na swoje kolano.
- Może w coś pogramy? Osobiście, uwielbiam dopasowywać tabliczki rejestracyjne do stanu - mówi Karen i nie mogę się powstrzymać od śmiechu, gdy widzę przerażony wyraz twarzy Harry'ego.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •


Notka: Póki pracuję, a przynajmniej póki nie mam takowego czasu dla siebie (czyt. również i na dbanie o tłumaczenie) rozdziały będą dla Was pisać Kamila i Ola. Dziewczyny, od razu mówię, że strasznie dziękuję Wam za to, że będziecie miały tu wszystko na oku i zgodziłyście się na moją propozycję! Nawet, gdy w końcu otrzymuję dzień wolny, ciężko mi coś przetłumaczyć, ponieważ zawsze muszę pozałatwiać jakieś sprawy. Betować i poprawiać rozdziały, owszem, będę, ale tymczasowo dziewczyny będę sprawować pieczę nad tłumaczeniem. A! I mała nowinka. Planuję remanent na blogu, efekty już wkrótce! :)

czwartek, 11 września 2014

Rozdział 210.

Kiedy otwieram drzwi od mojego biura, Zayn stoi w korytarzu w taki sposób, w jaki sądziłam, że go zobaczę. Jest ubrany w czarno-czerwoną bluzę, ciemne spodnie i adidasy za kostkę. Twarz mu za bardzo nie wydobrzała, a siniaki wokół jego oczu i nosa biją różnymi kolorami.
- Cześć, przepraszam, że nie dałem ci znać, że wpadnę - mówi.
- Coś się stało? - pytam go, a następnie z powrotem podchodzę do swojego biurka.
Przez chwilę stoi niezręcznie w drzwiach, po czym podąża za mną w głąb pomieszczenia.
- Nie. Cóż... tak. Próbowałem porozmawiać z tobą od wczoraj, ale nie odpisywałaś na moje wiadomości.
- Wiem, ale z Harrym mamy już wystarczająco dużo problemów, a ja nie chcę tworzyć nowych, poza tym zabronił mi się z tobą kontaktować.
- Pozwolisz mu na to, by dyktował ci z kim możesz się widywać? - Zayn usadawia się centralnie naprzeciwko mojego siedzenia, więc zajmuję miejsce za biurkiem i patrzę przez okno, zanim odpowiadam.
Sposób, w jaki siedzimy nadaje charakter oficjalny. Nie jest to niezręczne, po prostu za bardzo formalne.
- Nie, to nie tak. Wiem, że jest trochę przytłaczający i może odbiera niektóre rzeczy w niewłaściwy sposób, ale nie mogę go winić za to, że nie pozwala mi się z tobą przyjaźnić. Nie chciałabym, żeby on spędzał czas z kimś, do kogo coś czuje albo... - mówię, a oczy Zayna się rozszerzają.
- Co powiedziałaś?
Cholera.
- Nic, miałam tylko na myśli...
- Czujesz coś do mnie? - pyta. Jego oczy rozświetlają się na każdą sylabę tego zdania.
- Nie, cóż, tak. Nie wiem - kręcę i mentalnie uderzam się za to, że mówię rzeczy bez przemyślenia.
-  Jeśli nie to spoko, ale jeśli to prawda, to nie musisz kłamać na ten temat.
- Nie kłamię, czułam coś do ciebie. Szczerze, być może wciąż czuję, sama nie wiem. To wszystko jest dla mnie teraz skomplikowane. Zawsze mówisz właściwe rzeczy i zawsze byłeś, kiedy cię potrzebowałam. Miałoby to sens, gdybym rozwinęła te uczucia. Mówiłam ci, że zależy mi na tobie, ale oboje wiemy, że to przegrana sprawa.
- Dlaczego? - nie jestem pewna, ile razy mam go jeszcze odrzucić, aż wreszcie zrozumie gdzie jego miejsce.
- Ponieważ to nie ma sensu. Nigdy nie będę w stanie z tobą być. Ani z nikim, jeśli już o to chodzi. Z nikim poza nim.
- Mówisz tak tylko dlatego, bo jesteś w jego pułapce.
Staram się odepchnąć gniew, jaki powoli buduje się w stronę Zayna na jego słowa o Harrym. Z pewnością ma prawo mieć chore odczucia w jego stronę, ale nie podoba mi się sposób, w jaki wytyka mi, że nie mam siły i kontroli nad swoim związkiem.
- Nie, mówię tak, ponieważ go kocham, tak bardzo jak nie chcę tego ci teraz mówić, ale wiem, że muszę. Nie mogę ci nic więcej zaoferować. Wiem, że nie rozumiesz, czemu wciąż z nim jestem pomimo tego choasu, ale bardzo go kocham, bardziej niż cokolwiek innego. Poza tym, nie trzyma mnie w pułapce, chcę z nim być.
To prawda, wszystko co właśnie powiedziałam Zaynowi to prawda. Czy Harry przeprowadzi się ze mną do Seattle, czy nie, spróbujemy, żeby to działało. Możemy używać Skype'a i odwiedzać się w weekendy, dopóki nie wyjedzie do Anglii. Mam nadzieję, że nie będzie chciał się ze mną rozstawać.
Odległość może być kluczem do uzyskania zgody, by się ze mną przeprowadził. Nasza historia udowodniła, że nie czuliśmy się za dobrze, będąc z dala od siebie, celowo czy nie. Zawsze w jakiś sposób kończyliśmy razem. Ledwo co pamiętam, kiedy moje dni i noce nie kręciły się wokół tego mężczyzny, kiedyś próbowałam nawet wyobrazić sobie życie bez niego, ale to było prawie niemożliwe.
- Nie sądzę, że daje ci szansę na to, by się zastanowić, czego pragniesz lub co jest dla ciebie najlepsze. Myśli tylko o sobie - łamie mu się głos.
- To nieprawda. Wiem, że macie problemy między sobą, ale...
- Nie, w ogóle nie wiesz o naszych sprawach - mówi. - Nawet jeśli wydawało ci się, że tak.
- On mnie kocha, a ja jego. Przykro mi, że zostałeś w to wciągnięty. Przepraszam, nie chcę cię ranić - przerywam mu.
- Ciągle mnie zapewniasz, ale tak zawsze się dzieje.
Nienawidzę konfrontacji bardziej niż czegokolwiek innego, zwłaszcza, jeśli chodzi o kogoś, kim się przejmuję, ale te rzeczy muszą być powiedziane tak, żebyśmy z Zaynem mogli zamknąć rozdział o... sytuacji między nami. Nie jestem nawet pewna, do jakiej kategorii to się zalicza.
- Nie robiłam tego celowo, przepraszam.
- Nie musisz przepraszać, już o tym wiedziałem, kiedy podjąłem decyzję, by tutaj przyjechać. Powiedziałaś bardzo jasno, jak się czujesz na zewnątrz budynku administracji.
- To dlaczego przyszedłeś? - pytam cicho.
- By porozmawiać z tobą - rozgląda się po pokoju, po czym znowu wraca wzrokiem na mnie. - Nieważne, tak naprawdę nie wiem, czemu tutaj przyszedłem - wzdycha.
- Jesteś pewien? Wyglądałeś na całkiem zdeterminowanego parę minut temu.
- Nie, to bez sensu, jak już powiedziałaś. Przepraszam za przyjście.
- W porządku, nie musisz przepraszać - mówię mu.
Oboje wciąż to powtarzamy.
- Nadal masz zamiar się tam przeprowadzić? - wskazuje na pudełka na podłodze.
- Tak, jestem prawie gotowa.
- Aha.
Powietrze pomiędzy nami jest bardzo gęste, żadne z nas nie wydaje się wiedzieć, co powiedzieć. Patrzy przez okno na szare niebo, a ja gapię się na dywan.
- Lepiej jak już pójdę. Ponownie przepraszam za przyjście. Powodzenia w Seattle, Tesso - ledwo mogę usłyszeć te słowa przez smutek w jego głosie,
- Przepraszam za wszystko, szkoda, że sprawy nie potoczyły się inaczej.
- Ja też, bardziej niż możesz sobie to wyobrazić - mówi i wstaje z krzesła.
Boli mnie serce. Zawsze był dla mnie taki słodki, a ja nie mogę nic zrobić, oprócz odprowadzenia go i porzucenia.
- Przy okazji, masz zamiar wnieść oskarżenia czy nie? - wiem, że to nie jest właściwy czas, by go o to zapytać, ale nie sądzę, że zobaczę go ponownie.
- Nie, nie zamierzam. Mam już dość tego. Nie ma sensu tego ciągnąć, zresztą powiedziałem ci, że jeśli powiesz, że nie chcesz mnie więcej widzieć to odpuszczę, prawda?
- Tak - spokojnie reaguję.
Czuję się jak Estella z 'Wielkich nadziei' , bawiąc się uczuciami Zayna. Mój własny Pip stoi przede mną, z karmelowymi tęczówkami wpatrującymi się we mnie.
- Przepraszam za wszystko. Szkoda, że nie możemy być przyjaciółmi - mówię.
- Ja też, ale prawda jest taka, że nie masz pozwolenia na posiadanie przyjaciół - wzdycha i przebiega palcami po dolnej wardze, ściskając ją po środku.
Decyduję się nie komentować jego oświadczenia, że nie jest to coś, na co nie mam 'pozwolenia'. Niemniej jednak mam zamiar porozmawiać z Harrym, czy widzi sprawę tak jak Zayn.
- Jak tam sprawy z Rebeccą? Pytałeś ją o Noah? - wiem, że to nie moja sprawa, ale w jakiś sposób Noah był ważną częścią mojego życia przez długi czas. Gdyby tylko odbierał ode mnie telefony, o wszystko bym się go wypytała.
- Tak, zerwaliśmy.
- Czyli umawiała się z Noah? - od początku jej nie lubiłam, teraz wiem dlaczego.
- Tak, cóż, nie wiem jak się nazywa, ale ma chłopaka ze swojej starej szkoły.
- Dalej się umawiają?
- Myślę, że tak, ale naprawdę nie wiem. To nie mój interes. Steph powinna była mnie ostrzec, kiedy ją poznałem, ale przypuszczam, że już mam takie szczęście. Nie mogę spotkać dziewczyny, która nie kocha kogoś innego.
Chciałabym go ponownie przeprosić, ale wiem, że to tylko by go obraziło.
Telefon na moim biurku zaczyna dzwonić i przerywa ciszę pomiędzy mną a Zaynem. Wskazuję palcem do niego i odbieram.
- Tessa - niesie się głos Harry'ego.
Cholera.
- Hej - odzywam się drżącym głosem.
- Wszystko dobrze?
- Tak, w porządku.
- Wcale nie brzmisz, jakby było.
Skąd on to wie?
- Jest w porządku - zapewniam go ponownie.
- Okej. Nieważne, muszę wiedzieć co chcesz, żebym zrobił z twoim ojcem? Pisałem do ciebie, ale nie odpowiadałaś. Mam coś do zrobienia i nie wiem czy mam tu zostawić, czy co.
Patrzę na Zayna, a on stoi przy oknie, nawet się na mnie nie patrząc.
- Nie wiem, nie możesz go zabrać ze sobą? - moje serce przyspiesza.
- O nie, cholera, nie.
- Czemu nie? Myślałam, że się dogadujecie.
- Dogadujemy, ale uważam, że nie może ze mną jechać.
- Więc, zostaw go w domu - chcę, żeby ta rozmowa się skończyła.
Mam zamiar powiedzieć Harry'emu o wizycie Zayna, ale nie mogę sobie nawet wyobrazić, jaki byłby wkurzony, jeśli dowiedziałby się teraz, że tutaj jest. Z pewnością nie jest to czymś, o czym marzę.
- Dobrze, ty bierzesz za niego odpowiedzialność.
- Okej, widzimy się kiedy wrócę do domu. Gdzie w ogóle idziesz?
- Muszę załatwić kilka gównianych spraw do pracy, pójść na pocztę i do hurtowni.
- Dobrze, więc...
Muzyka zaczyna grać w moim biurze i zajmuję mi to minutę, zanim zdaję sobie sprawę, że pochodzi ona od Zayna. Sięga po telefon do kieszeni i go wycisza, ale za późno, by Harry tego nie usłyszał.
- Co to było? Czyja to była komórka? - zamieram na moment.
Nie powinnam być przestraszona czy zdenerwowana, że Harry wie o wizycie Zayna. Nie zrobiłam niczego złego, on przyszedł tutaj i zaraz wychodzi. Jestem na siebie lekko zirytowana, że powiedziałam Harry'emu o przyjściu Trevora do mojego gabinetu. Trevor jest moim współpracownikiem i może przychodzić do mojego gabinetu, kiedy zechce.
- Ten pieprzony Trevor nadal tam jest?
- Nie, to nie Trevor - odpowiadam szczerze.
- Czyli ktoś tam jest?
- To Zayn - wstrzymuję oddech.
Linia po drugiej stronie zapada w ciszę, patrzę na ekran, by upewnić się, że połączenie nadal trwa.
- Harry?
- Tak? - bierze oddech.
- Słyszałeś mnie?
- Tak, Tesso, słyszałem cię.
Okej? Dlaczego jeszcze nie krzyczy albo nie grozi mu śmiercią?
- Porozmawiamy o tym później, spław go, proszę - spokojnie żąda.
Że co?
- Dobrze...
- Dzięki, widzimy się, kiedy wrócisz do domu - mówi Harry i odkłada telefon.
- Przepraszam, wiem, że będzie na ciebie zły.
- Nie. W porządku - mówię, wiedząc, że to nieprawda, ale w każdym razie brzmi dobrze.
Reakcja Harry'ego o Zaynie w mojej pracy, zbiła mnie z tropu. Nigdy bym się nie spodziewała, że będzie taki spokojny. Sądziłam, że powie, że jest w drodze. Mam jednak nadzieję, że tego nie zrobi.
- Cóż... myślę, że już pójdę - idzie ponownie w stronę drzwi.
- Dziękuje za przyjście, zapewne nie zobaczę cię już przed wyjazdem.
Widzę ten błysk emocji w jego oczach, ale znika jeszcze, zanim jestem w stanie je odczytać.
- Nie powiem, że poznanie ciebie skomplikowało mi życie, ale nie chciałbym przez to przechodzić ponownie: przez to całe gówno, przez te kłótnie z Harrym, przez stracone przyjaźnie i wszystko z tym związane. Mógłbym przejść przez to ponownie, ale tylko dla ciebie - mówi.
Jego słowa zawsze do mnie docierają, zawsze. Przez cały czas jest szczery i podziwiam go za to.
- Wiem - patrzę na niego i staję na nogi.
- Pa, Tesso - jego słowa znaczą więcej niż zwykłe przyjacielskie pożegnanie, ale nie mogę za dużo o tym myśleć.
Jeśli powiem coś niewłaściwego, znowu go w to wszystko niepotrzebnie wciągnę.
- Pa, Zayn - w połowie się uśmiecham, a on robi krok w moją stronę.
Przez moment panikuję, że chce mnie pocałować, ale tego nie robi. Oplata mnie ramionami w mocnym uścisku, po czym zostawia lekki pocałunek na moim czole. Natychmiast po tym się cofa i chwyta za klamkę.
- Bądź ostrożna, dobrze? - mówi, stojąc w przejściu
- Będę, Seattle nie jest aż takie złe - uśmiecham się. Odczuwam wielki spokój, ponieważ uwolniłam go, czego bardzo potrzebował.
- Nie mówię o Seattle - marszczy brwi, a następnie opuszcza pokój, zamykając za sobą drzwi.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •


Notka: Dziękuję Ci bardzo, Klaudio!