piątek, 18 kwietnia 2014

Rozdział 161.

Harry's POV:

- Lepiej, żeby nie dotykał moich rzeczy – ostrzegam Tessę, gdy czekamy aż Kimberly podrzuci do nas Smitha.
W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego nie mogą go zabrać ze sobą do szpitala.
- Możesz przestać narzekać? Zachowujesz się gorzej niż on, a ma dopiero pięć lat – beszta mnie Tessa, na co wywracam oczami.
- Tylko mówię, to twoja sprawa. Ty się na to zgodziłaś, więc on jest twoim problemem, nie moim – przypominam jej.
Oczywiście mnie ignoruje i wychodzi do kuchni. Pukanie do drzwi informuje o ich przyjeździe, więc zasiadam na kanapie i pozwalam Tessie zająć się ich otwieraniem. Rzuca mi nienawistne spojrzenie, ale nie pozwala, by goście... jej goście czekali zbyt długo, w związku z czym, przywdziewa swój największy i najjaśniejszy uśmiech.
- Tak bardzo wam dziękuję! Nie macie pojęcia, jak bardzo ratujecie nam życie w tym momencie. Nie wiem co byśmy zrobili, gdybyście nie mogli popilnować Smitha. Christian jest tak chory, wszędzie wymiotuje i... - Kimberly praktycznie piszczy.
- Nie ma problemu, naprawdę – Tess jej przerywa. Zakładam, że dlatego, iż nie chce wysłuchiwać drastycznych szczegółów choroby Christiana.
- Okej, cóż, Christian czeka w samochodzie, więc chyba będę się zbierać. Smith jest dość niezależny, przez większość czasu umie się zająć sobą i na pewno wam powie, jeśli będzie czegoś potrzebował – przesuwa się w lewo, ukazując małego chłopca z rozmierzwionymi, blond włosami.
- Cześć, Smith! Jak się masz? - Tessa mówi nienaturalnym głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. To musi być jej próba dziecięcej rozmowy mimo, że ten dzieciak ma pięć lat. To właśnie Tessa.
Chłopiec nic nie mówi, posyła jej tylko delikatny uśmiech i przechodzi obok Kimberly do salonu.
- On za dużo nie mówi – kobieta oznajmia Tessie, zmniejszając jej smutną minę spowodowaną tym, że jej nie odpowiedział.
Mimo, iż jest to dość zabawne, nie chcę, żeby się denerwowała, więc lepiej, by mały gówniarz dał spokój i był dla niej miły.
- Dobra, tym razem już naprawdę wychodzę! - Kim uśmiecha się i zamyka za sobą drzwi, machając Smithowi na pożegnanie.
- Jesteś głodny? - pyta go Tessa.
Kręci głową, że nie.
- Chce ci się pić?
Ta sama reakcja tylko, że tym razem siada na kanapie naprzeciwko mnie.
- Chcesz pograć w jakąś grę?
- Tess, myślę, że on po prostu chce tu posiedzieć – mówię jej i widzę jak się rumieni.
Przeskakuję między kanałami w telewizji, mając nadzieję, że znajdę coś interesującego, gdzie w tym czasie Tessa zabawi się w niańkę.
- Przepraszam, Smith. Chcę być tylko pewna, że wszystko jest okej – przeprasza, na co chłopak kiwa głową.
Wygląda niemal tak samo jak jego ojciec. Włosy ma w prawie identycznym kolorze, a w jego oczach widać ten sam zielono-niebieski odcień i podejrzewam, że gdyby się uśmiechnął miałby te same dołeczki co Christian.
Parę minut niezręcznej ciszy mija. Tessa stoi obok kanapy i widzę, że nie wygląda to tak, jak sobie planowała. Zakładała, że dzieciak wpadnie tu pełny energii i gotowy do zabawy z nią. Zamiast tego, nie powiedział ani słowa i nie ruszył się wcale ze swojego miejsca na kanapie.
Jego ubranie jest tak nieskazitelne jak zakładałem, a te małe, białe tenisówki wyglądają, jakby nigdy nie były używane. Gdy spuszczam wzrok z niebieskiej koszulki, którą ma na sobie, jego oczy spotykają się z moimi.
- Co? - pytam. Szybko odwraca wzrok.
- Harry! - jęczy Tessa.
- No co? Zastanawiałem się tylko, dlaczego się na mnie gapi – wzruszam ramionami i zmieniam kanał. Ostatnia rzecz jaką chcę oglądać to 'Z kamerą u Kardashianów'.
- Bądź miły – piorunuje mnie wzrokiem.
- Jestem – przewracam oczami.
- Pójdę teraz zrobić obiad; Smith, chcesz iść ze mną, czy wolisz zostać tu z Harrym? - Tessa pyta chłopca.
Czuję jak się we mnie wpatruje, ale postanawiam się na niego nie patrzeć; musi z nią iść. To ona jest niańką, nie ja.
- Idź z nią – mówię mu.
- Możesz tu zostać, Smith. Harry nie będzie miał nic przeciwko – zapewnia go.
Dzieciak się nie odzywa. Niespodzianka. Tessa znika w kuchni, a ja pogłaśniam telewizor, by uniknąć jakiejkolwiek rozmowy z nim; nie, żeby to się miało w ogóle zdarzyć. Korci mnie, by iść do kuchni razem z nią i zostawić go warującego w salonie.
Czas leci, a ja zaczynam czuć się coraz bardziej niekomfortowo w jego towarzystwie. Dlaczego on, do diabła, nic nie mówi, albo się nie bawi, albo nie robi tego, co inne pięciolatki?
- Więc, o co chodzi? Dlaczego nic nie mówisz? - pytam w końcu.
Wzrusza ramionami.
- To niegrzeczne ignorować ludzi, kiedy próbują z tobą rozmawiać – informuję go.
- Dużo bardziej niegrzeczne jest pytanie mnie dlaczego nic nie mówię – wypala.
Ma delikatny akcent, nie tak silny jak jego ojciec, ale też niekompletnie wykorzeniony.
- Cóż, przynajmniej teraz wiem, że potrafisz mówić – odpowiadam. Jego reakcja wyprowadziła mnie z równowagi i teraz nie wiem, co mam zrobić.
- Dlaczego tak bardzo chcesz, żebym mówił? - pyta, sprawiając wrażenie dużo starszego, niż jest.
- Nie... nie wiem. A dlaczego nie chcesz?
- Nie wiem – wzrusza ramionami.
- Wszystko w porządku? - Tessa woła z kuchni. Przez sekundę, rozważam, by powiedzieć jej, że dzieciak nie żyje albo że jest ranny, ale jak o tym myślę, przestaje to być zabawne.
- Tak, jest okej – odkrzykuję. Mam nadzieję, że szybko tu wróci, bo właśnie zakończyłem tę konwersację.
- Dlaczego masz te rzeczy w twarzy? - pyta Smith, wskazując na mój kolczyk w wardze.
- Bo chcę. A dlaczego ty nie masz żadnych? - sprawdzam go, próbując zapomnieć, że mimo wszystko jest dzieckiem.
- Bolało cię? - pyta, nie odpowiadając na moje pytanie.
- Nie, w ogóle.
- Wygląda, że bolało – lekko się uśmiecha.
Nie jest w sumie taki zły, ale w dalszym ciągu nie podoba mi się pomysł niańczenia go.
- Prawie skończyłam – wtrąca Tessa.
- Okej. Uczę go tylko, jak zrobić bombę z picia gazowanego – droczę się, na co wystawia głowę zza rogu, by nas sprawdzić.
- Ona jest niemożliwa – mówię mu, a chłopak się śmieje, ukazując dołeczki.
- Ładna jest – mówi szeptem, zakrywając usta dłonią.
- Taa, jest. Czyż nie? - przytakuję, po czym spoglądam na Tessę. Włosy ma upięte w kok i ciągle nosi spodnie od jogi i zwykłą koszulkę. Przytakuję jeszcze raz. Jest piękna i nawet nie musi się starać.
Wiem, że nas słyszy i widzę jak się uśmiecha, gdy odwraca się, by skończyć swoje zadanie w kuchni. Nie wiem, czemu się tak raduje; co z tego, że gadam do tego dzieciaka? W dalszym ciągu jest irytujący, tak jak każde, inne dziecko.
- Tak, bardzo ładna – zgadza się ponownie.
- Hola, hola, mały koleżko. Ona jest moja – droczę się.
- Twoja, co? Żona?
- Nie, kurwa, nie – wypieram się.
- Kurwa, nie? - powtarza.
- Cholera, nie mów tak! - wyciągam rękę, by zakryć jego usta.
- Nie mówić cholera? - pyta.
- Nie, nie mów ani cholera, ani kurwa – to jest jeden z wielu powodów, dla którego nie powinienem przebywać z dziećmi.
- Wiem, że to brzydkie słowa – mówi mi, na co kiwam głową.
- Więc ich nie używaj – przypominam mu.
- Kim ona jest, jeśli nie twoją żoną? - wścibski mały gówniarz.
- Jest moją dziewczyną – nie powinienem był go przekonywać do gadania.
- Chcesz, żeby była żoną?
- Nie, nie chcę, żeby była moją żoną – mówię wolno, ale wyraźnie, tak, żeby mnie dokładnie usłyszał i sobie odpuścił.
- Nigdy?
- Nigdy.
- Macie dziecko?
- Nie! Cholera, nie! Skąd ty bierzesz te rzeczy? - sam fakt, że je słyszę, sprawia, iż jestem zdenerwowany.
- Czemu... - zaczyna, ale mu przerywam.
- Przestań zadawać tyle pytań – jęczę, na co kiwa głową, po czym bierze z moich rąk pilot i zmienia kanał.
Tessa nie przyszła nas sprawdzić już od paru minut, więc postanawiam iść do kuchni, by zobaczyć czy już skończyła.
- Tess... Skończyłaś już, bo ten dzieciak zdecydowanie za dużo gada – narzekam i łapię kawałek brokuła z talerza. Nie znosi, gdy jem, zanim obiad jest gotowy, ale w moim pokoju siedzi pięciolatek, więc mam prawo zjeść tego cholernego brokuła.
- Tak, jeszcze minutka lub dwie – odpowiada, nie patrząc na mnie.
Ton jej głosu jest dziwny i wydaje się, że coś tu nie gra.
- Dobrze się czujesz? - pytam jej, gdy odwraca się do mnie z zaszklonymi oczami.
- Tak, wszystko w porządku. To tylko cebula – wzrusza ramionami i odkręca kran, by umyć sobie ręce.
- Okej... Do ciebie też będzie gadał. Rozgrzewkę już ma za sobą – zapewniam ją.
- Tak, wiem. To nie... to tylko cebula – powtarza.



• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 160.

Uwaga! Rozdział zawiera sceny erotyczne przeznaczone dla osób pełnoletnich. Czytając, robisz to na własną odpowiedzialność. Jeśli nie, możesz spokojnie ominąć notkę.


Harry's POV:

Gęsia skórka pojawia się na jej skórze, gdy koniuszkami palców przesuwam w dół jej ramion. Wiem, że jest jej zimno, ale wolę myśleć, że pojawiły się z mojego powodu.
Owijam palce wokół jej ramion z większą siłą, kiedy przenosi się na moje kolana, pocierając o mnie biodrami, dokładne w taki sposób, w jaki tego potrzebuję. Nigdy wcześniej nie pragnąłem kogoś tak bardzo, tak często. Tak, przeleciałem dość dziewczyn, ale wtedy chodziło tylko o dreszcz emocji, o przechwalanie się swoją racją, nigdy skupiałem się na byciu bliżej nich, tak jak teraz z Tessą. Co do niej, chodzi o doznanie, sensację, o sposób, w jaki drobne ciarki pojawiają się na jej skórze pod wpływem mojego dotyku; sposób, w jaki będzie narzekać na gęsią skórkę, ponieważ stwierdzi, że musi się częściej przez nią golić, a ja przewrócę oczami, nawet jeśli mnie to bawi. Chodzi o sposób, w jaki kwili, gdy łapię jej wargę między zęby i gdy wydobywa się ten dźwięk, gdy ją puszczam; i najważniejsze -sposób, w jaki robimy coś, co tylko my dzielimy. Nikt nie był i nigdy nie będzie blisko niej jak ja.
Jej małe palce przesuwają się, by odpiąć biustonosz, gdy ssę skórę zaraz nad miseczką stanika, więc powstrzymuję ją.
- Nie mamy dużo czasu – przypominam i widzę jej nadąsaną minę, co powoduje, że pragnę jej jeszcze bardziej.
- W takim razie pośpiesz się i ściągaj ciuchy – delikatnie nakazuje.
Uwielbiam jak z dnia na dzień czuje się przy mnie coraz bardziej komfortowo.
- Wiesz, że nie trzeba mi powtarzać dwa razy – komentuję, oplatając ręce wokół jej bioder, po czym kładę ją na wolne miejsce na kanapie.
Ściągam tylko moje spodenki i bokserki, zanim wskazuję jej, by się położyła, a następnie wyciągam kondom z mojego portfela, leżącego na stole. Ściąga swoje spodnie, te cholerne spodnie. Nigdy, przez dwadzieścia lat mojego życia, nie widziałem czegoś tak seksownego. Nie mam cholernego pojęcia, co w nich takiego jest, może chodzi o sposób, w jaki na niej leżą, ukazując jej każdą niebiańską krągłość, albo może dlatego, że doskonale ukazują jej tyłek. Tak czy inaczej uwielbiam je i chyba będę musiał zmusić ją, by ubierała je w domu przez cały czas.
- Naprawdę, musisz przejść na tabletki antykoncepcyjne. Nie chcę więcej używać kondomów – narzekam, na co kiwa głową, wpatrując się w moje palce, gdy nakładam na siebie prezerwatywę.
Mówię całkiem poważnie i mam zamiar jej o tym przypomnieć jutro rano.
Tessa zaskakuje mnie, gdy ciągnie za moją rękę, próbując zmusić mnie, bym usiadł na poduszce obok niej.
- Co jest? - pytam, orientując się, o co jej chodzi, ale chcę usłyszeć jak to mówi.
Uwielbiam niewinność jaką w sobie ma, ale w tym samym czasie jest dużo bardziej zbereźna niż po niej widać. Kolejna cecha, o której tylko ja mam pojęcie.
Wpatruje się we mnie, więc postanawiam jej nie prześladować, zamiast tego siadam i od razu przyciągam ją do siebie, wplatając palce w jej włosy i przyciskając usta do jej warg.
Wdycham jęki i krzyki wychodzące z jej ust, a gdy opuszczam ją na siebie, obydwoje wzdychamy. Tessa natychmiast wywraca oczami, zakreślając koła swoimi pełnymi biodrami.
- Mmhmm... - jęczy.
Odczytuję to jako znak, by przyspieszyć tempo. Moje ręce spoczywają na jej plecach, więc przyciągam ją blisko siebie tak, że nasze klatki piersiowe się stykają. Gdy unoszę biodra, w odpowiedzi porusza swoimi. Uczucie to jest nie do opisania; ledwo mogę oddychać, gdy oboje poruszamy się coraz szybciej.
Nie mamy dużo czasu i chociaż raz jestem zdeterminowany, by skończyć to szybko.
- Mów do mnie, Tess – błagam, wiedząc, że będzie nieśmiała, ale mam nadzieję, że jeśli wejdę w nią wystarczająco ostro i pociągnę za jej włosy, to zyska odwagi, by przemówić do mnie w sposób, w jaki robiła to wcześniej.
- Okej... - dyszy, a ja poruszam się coraz szybciej.
- Harry – jej głos drży i przygryza swoją wargę, by się uspokoić, nakręcając mnie jeszcze bardziej.
Nacisk zaczyna budować się w moim brzuchu.
- Harry, tak mi z tobą dobrze – zdobywa się na odwagę, a ja przeklinam pod nosem.
- Już skomlesz, a jeszcze nawet nie zdążyłam nic powiedzieć – przechwala się, a jej zadowolenie stawia mnie na skraju wytrzymałości.
Jej ciało dygocze i sztywnieje, a ja patrzę jak dochodzi. Jest tak urzekająca, jeśli nie bardziej, jak za każdym razem, gdy dzielimy intymny moment. Właśnie dlatego nie mam jej nigdy dość i nigdy nie będę miał.
Pukanie do drzwi sprowadza nas obydwoje na ziemię, z naszego stanu po orgazmie. Tessa od razu ze mnie zeskakuje i chwyta za swoją bluzkę, która leży na ziemi, gdzie w tym czasie ja ściągam zużytą prezerwatywę i podnoszę swoje ubrania.
- Proszę chwilę poczekać – wołam w stronę drzwi, a pukanie ustaje. Tessa zapala świeczkę zapachową i zaczyna układać ozdobne poduszki na naszej kanapie.
- O co chodzi z tą świeczką? - pytam jej.
Teraz, gdy jestem już ubrany, zmierzam w stronę drzwi wejściowych.
- Czuć seks w powietrzu – mówi szeptem, pomimo faktu, że pracownik obsługi nie może nas usłyszeć.
Gorączkowo przeczesuje palcami swoje włosy. Moja jedyna reakcja to chichot i potrząśnięcie głową, zaraz przed tym, gdy otwieram drzwi. Mężczyzna po drugiej stronie drzwi jest wysoki, wyższy ode mnie i ma długą brodę. Jego brązowe włosy dotykają ramion i wygląda na co najmniej pięćdziesiątkę.
- Padło wam ogrzewanie, tak? - pyta z chrypą w głosie. Spalił zdecydowanie za dużo papierosów.
- Tak, a co innego? – odpowiadam i widzę jak jego wzrok ląduje na mojej Tessie.
No oczywiście, schyla się teraz, by odszukać swoją ładowarkę w koszyku pod stołem. I oczywiście, ma na sobie te pieprzone legginsy od jogi. I oczywiście, ten oślizgły facet z cholerną brodą obczaja jej tyłek. No i oczywiście, ona się podnosi i jest całkowicie nieświadoma tego, co się właśnie wydarzyło.
- Tess, powinnaś iść do pokoju, póki ogrzewanie nie będzie naprawione – proszę.
- W porządku, zostanę tu z tobą – wzrusza ramionami i siada na krześle.
- Tam jest cieplej – próbuję ją przekonać. Moja cierpliwość coraz bardziej się kończy. Gdy przenosi ręce za głowę, by związać swoje włosy, praktycznie robiąc temu dupkowi przedstawienie, muszę się bardzo kontrolować, by nie zaciągnąć jej do pokoju.
- Okej... - jest wyraźnie zdziwiona i na pewno będzie kazała mi się później wytłumaczyć, jak zawsze zresztą.
Jej szkolne książki tkwią w jej rękach, gdy przechodzi do sypialni i zamyka za sobą drzwi.
- Napraw ten jebany grzejnik – prycham na zboczonego starucha.
Nie odzywa się, co znaczy, że jest sprytniejszy niż myślałem. Telefon Tessy wibruje na stole, więc postanawiam go odebrać. Na ekranie wyświetla się imię Kimberly.
- Halo? – mówię do słuchawki.
- Harry? - jej głos jest niezwykle wysoki. Nie mam pojęcia, jak Christian może to znosić. Zapewne jej wygląd wszystko rekompensuje.
- Tak. Zawołam Tessę – gdy otwieram drzwi od sypialni, leży na brzuchu ze stopami wymachującymi w powietrze i długopisem w zębach.
- Kimberly dzwoni – tłumaczę, rzucając telefon na łóżko obok niej.
- Cześć, Kim! Wszystko w porządku? - pyta.
Parę sekund mija zanim mówi:
- Och, nie! To okropne.
Podnoszę na nią brew, ale mnie nie zauważa.
- Och... Dobrze... Poczekaj, porozmawiam o tym z Harrym. To zajmie sekundkę, jestem pewna, że wszystko będzie w porządku.
Odsuwa telefon od ucha i zakrywa słuchawkę ręką.
- Christian złapał grypę żołądkową i Kim musi go zabrać do szpitala. To nic poważnego, ale ich niania nie może przyjechać – mówi do mnie szeptem.
- No i? - wzruszam ramionami.
- Nie mają z kim zostawić Smitha.
- I... mówisz mi to, ponieważ? - pytam.
- Chce wiedzieć czy możemy... – przygryza wnętrze swojego policzka.
- Co możemy? - nie mówcie mi, że chce się opiekować tym dzieckiem.
- Zająć się nim, Harry – Tessa wzdycha.
- Nie, wykluczone.
- Dlaczego nie? To fajny dzieciak – broni się.
- Nie, Tesso, to nie świetlica. Nie ma możliwości. Powiedz Kim, żeby kupiła mu Tylenol* i jakiś rosół - koniec rozmowy.
- Harry... To moja przyjaciółka, a on jest chory. Myślałam, że ci na nim zależy? - pyta, a mi przewraca się w żołądku.
Oczywiście, że go lubię, był przy mnie i mojej mamie, gdy mój ojciec wszystko pieprzył, ale to nie znaczy, że chcę pilnować jego dzieciaka, tym bardziej, że muszę jutro iść na mecz hokeja z Liamem.
- Powiedziałem 'nie' – nie poddaję się.
Ostatnia rzecz jakiej potrzebuję, to jakiś denerwujący, zasmarkany dzieciak, który bałagani w moim mieszkaniu.
- Proszę, Harry? Nie mają nikogo innego - błaga.
Powinienem był odejść, gdy nie zgodziłem się za pierwszym razem.
- Proszę? - pyta jeszcze raz, a ja wzdycham pokonany i patrzę jak uśmiech rośnie na jej twarzy.

* tabletki działające przeciwbólowo, przeciwgorączkowo.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

środa, 16 kwietnia 2014

Rozdział 159.

Gdy wracam do szatni, nie mogę nigdzie znaleźć dziewczyny, która dała mi swoją zapasową kłódkę, więc zawieszam ją z powrotem; jeśli się do jutra po nią nie zgłosi, będę używać ją dalej.
Po zabraniu swoich rzeczy, spotykam się z Harrym z powrotem na korytarzu. Opiera się o ścianę plecami i przytrzymuje na niej jedną stopę.
- Jeszcze chwila i wszedłbym tam za tobą – grozi.
- Powinieneś był tak zrobić, nie byłbyś jedynym facetem – kłamię i widzę jak zmieniają się jego rysy twarzy.
Odwracam się od niego, robiąc parę kroków, a on łapie mnie za ramię i obraca mnie w swoją stronę.
- Co ty powiedziałaś? - zniża wzrok.
- Tylko się droczę – posyłam mu szyderczy uśmieszek, na co prycha i puszcza moje ramię.
- Myślę, że wystarczy już tego na dzisiaj.
- Być może – uśmiecham się.
- Jesteś dzisiaj jakaś nieswoja – kręci głową.
- Joga mnie relaksuje i oczyszcza mój umysł – śmieję się.
- Co chcesz na obiad? - pytam Harry'ego, gdy docieramy do samochodu.
Pierwszy dzień nowego semestru przeszedł całkiem przyjemnie, nawet joga, która mnie dość rozbawiła. Zabawa nie jest tym, co zwyczajnie preferuję, gdy chodzi o studia, ale bycie tam z Harrym było przyjemne. Moje zajęcia z religii mogą sprawiać problem, z powodu słabej organizacji, ale postaram się nie skupiać na tym w tym momencie, bo może mnie to doprowadzić do szaleństwa.
- Nie wiem, mam trochę pracy przez parę godzin, ale powinienem skończyć do obiadu – odpowiada Harry.
- Dobrze, w takim razie coś wymyślę – mówię mu.
- Ten mecz hokeja jest jutro, prawda? - pyta.
- Tak, w dalszym ciągu masz zamiar iść?
- Sam nie wiem...
- Muszę wiedzieć, bo jeśli się wycofujesz, wtedy ja z nim pójdę – odpowiadam.
Prawdopodobnie Liam wolałby, żebym to ja z nim poszła, ale obydwojgu przyda im się trochę czasu spędzonego razem. Wiem, że nigdy nie będą przyjaciółmi... albo braćmi, ale Harry tak naprawdę nie ma żadnych przyjaciół, a Liam jest moim najlepszym kolegą, który przez przypadek okazał się być też przybranym bratem Harry'ego, więc niesamowicie by to pomogło, gdyby lepiej się dogadywali.
- Pójdę – wzdycha i wdrapuje się do samochodu.
- Dziękuję – uśmiecham się, na co przewraca oczami.
Skórzane siedzenia są okrutnie zimne, a moje spodenki sportowe są zbyt cienkie; mogłam z powrotem włożyć na siebie sukienkę. Cała się trzęsę i drżę, przyciągając tym uwagę Harry'ego. Podkręca ogrzewanie do maksimum i wyjeżdża z parkingu.
- W takim razie, jakie zajęcia z WF-u chcesz wybrać? – pytam go.
- Nie wiem, powiem ci, gdy zobaczę jakie opcje są do wyboru. A ty na jakie chciałabyś chodzić?
- Na jogę – odpowiadam.
- Oprócz jogi.
- Nie wiem... Nie jestem zbytnio wysportowana. Właściwie to wcale nie jestem.
- Ja tym bardziej – zabiera rękę ze skrzyni biegów i kładzie ją na moim udzie.
- Tenis? - proponuję.
- Nie.
- Aerobik? - uśmiecham się.
- Nigdy w życiu.
- W takim razie ty wybierz, a ja postaram się dostosować – mówię.
- Ty? Dostosować się? - śmieje się.
- Powiedziałam, że spróbuję, jeśli mi się nie spodoba, zapiszę się na dodatkowe zajęcia z literatury, a jogę przeniosę na następny semestr. Masz szczęście, że tak cię kocham - chichoczę.
Harry odwraca szybko głowę, by spojrzeć na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- No co? - pytam go, niepewna, dlaczego jest taki zaskoczony.
- Nic.
- Czemu się tak na mnie popatrzyłeś? - kładę dłoń na jego ręce, która spoczywa na moim udzie.
- Nie wiem, po prostu podoba mi się sposób, w jaki to powiedziałaś – mówi ściszonym głosem.
- Dobrze... - przecież bez przerwy mówię mu, że go kocham, czyż nie? Wiem, że mogłabym być bardziej wyrazista, gdy chodzi o moje uczucia do niego, ale staram się jak mogę, balansując na niebezpiecznej linie między ochranianiem siebie a pokazywaniem mu, co do niego czuję.
- Mam cię wysadzić pod mieszkaniem? - Harry zmienia temat.
- Tak, tak będzie dobrze. I tak muszę zacząć w końcu przygotowywać pracę semestralną. Już na dzień dzisiejszy nie znoszę zajęć z religii – wzdycham.
- Dlaczego? Jaki jest profesor? - ton Harry'ego się natychmiast zmienia.
- Jest miły, tak mi się wydaje. Spotkałam go już wcześniej.
- Gdzie?
- U Conner's, tylko przelotnie. Jest młody i sprawia wrażenie niezorganizowanego – moja głowa zaczyna pulsować na samą myśl o jego regule pod tytułem 'brak planu nauczania'.
- Hmmm... - jego oczy są skupione na drodze.
- Taa, a jak twoje zajęcia? - z jakiegoś powodu czuję się niekomfortowo rozmawiając z Harrym o profesorze Soto, może to dlatego, że zdaje się już mieć z nim problem.
- Nudne jak cholera.
Samochód Harry'ego wjeżdża na parking przy budynku, a chłopak parkuje go na naszym zwyczajnym miejscu.
- Czyli oprócz jogi? - próbuję poprawić nastrój.
- Tak, oprócz jogi. Z pewnością była ona... interesująca – obraca się i na mnie spogląda.
- Naprawdę? A dlaczegóż to? - przygryzam swoją dolną wargę, by wyglądać niewinnie.
- Wydaje mi się, że ma to coś wspólnego z blondyną – uśmiecha się do mnie znacząco, na co sztywnieję.
- Słucham? - warczę.
- Nie widziałaś seksownej blondyny siedzącej obok mnie? Dużo tracisz, kochanie, powinnaś była zobaczyć jak jej tyłek prezentował się w tych sportowych legginsach.
- Lepiej, żebyś nie mówił poważnie – marszczę brwi.
- Mówię całkiem poważnie. Nie jesteś zła, prawda? - uśmiecha się. Jestem prawie pewna, że się ze mną droczy, ale irytuje mnie to.
Łapię za klamkę i otwieram drzwi.
- Gdzie idziesz? - pyta.
- Do środka. Jest zimno.
- Aww... Tess, czy ty jesteś zazdrosna o tę laskę? - drwi Harry.
- Nie.
- Ależ jesteś - stwierdza, na co przewracam oczami, gdy wychodzę z samochodu, by udać się do środka. Jestem zaskoczona, kiedy wyłącza silnik i słyszę, jak jego buty stukają o beton.
Ciągnę za ciężkie szklane drzwi, by je otworzyć, po czym wchodzę do środka; gdy dochodzę do windy przypomina mi się, że zapomniałam wziąć moją torbę z samochodu.
- Przyznaj się, że jesteś zazdrosna o dziewczynę z zajęć – dogryza mi Harry, kiedy wchodzi do windy i wciska guzik.
- Dobra, jestem. Tylko dlatego, że gapiła się na ciebie, a teraz ty mówisz mi, że jest seksowna – staram się nie marudzić.
- Durna jesteś – chichocze.
- Słucham? - patrzę w górę, na niego.
- Myślisz, że patrzyłbym na jakąś przypadkową blondynę, kiedy ty tam jesteś... kiedy mogę patrzeć na ciebie? Szczególnie w tych spodniach, nie będę i dosłownie, nie potrafię patrzeć na kogoś innego. Mówiąc to, miałem na myśli ciebie – bierze duży krok w moją stronę, na co odsuwam się w tył na zimną ścianę windy.
- Cóż... Widziałam jak próbowała z tobą flirtować – praktycznie się dąsam.
Nie lubię zazdrości, jest to najohydniejsze z możliwych uczuć.
- Ty niemądra dziewczyno – przybliża się do mnie jeszcze bardziej, by przyciągnąć moje ciało do jego. Rękoma ujmuje mnie za policzki, zmuszając, bym na niego spojrzała.
- Dlaczego nie potrafisz pojąć, co ty ze mną wyprawiasz? - oddycha milimetry od moich ust.
- Nie wiem – kwilę, gdy jego wolna ręka łapie za moją i ciągnie w dół do jego spodenek.
- Właśnie to ze mną robisz – przesuwa swoje biodra tak, że jego erekcja wypełnia moją dłoń.
- Och – moja głowa odpływa.
- Uwierz, nie przestaniesz tego wypowiadać – zaczyna mówić, ale przerywa, gdy winda zatrzymuje się pod naszym piętrem.
- To są chyba jakieś jaja – jęczy Harry, gdy kobieta z trójką dzieci wchodzi do pomieszczenia.
Próbuję odsunąć się do niego, ale oplata ręce wokół mojej talii, nie pozwalając mi na żaden ruch. Jedno z dzieci zaczyna płakać, co sprawia, że Harry fuka poirytowany. Zaczynam wyobrażać sobie jak zabawnie by było, gdyby winda się zatrzymała i utknęlibyśmy w środku z płaczącym dzieckiem. Na szczęście dla chłopaka, drzwi otwierają się chwilę później i wychodzimy na korytarz.
- Szczerze nie znoszę dzieci – narzeka, gdy dochodzimy do mieszkania.
Kiedy otwiera drzwi, zimne powietrze wypływa ze środka.
- Wyłączyłeś ogrzewanie? - pytam go.
- Nie, było włączone dzisiaj rano – Harry podchodzi do termostatu i przeklina pod nosem.
- Napisane jest, że mamy w mieszkaniu dwadzieścia siedem stopni, kiedy tak nie jest. Zadzwonię do obsługi – oznajmia, na co kiwam głową.
Biorę koc z kanapy i owijam się nim dookoła, zanim siadam.
- Tak... Zepsuło się i jest tu kurewsko zimno – Harry mówi do odbiornika.
- Trzydzieści minut? Nie ma mowy – prycha chwilę później.
- Gówno mnie to obchodzi. Płacę fortunę, by tu mieszkać i nie chcę, żeby moja dziewczyna zamarzła mi tu na śmierć... nie chcę, żeby było tu zimno – poprawia się, ale jest już za późno. Usłyszałam go.
Spogląda na mnie i szybko odwraca wzrok, ostrożnie, by się nie skompromitować.
- Dobra. Piętnaście minut. Nie dłużej – warczy do telefonu, po czym rzuca go na kanapę.
- Będą tu za piętnaście minut, by to naprawić – oznajmia.
- Dziękuję – uśmiecham się, a on siada obok mnie na kanapie.
Uchylam kawałek koca i sięgam nim w jego stronę. Gdy przysuwa się bliżej, wdrapuję się mu na kolana, a następnie przeczesuję palcami jego włosy i delikatnie za nie ciągnę.
- Co robisz? - jego ręce spoczywają na moich biodrach.
- Powiedziałeś, że mamy piętnaście minut – ocieram usta o jego szczękę, aż przechodzi go dreszcz.
- Czy ty mi się narzucasz, Tess? - czuję jak się uśmiecha.
- Harry... - marudzę, by zapobiec jego dalszym docinkom.
- Żartuję, ściągaj ciuchy – nakazuje, lecz sam podciąga moją bluzkę, zaprzeczając swoim słowom.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •