niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 270.

Soundtrack do rozdziału:

• Clare Bowen - Black Roses
• The 1975 - You
• The Fray - Hundred


Harry's POV:

- Nie wierzę, że przegrałam wszystkie moje ubrania w jednej rundce pokera! – Janine wtacza się do kuchni z papierosem w jednej dłoni, a czerwonym kubeczkiem w drugiej.
- Dobra, ale teraz mogłabyś coś na siebie założyć – mówi do niej nieznajoma brunetka.
- Ale ja czuję się okej, naprawdę – ucina Janine w stronę dziewczyny. Kobiety to takie kocice.
Zajmuje mi moment, aby zdać sobie sprawę z tego, że Janine jest od pasa w górę naga. Cóż, od pasa w górę, a nawet zupełnie naga, jeśli nie policzymy malusieńkiego paseczka, który w dobry dzień mógłby uchodzić za stringi.
Szczerze, nie mogę zbyt wiele wywnioskować z tego, co się dzieje teraz. Dym ze zbyt wielu papierosów, niezliczonych jonitów i fajek wodnych przemienił to mieszkanie w dom prosto z horrorów. Gołe laski, kokaina i gorzała to coś, czego jest tu pod dostatkiem. Każdy zachowuje się beztrosko, zupełnie tak, jak ja chciałbym. Też muszę być beztroski. Muszę wydobyć jej twarz z mojej pieprzonej głowy.
Kiedy ponownie spoglądam na Janine, zakłada na siebie bluzę.
- Zadowolona? – wywraca oczami na brunetkę, zarzucając swoimi czarnymi włosami w najbardziej dramatyczny sposób.
Janine obraca się zbyt szybko i jej stopa uderza o nogę kuchennego stołu. Odrzuca ją do przodu. Dziewczyna wpada na mnie, a mój drink rozbryzguje się po całym swetrze, który ubrała mniej niż minutę temu.
- Cholera, Harry! – narzeka, zdejmując sweter i po raz kolejny wystawiając swoją klatkę piersiową na widok. Nie, żeby ją obchodziło bycie nagą w mieszkaniu pełnym ludzi, ale brunetka prycha w niezadowoleniu i wypada z kuchni, upewniając się, że wzięła ze sobą butelkę tequili.
- Co ona ma za problem? – odwraca się James do Janine.
- Nie lubi mnie, bo pieprzyłam się z jej chłopakiem. Cóż, byłym chłopakiem – uśmiecha się. To dumny uśmiech. - Daj mi swoją koszulkę – Janine wyciąga rękę do Jamesa, a on kręci głową.
- Nie ma mowy, Carla będzie tu rano i powiesi mnie za jaja, jeśli zobaczy cię w moim ciuchu znowu – unosi ręce do góry i opuszcza kuchnię.
- Daj mi swój sweter – obraca się do mnie. Kręcę głową, odmawiając jej. – No weź, jest zimno, a ja nie mam żadnych ubrań – trzęsie swoją ledwie istniejącą piersią, aby dać dowód na swoje słowa.
- A więc co miałaś wcześniej na sobie? – unoszę brew na siostrę Marka.
- Ktoś schował moje łachy. To była pewnie ta zazdrosna dziwka – jej chude ręce krzyżują się z przodu klatki piersiowej. – No dawaj, mój brat jest w innym pokoju. Po prostu daj mi swój sweter, i tak będziesz miał pod spodem koszulkę.
- Jestem pewien, że twój brat wiele razy widział cię nago – zamykam oczy i pozwalam, aby dym wypełnił moje płuca, delektując się silnym smakiem marihuany na moim języku.
- Ha-ha. Teraz daj mi swoją bluzkę, a ja podzielę się z tobą odrobiną dobrego szajsu. Mark ma jakieś nowe zioło, które właśnie dostał i jest lepsze od tego gówna – wyciąga jointa z moich palców i zaciąga się.
- Dobra. Kurwa, jesteś wkurzająca – burczę i zdejmuję moją bluzę. Nie daję jej Janine, zamiast tego rzucam w jej stronę czarną bluzkę. Tessa zawsze uwielbia sposób, w jaki wyglądam w swojej za dużej bluzie, komplementuje mnie za każdym razem, kiedy mam ją na sobie.
Kurwa.
Prawie udało mi się oddalić, nie myśląc o niej.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Kilka minut później Janine ponownie dołącza do mnie w kuchni. Mój t-shirt zwisa z niej jak jebana zasłonka. Nie zapełnia go tak, jak Tessa...
- Pospiesz się – poganiam ją. Muszę wymazać jej imię ze swoich myśli.
- Spieszę. Już jest zwinięty, masz – umieszcza narkotyk w mojej dłoni i wskakuje na blat za mną.
-  Styles! Daj mi pierdoloną wódkę, muszę zrobić tej tutaj, mojej nowej przyjaciółce Bambi drinka – mówi Mark wchodząc do kuchni.
- Boże, on jest taki wkurzający. Pamiętasz jak włamaliście się do tego monopolowego? – pyta Janine prosto do mojego ucha. Jej nogi zacieśniają się wokół mojego pasa, a ja nie przejmuję się wystarczająco, aby po raz kolejny je zrzucić. Już dostała mój pieprzony t-shirt.
Zamiast walczenia z nią, uśmiecham się na wspomnienie próby ucieczki przed policją. Śmiech Janine rozpływa się po pustej przestrzeni otaczającej mnie, wszystko rozpływa się i skupia na Tessie. Dlaczego… jak?
- Co… co ty… - wymrukuję. Janine powiedziała mi, że ta trawa to dobry towar, ale cholera, nie myślałem, że chodziło jej o robiące dobrze halucynacje.
- Wy dwoje się znacie? – mówi Mark przez kłęby dymu. Ona naprawdę tu jest. Tessa tu jest, w tym mieszkaniu. Jak, do kurwy nędzy, dowiedziała się gdzie jestem?
Tessa podchodzi bliżej. Jak ona mogła dowiedzieć się w jaki sposób tu dotrzeć? Joint pomiędzy moimi palcami wydaje się ciężki, kiedy skupia się na nim wzrok Tessy. Janine zabiera mi go, a oczy Tessy podążają w jej stronę.
- Uznam to za 'tak' – śmieje się Mark i wyciąga z mojej dłoni butelkę gorzały. Chcę jej coś powiedzieć, ale co tu jest do powiedzenia? Już się pożegnałem, w mój własny sposób, a teraz ona jest tutaj, a ja jestem pijany i naćpany i nie chcę już rozmawiać. Nie chcę wysłuchać listy gówna, jakie ja wyrządziłem i wciąż robię je źle.
Widok mnie takiego, z tłumem, do jakiego przynależę powinien jej dać impuls, aby lecieć do domu i nigdy nie wracać.
Moja cisza i obecność Janine na moich plecach oddziałuje na to, że wychodzi. Znika z kuchni równie szybko, jak się pojawiła. Moim naturalnym instynktem jest, aby za nią pójść, aby upewnić się, że ma się dobrze i przeprosić ją, ale nie poddaję się jemu. Z czasem te instynkty ustąpią. Muszą.
- Kto to do cholery był? – odwraca się Mark do mnie. Naprawdę nie wiem co mu powiedzieć. Nawet nie wiem, co powiedzieć samemu sobie. Myślę, że minęło parę minut, a może mniej, nie mam zielonego pojęcia, ale Mark ciągle zadaje mi to samo pieprzone pytanie, w kółko i w kółko.
- Ziom, powiedz nam, co to szalona laska! – wypytuje po raz kolejny.
- Nikt, stary. Ona jest tylko jakąś przypadkową… - zaczynam odpowiadać, kiedy Tessa ponownie wpada do kuchni. Do jasnej cholery.
Ledwo widzę poprawnie, tak się najebałem. Butelka wódki zostaje wyrwana z mojej dłoni i rzucona o ścianę, nim mogę ją powstrzymać.
- Co, do chuja, Bambi? – krzyczy Mark.
Powinienem mu powiedzieć, żeby, kurwa, przestał ją tak nazywać, ale wiem, że to nie zmieni nic, a właściwie to całkiem zmyślna ksywka. Ona naprawdę jest jak mały jelonek, przestraszona i słodka, i naiwna. Udowadnia słuszność swojego przezwiska stojąc samotnie w kręgu lwów.
- Mam na imię Tessa! – wrzeszczy. Zamykam oczy, próbując przemówić do siebie przez zasłonę z dragów i alkoholu, które spowolniły i skaziły mój umysł.
- Nie musiałaś rozbijać wódki! – mówi jej Mark. Wiem, że nie troszczy się o bałagan, chodzi mu tylko o wódkę. Jest co najmniej jeszcze dziesięć butelek wódki pomiędzy mną a zamrażarką.
- Nauczyłam się, jak roztrzaskuje się butelki o ściany od najlepszych – Tessa gapi się na mnie. Jej słowa kłują, ale tylko w ułamku. Doprowadziłem się do punktu nietrzeźwości, gdzie jestem prawie nietykalny.  Jeszcze kilka pociągnięć, jeszcze kilka buchów, a nic mnie nie dotknie.
- Nie powiedziałeś mi, że teraz masz dziewczynę – mamrocze mi Janine do ucha. Wiem, co Tessa musi sobie myśleć o tym, co się tu odbywa, ale nawet nie będę próbował tego sprostować. Może sobie myśleć co chce, to na koniec jej pomoże.
- Zostawcie to Stylesowi, żeby przyprowadzić szaloną amerykańską dupę do mojego mieszkania, rozrzucając butelki i gówno – Mark mierzy wzrokiem Tessę. Jest nią bez wątpienia zainteresowany.
- Przestań – wchodzę pomiędzy nich. Nie wiem, czy ostrzegam go przed nazywaniem jej szaloną, czy ostrzegam ją, aby się do niego nie zbliżała.
- Kim jest ta laska? – pyta mnie Mark po raz jebany tysięczny raz.
- Już ci powiedziałem – spoglądam najpierw na niego, a następnie na Janine. Oddech Tessy rozbrzmiewa echem w pokoju i moim popieprzonym mózgu. Jest blisko wybuchnięcia a ja muszę ją stąd, kurwa, wyprowadzić.  Widzę wściekłość w jej oczach i wiem, że przygotowuje się do ciosu.
- Co, do cholery, jest z tobą nie tak? Myślisz, że możesz się tu szmacić i palić trawkę przez cały dzień, żeby zapomnieć o swoich problemach!? – krzyczy na mnie. Tessa nie daje mi szansy na odpowiedź, gdy kontynuuje:
- Jesteś taki samolubny! Myślisz, że odpychanie mnie i zamykanie się jest dla mnie dobre? Wiesz cholernie dobrze, jak to idzie do tej pory! Nie możesz beze mnie przetrwać, będziesz nędzny, ja tak samo. Nie czynisz mi nic dobrego, krzywdząc mnie, ale wygląda na to, że dla ciebie to niezła zabawa?
Oczywiście wiem, co mówi, ale nic z tego nie ma znaczenia. Nieszczęścia chodzą parami, a ja mam mieszkanie wypełnione samotnymi duszami, z którymi mogę zapić ból.
- Nawet nie wiesz o czym mówisz – prycham. Musi się stąd wynosić i przestać przekonywać mnie, żebym z nią został. Dokładnie dlatego zostawiłem klucz i bilet bez słowa – aby uniknąć odpowiedniego pożegnania.
-Nie wiem? – jej ręce przecinają powietrze – ona ma na sobie twoją pieprzoną koszulkę! – Tessa ponownie krzyczy, a Janine nareszcie łapie i zeskakuje z blatu, w mojej koszulce na plecach.
- Dlaczego tu w ogóle jesteś? – pytam ją. Ona jednak jest zagubiona, prawdopodobnie próbuje wyskoczyć z powodami, dla których powinienem z nią wyjść.
- Co, myślałeś, że pozwolę ci oddalić się, będąc tchórzem?
Tak, dokładnie.
- Dam ci jedną, ostatnią szansę aby teraz ze mną wyjść i polecieć z powrotem do domu, ale jeśli przekroczę próg tego domu bez ciebie, to by było na tyle – grozi.
Ona mi grozi? Goniła za mną po całym tym gównie, a teraz myśli, że może mi grozić?
- Tak myślałam – wywraca oczami. - Wiesz, co możesz mieć z tego wszystkiego. Możesz przepić i przepalić całe swoje pieprzone życie – podchodzi bliżej mnie i zmuszam się, aby nie wzdrygnąć się na jej słowa - ale to jest jedyne, co będziesz kiedykolwiek miał, więc ciesz się z tego, póki trwa.
- Tak zrobię – odpowiadam spokojnie. Wiem, że to wszystko, co będę kiedykolwiek miał i robi mi się niedobrze przez próby zwalczania tego. Miałem się dobrze, nim ona się tu pokazała, próbując, bym poczuł się jak gówno.
- Więc, jeżeli ona nie jest twoją dziewczyną… - zaczyna Mark. Jego przekrwione oczy poszukują moich.
- Nie jestem niczyją dziewczyną – ucina Tessa, a Mark uśmiecha się do niej. Kurwa, nie.
- Dobrze, więc już rozstrzygnięte – jego dłoń na jej plecach sprawia, że czerwone światełko przebłyskuje w odmętach mojego zamglonego umysłu.
- Odwal się od niej! – popycham go. Dokładnie z tego powodu nie powinno jej tu być!
- Na zewnątrz, teraz – oznajmiam jej. Ona musi wyjść, natychmiast. Znam Marka i wiem, jaki jest przy dziewczynach, zwłaszcza niewinnych dziewczynach typu Tess. Wiem to lepiej niż ktokolwiek, bo ja jestem taki sam. Słyszę, jak podąża za mną, gdy wychodzę do hallu i trzaskam drzwiami.
- Co to, do chuja, było? – wychodzę jej naprzeciw, zapędzając ją w róg.
- Co to było!? Ja, wyzywająca cię za twoje całe gówno? Myślisz, że możesz po prostu wrzucić bilet lotniczy i klucze do walizki, a ja odejdę? – jej ręce uderzają o mój tors, popychając mnie na ścianę.
Czego ona chce ode mnie? Już jej powiedziałam, że z nią skończyłem, jakim cudem ona  tego nie pojmuje?
Powiedziałem jej to? Upojenie alkoholowe teraz się ze mną bawi, kładąc kolejną warstwę dezorientacji na moim poczuciu rzeczywistości.
- Jestem tak kurewsko zagubiony w swojej własnej głowie i nie mogę myśleć poprawnie, co dopiero mówić o jebanym wyjaśnianiu ci po raz tysięczny, cholerny raz! – nie czuję nic, gdy moje pięści przebijają się przez ścianę z karton-gipsu. Jedyny dowód szturmu to wyraz twarzy Tessy i pusta dziura w ścianie za nią.
- Nawet nie próbowałeś! Ja nie zrobiłam nic źle! – próbuje się bronić. Ona nie musi bronić się przede mną. Ja wiem, jak jest perfekcyjna.
Łapię się za włosy, gotowy wyrwać je ze skóry głowy, chcąc poczuć coś, ale żaden fizyczny ból nie wynika z tego gestu.
- Czego więcej potrzebujesz, Tesso? Czy potrzebujesz, żebym dla ciebie to, kurwa, przeliterował? Wynoś się stąd, wracaj tam, skąd się wzięłaś! Nie masz tu interesu, nie pasujesz tu – obniżam głos, może wreszcie posłucha.
- Teraz jesteś szczęśliwy? Wygrywasz, Harry. Znowu wygrywasz. Zawsze to robisz, czyż nie?
Odwracam się do niej twarzą w twarz, upewniając się, że patrzy dokładnie w moje oczy, kiedy dochodzę do mojego finalnego uderzenia:
- Wiesz to lepiej niż ktokolwiek inny, nie sądzisz?
Dosłownie mogę ujrzeć porażkę kryjącą się za jej oczami i wiem, że nareszcie to pojmuje.
Nareszcie widzi mnie takiego, jakim naprawdę jestem. Skazanym na porażkę.

***

- Wciąż nie rozumiem, dlaczego po prostu nie powiedziałeś jej, że rozlałeś na mnie drinka – mówi Janine, podając mi kubek pełen alkoholu. – Oszczędziłbyś jej zachowywania się jak całkiem popieprzony obłąkaniec.
- Nie ma dla ciebie już więcej butelek! – śmieje się Mark obok mnie, próbując zażartować na temat Tessy rozbijającej butelkę wódki o ścianę.
Nie jestem w nastroju na żarty. Nie jestem w nastroju na nic.
Ona była taka wściekła. Nigdy nie widziałem jej równie wściekłej, co teraz. Wiem, co myślała o mnie i Janine. Nie, żebym zrobił albo powiedział cokolwiek, aby zmieniła zdanie.
Fakt, że Tessa zobaczyła Janine w mojej koszulce jest tym, co upewnia mnie, że siedzi teraz w tym samolocie.
Wczoraj spędziłbym godziny, robiąc jakiekolwiek gówno, które mogłoby sprawić, żeby mi uwierzyła, ale nie dzisiaj. Dzisiaj mam zamiar pić więcej, palić więcej i totalnie ją wymazać.
- Odpuść sobie z tym. Już ci powiedziałem, że nie miałem jebanego zamiaru z nią dyskutować, więc zostaw to w spokoju – opieram głowę na kanapie i zamykam oczy. Mieszkanie wciąż jest pełne, zbyt wiele pijanych i nabzdryngolonych pieprzonych idiotów na tak małej przestrzeni.
Metallica rozwodzi się na temat marionetek, a ja uśmiecham się na myśl, że nie będę nigdy więcej musiał słuchać gównianej muzyki.
Czuję na sobie wiele par oczu, co sprawia, że czuję się jak paranoik. Oczywiście, uwaga została przerzucona na mnie po przybyciu Tessy, a pytania na temat ognistej amerykańskiej dziewczyny były rzucane na mnie przez ostatnie cztery godziny.
- Łapiemy to. Nie powinniśmy gadać wtedy o jej cyckach, co nie? Bo do jasnej cholery…
- Wystarczy! – plaskam moją poturbowaną dłonią o solidny, drewniany stół. Jestem na granicy zdrowych nerwów z tymi popaprańcami i muszę zebrać wszystko w sobie, żeby nie zareagować. Wiem, że jeśli to zrobię, oni nigdy nie odpuszczą mi tego.
- W porządku! Nie tłucz mojego szkła, chuju – Mark wskazuje na szklankę pomiędzy moimi palcami. Wyobrażam sobie moje pięści stykające się z jego szczęką znowu i znowu, i znowu, i znowu, kiedy dokańczam resztkę mojego drinka.
- Idę do łóżka. Nie spałam od dwóch dni – James wstaje ze swojego miejsca po przeciwnej stronie kanapy.
- Więc przestań wciągać gówno – droczy się z nim Janine. James przewraca oczami i ściera nadmiar proszku spod nosa.
- To z tobą należy gadać. To ty wciągnęłaś mnie w to gówno – po raz kolejny zaciąga się jointem podawanym wkoło pokoju. W tym momencie ledwo mogę utrzymać moje oczy otwarte. Nie chcę tego. Chcę tylko zniknąć do jutra i powtórzyć to, co zrobiłem dzisiaj, pomijając wtargnięcie.
Im bardziej na haju mogę się znaleźć, tym lepiej. Im więcej palę, im więcej piję, tym bardziej jej obraz znika zza moich oczu. Teraz widzę wizję jej, która jest przyćmiona dymem i znika z każdym wdechem dymu i łykiem wódki.

***

- Dotrzymam ci tu towarzystwa – mówi do mnie siostra Marka, kiedy mieszkanie nareszcie pustoszeje. Jest prawie czwarta rano, a ja jestem tak cholernie naćpany, że nie czuję nic, nawet jej palców rysujących kręgi na mojej nodze.
- Taa – słyszę, jak z moich ust pada odpowiedź.
Jolene… Janine… siedzi teraz na mnie okrakiem, ale ledwo czuję jej ciężar na sobie. Ona jest malutką rzeczą tak czy siak, ale powinienem być w stanie coś poczuć. Nie wiem dlaczego narzekam, ponieważ taki był cel -  być odrętwiałym.
- Pamiętasz swój pierwszy raz? – oddycha przy moim uchu.
- Mhmm… - właściwie to nie pamiętam, przynajmniej nie w tej chwili. Nie pamiętam niczego.
- Ja też. Byłeś taki pewny siebie i napuszony. Mnie to mega nakręcało – jej język powinien wydawać się ciepły na mojej szyi, ale nie czuję żadnego szitu. – Twój kutas już wtedy był wielki, nie umiem sobie wyobrazić jak wygląda teraz.
Jej dłonie nakrywają moje, po czym wpycha je pod swoją koszulę, w stronę klatki piersiowej. Jej usta smakują jak stare papierosy i wódka, odrzucająca mieszanka. Odwracam głowę, a jej usta znowu przylepiają się do mojej szyi. Jej dłonie wciąż wykorzystują moje do macania jej małych cycków.
- Masz, ułatwię ci to – zdejmuje swoją bluzkę i przesuwa swoją dłoń w dół, do zamka błyskawicznego. Chwyta mnie, ale ponownie, nie czuję nic.
- Poczekaj – daję radę wybąkać.
- Nie martw się, jestem na pigułkach – wydaje mi się, że tłumaczy.
Pozwalam swoim dłoniom opaść na poduszkę na sofie po tym, jak ściąga mi bluzę przez głowę i rzuca ją gdzieś za siebie.
- Tyle tatuaży – mówi z ustami błądzącymi po moim torsie. – Teraz umiem się pieprzyć jak gwiazda porno. James mówi, że serio powinnam pomyśleć nad zrobieniem kariery w tym biznesie – brzmi na dumną z siebie, kiedy kontynuuje ocieranie swojej ręki o mój niereagujący kutas.
- Jezu, kim ty jesteś, trup tam z ciebie na dole? – naciera mocniej, ale nic się nie dzieje. Gapię się na ścianę, a ona schodzi ze mnie, upadając przede mną na kolana.
- To pomoże, zawsze pomaga – uśmiecha się, a ja jestem przerażony tym, co widzę przed sobą. Szare oczy, w które przywykłem patrzeć, są pełne życia i miłości. Ciemne oczy tej dziewczyny są martwe, puste, pozbawione czegokolwiek choć trochę żyjącego i nie mogę wytrzymać patrzenia na nią ani chwili dłużej. Schodzę z sofy i otwieram z impetem na oścież drzwi do łazienki, nim ona zwleka się na nogi.
- Wszystko z tobą okej? – słyszę, jak pyta mnie, gdy oplatam ramionami muszlę klozetową i opróżniam do niej zawartość mojego żołądka.
- Wszystko z tobą okej? – pyta ponownie. Tym razem jej wysokiej częstotliwości głos rozbrzmiewa głośniej.
- Wyjdź – ryczę, zamykając oczy. Zapach moczu ułatwia czucie mdłości w zapleśniałej łazience.
- Ja tylko upe… - dalej mnie prześladuje.
- Powiedziałem, żebyś, kurwa, wypieprzała – mówię znowu, tym razem głośniej.
- Dobra! – naga dziewczyna piszczy i trzaska drzwiami, nawet nie trudząc się, by przedtem włączyć światło.
Jestem zostawiony w ciemności, sam, tak jak to powinno być.

Tessa’s POV:

Ożywam, widząc Liama i nie mogę się powstrzymać przed zarzuceniem rąk wokół jego szyi w momencie, kiedy otwiera drzwi frontowe domu Kena.
- Jak minęła droga? Szkoda, że nie pozwoliłaś mi odebrać się z Seattle – gdyby nie przytulał mnie tak mocno, mogłabym unieść głowę i ujrzeć, jak marszczy brwi, jestem tego pewna.
- Nie było tak źle – kłamię – I tak musiałam przywieźć z powrotem samochód Harry’ego. Nie chciałam go zostawiać tam na Bóg wie jak długo – wzdrygam się używając jego imienia.
Podczas ośmiogodzinnego lotu i sześciogodzinnej jazdy, przysięgłam, że nie wymówię więcej jego imienia. Nie mogę nic na to poradzić, jeśli ktoś w moim otoczeniu to zrobi, to nieuniknione, ale nie będę się pakować w ból, który przychodzi wraz ze smakiem jego imienia na moim języku. Już nigdy więcej.
Nie chcę mówić Liamowi, że spałam w samochodzie Harry’ego na parkingu przy lotnisku. Mój lot wylądował o dziesiątej zeszłej nocy, a ja nie mogłam się pozbierać, aby przejechać długą drogę do Pullman, a nie czułabym się teraz komfortowo zostając w domu Christiana.
I znowu nie mam gdzie pójść.
- Wciąż nie rozumiem co się stało. Co sprawiło, że został w Londynie? – pyta Liam, uwalniając się z uścisku zbyt wcześnie.
Podnosi moją walizkę i torbę z podłogi i prowadzi mnie do kuchni. Nie odpowiadam mu. Przyrzekłam sobie także, że nie zdradzę nikomu sekretów Harry’ego. Jeśli zechce ujawnić, sam to zrobi. To nie jest moje miejsce, już nie. Cóż, prawdę mówiąc, nigdy nim nie było, tylko ja nie potrafiłam przejrzeć przez wykreowaną przez siebie iluzję.
- Muffinkę? – pyta, z uśmiechem ostrożnym, ale ciepłym.
- Naprawdę nie jestem głodna – zaczynam, ale szybko zmieniam zdanie, kiedy mój brzuch burczy na zapach truskawkowego nadzienia.
- Gdzie są twoja matka i Ken? – pytam go, rozglądając się po schludnej kuchni w poszukiwaniu śladu fartucha Karen z nadrukowanymi truskawkami.
- Moja mama miała jakieś umówione wizyty dziś rano – Liam zwraca się do mnie plecami, otwierając drzwi  lodówki i wyciągając karton mleka. – Zrobiłem też kawę, jest świeża.
- Dziękuję ci. Naprawdę, nie musiałeś się tak kłopotać.
- Nie jesteś kłopotem – zapewnia mnie. Kubek świeżej, parującej kawy zostaje umieszczony przede mną, nim sama zdążam go wziąć. – Wiesz, że nie będę zadawał za wielu pytań, ale czy powiesz mi przynajmniej dlaczego nie możesz mieszkać już w domu Christiana Vance’a?
- To nie tak, że nie mogę – przebrnęłam prze każdą możliwą odpowiedź na każde możliwe pytanie, które wiedziałam, że zostaną mi zadane, kiedy wrócę sama z Londynu. Nauczyłam się na pamięć wszystkich moich odpowiedzi, powtórzyłam je i są gotowe do wyrecytowania. Ośmiogodzinny lot może zdziałać cuda po tym, jak twój świat wali się naokoło ciebie.
- Decyduje się, dokąd chcę pójść stąd. Nie sądzę, aby Seattle było dla mnie najlepszym dopasowaniem.
- Naprawdę? Ale zawsze chciałaś tam być…
- Wiem. Najprawdopodobniej zamierzam zostać tutaj. Mówię tylko ogólnikowo. Ale w każdym razie, potrzebuję swojego własnego kąta. Jeśli zatrzymam mój staż w Vance Publishing, to będę mogła sobie pozwolić na życie na własną rękę.
- Jesteś tego pewna? Wiem, że wy dwoje macie czasami ciężki związek, ale to zawsze się prostuje  i nie chcę, abyś podejmowała jakiekolwiek pochopne decyzje – pewny wyraz twarzy Liama zaczyna kruszyć barierę pomiędzy mną a bólem. To nowo skonstruowana, bardzo delikatna bariera, którą desperacko chcę utrzymać, dopóki ból stanie się tak tępy, że będę mogła pozwolić sobie na ponowne odkrycie się. – Wiedz, że i tak będę cię wspierał, cokolwiek postanowisz – dodaje.
- Wiem, że już to powiedziałam, niezliczoną ilość razy, ale Liam – wbijam paznokcie w skórę dłoni, aby odwrócić swoją uwagę od pieczenia w mojej klatce piersiowej – Harry zrobił coś, od czego nie mam odwrotu. Nie uwierzysz mi teraz, ja na twoim miejscu bym nie uwierzyła, ale zobaczysz. Tym razem to ostateczne.
Nie wiem, czy to coś, co powiedziałam, czy ton mojego głosu, ale wyraz twarzy Liama zmienia się natychmiastowo.
- Co on zrobił?
- Nic, co mogę przytoczyć bez wywlekania tamtego miejsca – trzęsę się na wspomnienie Janine w koszulce Harry’ego. – Nie martw się o mnie, tym razem będzie ze mną w porządku. Już to przeszłam i wiem z doświadczenia, że w końcu to przestanie być takie uczucie – wiem, że próbuję przekonać samą siebie tymi słowami równie bardzo, jak mojego najlepszego przyjaciela, ale mogę tylko modlić się o to, aby były one prawdziwe.
- Okej. Nie będę się wścibiał, ale wiedz, że jestem tutaj, dobrze? – kładzie swoją dłoń na mojej, a ja potakuję. Nie wiem, co w życiu zrobiłam, aby zasłużyć na kogoś tak czystego i lojalnego jak Liam, ale jestem za niego niezmiernie wdzięczna.
- Nie wiem co zrobię bez ciebie, kiedy wyjedziesz – mówię mu, żałując, że dopuściłam tę myśl do mojej głowy, co dopiero mówić o wypuszczeniu jej z ust.
- Muszę podpisać moje papiery w ciągu dwóch tygodni, ale mogę to odwołać, jeśli potrzebujesz mnie tutaj. Ja…
- Nie! Nie, daję sobie radę. Miałam tylko na myśli, że będę za tobą tęsknić. Nie zmieniaj swoich planów tylko dlatego, że ja wreszcie dostałam zakończenie, którego przyjście powinnam była zobaczyć – odwracam wzrok od jego spojrzenia, zawstydzona swoim wybuchem. To zdanie jest typem rzeczy, na której  strawiłam osiem godzin lotu obiecując sobie, że go nie wypowiem.
-  Przeprowadź się ze mną do Nowego Jorku.
Patrzę na niego po drugiej stronie blatu i śmieję się, prawdziwie śmieję. To przyszło o wiele szybciej, niż mogłam oczekiwać. – Ta, pewnie.
- Mówię poważnie! – uśmiecha się i zabiera z moich dłoni kubek kawy. – Mam na myśli, że dlaczego nie? Twoja średnia pozwoli ci się dostać na Uniwersytet Nowojorski, Ken mógłby napisać ci list rekomendujący, zadzwonić do pewnych osób, mogłabyś zacząć ze mną w przyszłym miesiącu. W najgorszym scenariuszu mogłabyś pójść na inny, mniejszy college, dopóki nie zostaniesz tu przyjęta.
On nie jest poważny. Nie mógłby być.
- Polegam na tobie ze względu na twoje ogólne wyczucie i kalkulowane decyzje, Liam. W tej chwili to rujnujesz – droczę się z nim.
- Tesso, mówię poważnie. Wymień mi jeden powód, dlaczego nie powinnaś tego zrobić. Chyba że ty i Harry zamierzacie to naprawić…
- Nie, nie zamierzamy – oświadczam, tym razem będąc tego pewna. Upierdliwy głos mojej podświadomości przypomina mi, że powiedziałam to już sto razy. – Zobaczysz – mówię Liamowi i jej.
- Rozumiem, jeśli nie chcesz opuszczać Seattle, ponieważ to twoje wymarzone miasto, ale sama powiedziałaś, że nie jest takie, jak myślałaś. Dlaczego więc nie pojechać ze mną do Nowego Jorku? Ostatnio też sam zwątpiłem. Prawie odwołałem moje spotkanie z dzierżawcą.
- Nie mogłabym przeprowadzić się z tobą do Nowego Jorku. Danielle prawdopodobnie poczułaby się niekomfortowo z tym, że byłabym tam cały czas, a ja nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na wynajęcie mieszkania w Nowym Jorku.
Oczy Liama znów stają się miękkie i wiem, że próbuje załagodzić słowa, które zaraz połączą się w parę z tymi jego szczenięcymi oczętami.
- Danielle zerwała ze mną. Miałem zamiar ci powiedzieć, ale miałaś tyle na głowie w związku z twoim tatą i Seattle. Nie chciałem, żebyś martwiła się o mnie.
Bariera zostaje zburzona. Tylko dla Liama, tylko dla bólu mojego najlepszego przyjaciela, nie dla mojego własnego.
- Tak mi przykro, byłabym tu dla ciebie. Nie mogę uwierzyć, że byłam tak skupiona na sobie, że nie zauważyłam, że przechodziłeś przez zerwanie. Naprawdę, tak bardzo mi przykro.
- W porządku. Nie przepraszaj. Już od jakiegoś czasu wiedziałem, że to nadchodzi. Po prostu nie byłem gotowy, aby wyjść temu naprzeciw – on naprawdę wygląda nieźle, trochę smutno, ale w porządku. O wiele lepiej niż ja, jestem pewna.
- Wiem jak to jest. Możemy o tym porozmawiać, jeśli chcesz. Jesteś pewien, że wciąż chcesz pojechać do Nowego Jorku? – pytam go.
- Tak, jestem pewien. Moja mama naprawdę chce, żebym pojechał i jeśli mam być szczery, o wiele chętniej ukończyłbym Uniwersytet Nowojorski niż Uniwersytet Stanu Waszyngton – mówi i oboje się uśmiechamy. – Mogę zapoznać tam nowych przyjaciół, nie żebym miał tutaj jakiś więcej. Jeśli nie spodoba mi się tam, zawsze mogę wrócić tutaj w następnym semestrze.
Pozytywna energia Liama jest zaraźliwa.
- Masz rację. Powinieneś pojechać, będziesz uwielbiać tamtejsze strony. NYU jest taką wspaniałą szkołą.
- Mogłabyś zamieszkać ze mną w moim mieszkaniu. Wiem, że Harry’emu się to nie spodoba – przerywa wpół zdania – przepraszam, ciężko będzie przełamać to przyzwyczajenie – wzrusza ramionami.
Wiem, Liam, wiem.
- Nie mogłabym sobie pozwolić, by wystarczająco ci pomóc, a moje studenckie pożyczki będą za wysokie na NYU – odwodzę siebie samą od atrakcyjności i podekscytowania tym pomysłem. Prawdopodobnie nie mogłabym po prostu przeprowadzić się do Nowego Jorku spontanicznie. To byłoby zbyt chaotyczne i niezaplanowane.
- Mogłabyś zaaplikować po więcej stypendiów. Mógłbym ci pomóc. Nie musiałabyś płacić nic za edukację, jeśli zaaplikowałabyś po wystarczającą ilość stypendiów.
- Sama nie wiem – naprawdę nie wiem. To brzmi dobrze, zwłaszcza teraz, kiedy chcę niezakłóconej przerwy od niego.
- Dobrze, po prostu o tym pomyśl. Sophia też tam mieszka – mówi.
- Sophia? – znam to imię, ale szukam igły w stogu siana. – Och! Szefowa kuchni, tak? – polubiłam ją, była bardzo słodka, a jej umiejętności pieczenia są znakomite.
- Tak, szefowa kuchni – policzki Liama okrywają się rumieńcem. – Więc przynajmniej o tym pomyślisz? To racjonalna decyzja, jeśli dogłębnie to przeanalizujesz – wyjaśnia. Jego oferta wydaje się irracjonalna i totalnie szalona nawet to rozważenia, ale może nieracjonalne i totalnie szalone jest tym, czego właśnie teraz potrzebuję.
- Pomyślę o tym – obiecuję mu. – Zacznijmy od małych kroczków. Pojedziesz ze mną kupić nowy telefon?
- Kupujesz sobie nowy telefon? – unosi na mnie brew i gapi się jakby wyrosła mi druga głowa.
- Myślę, że nareszcie nadszedł na to czas – nowy telefon był kolejną rzeczą, o której zdecydowałam w samolocie. – Mój jest na wyczerpaniu, a potrzebuję również nowego numeru telefonu – opieram się przerażającemu ciągnięciu moich myśli, które próbują powrócić do niego. Nowy numer telefonu jest pierwszym krokiem do zaakceptowania tego wszystkiego. Nie, żeby on miał się trudzić dzwonieniem do mnie.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 269.

Soundtrack do rozdziału:

• Goo Goo Dolls - Iris
• Kodaline - All I Want
• The Civil Wars - If I Didn't Know Better


Tessa’s POV:

- Tesso? Tesso, wszystko w porządku? – krzyczy Kimberly z drugiej strony łazienkowych drzwi.
- Nic mi nie jest – wymuszam na sobie te słowa. Brzmią równie załamanie, jak się czuję.
Nie, nie załamanie. Nie jestem załamana. Jestem pokonana. To, co czuję w tej chwili, to czysta porażka. Spędziłam długie miesiące walcząc z nieuniknionym, naciskając na rzeczywistość, która była zbyt wielka, aby podtrzymywać ją w pojedynkę, a teraz zostałam przez nią połknięta, bez żadnych łodzi ratunkowych w zasięgu wzroku.
Woda jest już zimna, stała się taka już kilka minut temu… może nawet godzinę. Nie mam zielonego pojęcia jak dużo czasu tu spędziłam, przykucnięta na podłodze, z kolanami przyciśniętymi do klatki piersiowej, pozwalając chłodnej wodzie obmywać mnie. To było skrajnie bolesne jakiś czas temu, ale moje ciało otępiało już kilka wizyt kontrolnych Kimberly temu.
- Musisz wyjść z tego prysznica. Nie myśl, że nie wyważę drzwi – ostrzega mnie. Nie wątpię ani przez sekundę, że mogłaby to zrobić.
Sięgam w górę i wyłączam prysznic, ale nie wykonuję żadnego kroku, aby opuścić moją przestrzeń na podłodze.
- Wychodzę – odpowiadam jej.
Do czasu, kiedy staję, moje nogi są chybotliwe, a włosy prawie suche. Przekopuję moją torbę i mechanicznie wykonuję mechanizmy ubierania dżinsów – najpierw jedna noga, potem druga, podnoszę ręce nad głowę, przeciągam koszulkę w dół brzucha. Czuję się jak robot, a kiedy przecieram ręką lustro, dowiaduję się, że również wyglądam na jednego z nich.
Jak wiele razy on to zrobi? – pytam własnego odbicia.
Nie, jak wiele razy ja pozwolę mu to zrobić? Oto prawdziwe pytanie.
- Nigdy więcej – mówię na głos do nieznajomej obserwującej mnie z drugiej strony lustra.

Harry’s POV:

- Cholera, Styles! Spójrz na siebie, jesteś pierdolonym kolosem! – James wstaje z sofy i porusza się w moją stronę. To prawda, w porównaniu do niego i Marka, jestem pierdolonym kolosem. -Dlaczego masz dwa, kurwa, dziesięć metra? – pyta James. Jego oczy są zaszklone i przekrwione. Jest ledwie pierwsza po południu.
- Metr dziewięćdziesiąt – poprawiam go, a on dokonuje takiego samego przyjacielskiego powitania jak Mark, stanowczą ręką na moim ramieniu.
- To jest cholernie super, musimy posłać w świat wiadomość, że wróciłeś. Wszyscy wciąż tu są, chłopie – James splata ze sobą dłonie, jakby knuł coś wielkiego, a ja nawet nie chcę wiedzieć, co to mogłoby być.
Czy Tessa znalazła już torbę za drzwiami? Co o tym pomyślała?
Płakała? Czy teraz jest już poza tym? Cholera, z pewnością nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie. Nie chcę sobie wyobrażać jej twarzy, kiedy otworzyła drzwi. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak się czuła, kiedy zobaczyła, że tylko jeden bilet został zapakowany do przedniej kieszeni tej walizki. Wszystkie moje ubrania zostały z niej usunięte i zrzucone na tylne siedzenie mojego wypożyczonego auta.
Znam ją dość dobrze, by wiedzieć, że będzie oczekiwać ode mnie pożegnania. Będzie próbowała mnie odnaleźć, nim się podda, ale po swoim jednym, ostatnim wysiłku, podda się. Nie będzie miała wyboru, ponieważ nigdy nie da rady mnie znaleźć przed lotem, a jutro będzie już po drugiej stronie świata.
- Chłopie! – głos Marka jest głośny, a jego dłoń macha mi przed twarzą. – Czy ty się, kurwa, wyłączasz? – pyta.
- Mój błąd – wzruszam ramionami.
Jeśli Tessa zgubiła się w Londynie, nie wiem co bym zrobił.
Mark i James rozpoczynają rozmowę o tym, kogo zaproszą na imprezę. Wymieniają mnóstwo znajomych imion i parę, których nie słyszałem. Już obdzwaniają ludzi z zaproszeniami na imprezkę w środku dnia, wyrzucając z siebie czas i zamówienia na alkohol.
Zaczynam rozglądać się po mieszkaniu po raz pierwszy, odkąd przekroczyłem próg. Jest jednym pierdolonym bałaganem. Wygląda tak, jak dom bractwa w każdy sobotni i niedzielny poranek. Nasze mieszkanie nigdy tak nie wyglądało, przynajmniej nie kiedy Tessa była w pobliżu. Blaty nigdy nie były przykryte starymi pudełkami po pizzy, a stoły były wolne od butelek po piwie i fajek do marychy. Wycofuję się i, do cholery, wiem o tym.
Mówiąc o marihuanie, nie muszę nawet patrzeć na Jamesa i Marka żeby wiedzieć, co teraz robią. Słyszę bąbelkowy odgłos fajki wodnej, a zapach zioła wyodrębnia się, zapełniając pokój.
Jak masochista, którym jestem, wyciągam telefon z kieszeni i z powrotem włączam zasilanie. Zdjęcie, które ustawiłem jako tapetę jest moją nową ulubioną jej fotografią, przynajmniej w tej chwili, to zmienia się w każdym jebanym tygodniu, ale to zdjęcie jest pierdoloną perfekcją. Jej blond włosy są rozpuszczone, spływające wokół jej ramion, a światło lśni na niej, sprawiając, że aż błyszczy. Uśmiech bierze we władanie całą jej twarz, a jej oczy są zamknięte. Jej nos marszczy się w najbardziej uroczy, pieprzony sposób.
Śmiała się ze mnie, naprawdę mnie karcąc, za klepnięcie jej w tyłek przy Kimberly, a ja strzeliłem jej fotkę dokładnie w momencie, kiedy wybuchła śmiechem, gdy pochyliłem się i wyszeptałem jej do ucha inne, jeszcze sprośniejsze rzeczy, które mógłbym zrobić przy jej przyjaciółce.
- Daj mi trochę tego, na czymkolwiek jesteś! – James podpierdala mój telefon z mojej dłoni, ale szybko odbieram mu go, zanim może rzucić okiem na zdjęcie.
- Delikatny, delikatny – przedrzeźnia mnie James, kiedy zmieniam zabezpieczenia. Nie ma potrzeby, żeby podsycać tych dupków.
- Zaprosiłem Janine – oznajmia Mark, śmiejąc się razem z Jamesem.
- Nie wiem, dlaczego wy dwaj się śmiejecie. Ona jest twoją siostrą – wskazuję na Marka – a ty też ją pieprzyłeś – wskazuję na Jamesa. Siostra Marka jest znana z pieprzenia każdego jednego spośród przyjaciół swojego młodszego brata.
- Pieprz się, ziom! – James po raz kolejny zaciąga się fajką i podaje mi ją.
Tessa by mnie, kurwa, zabiła. Byłaby taka rozczarowana. Nie akceptuje mnie pijącego, nie mówmy nawet o paleniu zioła.
- Ciągnij albo podaj dalej – pogania Mark.
- Jeśli Janine przychodzi, będziesz tego potrzebował. Wciąż jest gorąca jak cholera – mówi mi James, zarabiając spojrzenie od Marka i śmiech z mojej strony.
Godziny mijają w ten sposób, na paleniu, drążeniu tematu, piciu, drążeniu, piciu, i nim się orientuję, miejsce jest wypełnione ludźmi, włączając w to Janine.

Tessa’s POV:

- Nic się nie stanie, jak pójdę sama. Jeśli znajdę go, a ty będziesz ze mną, będzie czuł się zapędzony w róg, a to pogorszy wszystko – tłumaczę Kimberly po raz drugi. Nalegała, żeby jechać ze mną odnaleźć Harry’ego, ale wiem, że muszę to zrobić sama.
Może nie wiele, ale wciąż mam trochę dumy, i wolałabym się z nim zmierzyć sam na sam i odbyć tę rozmowę w cztery oczy. Dokładnie wiem, co on zrobi. Powie mi, że jestem za dobra dla niego, a on nie daje mi żadnego dobra. Powie coś krzywdzącego, a ja będę próbowała przekonać go, że jest zupełnie na odwrót.
Wiem, że Kimberly musi myśleć, że jestem głupia, że za nim ganiam po jego zimnej odprawie, ale kocham go, a to właśnie robisz, kiedy kogoś kochasz – walczysz o niego, gonisz za nim, kiedy wiesz, że cię potrzebuje. Pomagasz mu wygrać walkę przeciwko samym sobie i nigdy się nie poddajesz jeśli chodzi o niego, nawet kiedy on sam się poddaje.
- Proszę, bądź ostrożna. Nie chcę musieć zabijać Harry’ego, ale w tym punkcie, nic nie jest wykluczone – posyła mi półuśmiech. – Poczekaj, jeszcze jedno – Kimberly unosi palec i spieszy do stolika kawowego umieszczonego w centrum pokoju. Przekopuje swoją torebkę i macha, żebym do niej podeszła.
Kimberly, będąc Kimberly, przejeżdża połyskującym, bezbarwnym błyszczykiem po moich wargach i podaje mi tubkę tuszu do rzęs. – Chcesz wyglądać najlepiej, jak się da, czyż nie? – uśmiecha się szeroko. Pomimo bólu w mojej klatce piersiowej, uśmiecham się na jej wysiłki i sprawiam, że wyglądam przyzwoicie.
Dziesięć minut później, moje policzki nie są już czerwone od płaczu. Opuchlizny pod oczami są mniej widoczne dzięki korektorowi i odrobinie cienia. Moje włosy są uczesane i jakby ułożone w grube fale. Kimberly poddała się po kilku minutach, oświadczając, że „fale prosto z plaży” są teraz na topie. Nie pamiętam, żeby przebierała mnie z mojego t-shirtu w koszulkę na ramiączka i sweter, ale zdołała przetransformować mnie z zombie w człowieka w godnym uwagi, krótkim czasie.
- Obiecaj mi, że zadzwonisz, jeśli będziesz mnie potrzebowała. Nie myśl, że nie przyjadę cię szukać – grozi Kimberly. Potakuję na potwierdzenie, wiedząc, że ona się nie zawaha tego zrobić. Przytula mnie jeszcze dwa razy, po czym daje mi klucze do wypożyczonego samochodu Christiana, który Harry zostawił na parkingu.
Kiedy wsiadam do samochodu, podłączam telefon do ładowarki i opuszczam okno aż do samego dołu. Samochód pachnie jak Harry, a puste kubeczki kawy z tego poranka wciąż tkwią w uchwytach, przypominając mi o sposobie, w jaki się kochaliśmy tylko kilka godzin temu. To było pożegnanie ze mną. Wiedziałam to już wtedy, tylko nie byłam gotowa tego zaakceptować. Nie chciałam przyznać porażki, która wychylała się na powierzchnię, czekając, aby mnie unieruchomić. Wydaje się niemożliwe, że już piąta po południu. Mam mniej niż dwie godziny, aby znaleźć Harry’ego i przekonać go, żeby wrócił ze mną do domu. Na pokład samolotu wchodzi się o ósmej trzydzieści, ale musimy dostać się na lotnisko około siódmej, aby przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, tylko dla pewności.
Czy będę sama leciała do domu? Mam chore uczucie, że tak się stanie.
Kogo ja oszukuję, serio, znam tylko jedno miejsce, w którym mogłabym go szukać, a jeśli go tam nie ma, nie mam pojęcia, co zrobię. Nie mogę jeździć bez celu po Londynie bez pieniędzy i bez miejsca, gdzie mogłabym zostać.
Zdesperowana i sfrustrowana, próbuję znowu do niego zadzwonić i prawie wybucham łzami szczęścia, kiedy odbiera telefon.
- Halooo, kto tam? – nieznajomy męski głos odzywa się po drugiej stronie linii. Odsuwam od ucha telefon, aby upewnić się, że wybrałam poprawny numer. Niewątpliwie, to imię Harry’ego widnieje na ekranie. – Halooo – ponownie przedłuża mężczyzna.
- Och, hej? Jest tam Harry? – pytam, mój brzuch wywraca koziołki. Mam złe przeczucie co do tego gościa i nie mam pojęcia, kim on jest.
Śmiech i wiele głosów rozbrzmiewa w tle. Niektóre z nich to głosy żeńskie. – Styles jest… dysponowany w tym momencie – mówi mi facet. Dysponowany?
- Mówi się niedysponowany, ty idioto – śmieje się kobieta w tle. O Boże.
- Gdzie on jest? – pytam. Mogę powiedzieć, że jestem teraz na głośnomówiącym.
- Jest zajęty. Kto mówi? Przyjeżdżasz na imprezkę? To dlatego zadzwoniłaś? – pyta inny chłopak.
Imprezka? O piątej po południu? Próbuję się skupić na tym bezużytecznym fakcie bardziej niż na niezliczonych kobiecych głosach i fakcie, że Harry jest 'zajęty'.
- Ta – wyrażają moje usta, nim mój mózg wyraża na to zgodę. – Potrzebuję jeszcze raz adresu – mój głos jest chwiejny i niepewny, ale oni zdają się tego nie zauważać.
Mężczyzna, który odebrał telefon podaje mi adres, a ja szybko wpisuję go do nawigacji w moim telefonie, która psuje się dwa razy i muszę go poprosić, żeby się powtórzył, a on czuje się zobowiązany, informując mnie, że jest tam więcej alkoholu niż widziałam w całym moim życiu.
Dwadzieścia minut później wjeżdżam na niewielki parking przed zniszczonym, ceglanym budynkiem. Okna są ogromne, a trzy z nich pokrywa coś, co wygląda jak biała taśma, lub może worki na śmieci. Podjazd jest zapełniony samochodami. BMW, którym tu przyjechałam, pasuje jak kwiatek do kożucha. Jedyny samochód, choć trochę przystający podobieństwem, to wypożyczone auto Harry’ego. Jest zaparkowane na przednim miejscu, co znaczy, że stoi tutaj dłużej niż większość pojazdów.
Kiedy docieram do drzwi budynku, biorę głęboki oddech, aby zebrać w sobie siły. Nieznajomy przez telefon powiedział, że to drugie drzwi na trzecim piętrze. Podejrzany budynek nie wydaje się dość duży, by składać się z trzech pięter, ale kiedy wspinam się po schodach na samą górę, przekonuję się, że nie mam racji. Brzmienie głośnych głosów i dobrze wyczuwalny zapach marihuany uderza mnie, nim dochodzę do drugiego piętra.
Dlaczego Harry miałby tu być? Dlaczego miałby przyjechać w to miejsce, aby radzić sobie z problemami? Moje serce galopuje, a brzuch jest związany w supły, kiedy przez mój umysł przemykają wszystkie rzeczy, jakie mogłyby się dziać za drzwiami.
Czy Harry sprawdził swój telefon i zobaczył, że dzwoniłam? Jeśli został ostrzeżony o moim przybyciu, to zmniejszy szansę, że robi coś głupiego, czego nie chcę widzieć, kiedy drzwi się otworzą.
Potrząsam głową, wybijając z niej wszystkie wątpliwości. Dlaczego jestem taka paranoiczna i zdenerwowana? Mówię o Harrym, o moim Harrym. Nawet wściekły i wycofany, poza okrutnymi słowami, nigdy nie zrobiłby nic, aby mnie celowo skrzywdzić. Przechodzi przez trudny okres ze wszystkimi swoimi rodzinnymi sprawami i po prostu potrzebuje mnie, żebym wtargnęła tu i zabrała do ze sobą do domu. Doprowadzam się do psychozy i nakręcam się po nic.
Drzwi otwierają się tuż przed tym, jak unoszę dłoń, aby w nie zapukać. Młody chłopak, ubrany w całości na czarno przechodzi obok mnie, bez zatrzymania czy zamknięcia za sobą drzwi. Kłęby dymu wytaczają się na korytarz i muszę zwalczyć ochotę, aby zakryć nos i usta. Przechodzę przez próg kaszląc i staję jak wryta na widok, jaki mam przed sobą.
Na początku byłam zszokowana półnagą dziewczyną siedząca na podłodze, ale teraz, gdy rozglądam się po pokoju, zauważam, że prawie każdy jest półnagi.
- Uwolnij się z koszulki – młody facet z brodą namawia tlenioną blondynkę. Ona przewraca oczami, ale szybko pozbywa się bluzki, zostając tylko w staniku i majtkach. Zajmuje mi kilka sekund, aby zdać sobie sprawę, że grają w jakiś rodzaj gry karcianej, która zawiera zdejmowanie ubrań. To spostrzeżenie jest o wiele lepsze niż pierwsza konkluzja, do jakiej doszedł mój umysł.
Odczuwam niejako ulgę, że Harry nie należy do grupy nagich karciarzy, a kiedy skanuję zatłoczony salon, nie zauważam go.
- Wchodzisz czy co? – pyta mnie ktoś. Rozglądam się dookoła, poszukując źródła głosu. – Zamknij drzwi za sobą i właź – mówi ponownie i jestem pewna, że to on odebrał telefon Harry’ego.
- Spotkaliśmy się kiedyś, Bambi? – ciekawi się.
Kręcę głową, wszystkie słowa spłynęły z mojego języka. Chłopak chichocze, a ja przestępuje niewygodnie z nogi na nogę, kiedy jego przekrwione oczy ogarniają moje ciało, zatrzymując się zbyt długo na klatce piersiowej, co nie może być widziane inaczej, niż jako wulgarne. Nie podoba mi się ksywka, jaką wybrał dla mnie, ale nie mogę znaleźć sposobu, aby powiedzieć mu moje prawdziwe imię.
- Mark – przedstawia się, sięgając po moją dłoń, ale ja oddalam się. Mark… Natychmiast rozpoznaję imię z listu Harry’ego. Jest dostatecznie przyjazny, ale wiem, jaki jest naprawdę. Wiem, co zrobił tym wszystkim dziewczynom.
- To jest moje mieszkanie. Kto cię zaprosił? – pyta. Jego akcent jest silny i zauważam, że jest atrakcyjny, w jakiś sposób przerażający, ale atrakcyjny. Jego brązowe włosy sterczą nad czołem, a zarost jest bujny, ale wypielęgnowany. 'Wygląd dupka-hipstera', jakby to ujął Harry, ale mnie wydaje się to odpowiednie określenie. Jego ręce są wolne od jakichkolwiek tatuaży, ale w pod jego dolną wargą znajdują się dwa kolczyki.
- Ja… aha… - walczę, aby ujarzmić swoje nerwy. On znowu się śmieje i chwyta mnie za rękę.
- Dobrze, Bambi, zrobimy ci drinka, który cię zrelaksuje. Doprowadzasz mnie do szału – uśmiecha się i prowadzi mnie do kuchni.
Zaczynam się zastanawiać czy Harry w ogóle tu jest. Może zostawił tutaj samochód i telefon, zanim poszedł gdzieś indziej, może jest w samochodzie. Dlaczego nie sprawdziłam samochodu? Przeszukuję tłum w kuchni i nareszcie mogę oddychać, kiedy go zauważam.
Gdyby ktoś miał mnie zapytać, jak się teraz czuję, nie jestem pewna, co bym odpowiedziała. Nie sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie. Czuję ból i ból serca, i panikę, i odrzucenie, ale w tym samym czasie czuję się obojętna. Czuję nic i wszystko na raz i to najgorsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
Harry pochyla się nad blatem z jonitem pomiędzy wargami i butelką alkoholu w dłoni. Jednakże, to nie to sprawiło, że moje serce się zatrzymało, co skradło mi dech, a była to kobieta, siedząca na blacie za nim, z gołymi nogami oplatającymi jego pas. On nie czyni żadnego ruchu, aby je stamtąd zabrać, nawet kiedy podchodzę do niego z gościem o imieniu Mark.
-  Styles! Daj mi pierdoloną wódkę, muszę zrobić tej tutaj, mojej nowej przyjaciółce Bambi drinka – wrzeszczy Mark. Przekrwione oczy Harry’ego odwracają się do Marka, a on przybiera paskudny uśmiech. Uśmiech, którego nigdy u niego nie widziałam. Obserwuję, jak przenosi wzrok z Marka na mnie, aby dowiedzieć się, kim jest 'Bambi'.
Jestem dość blisko, by ujrzeć jego rozszerzone źrenice, które wyskakują z orbit, a ten nieznajomy uśmiech zostaje natychmiastowo starty.
- Co… co ty… - wyrzuca z siebie słowa. Jego oczy schodzą w dół mojej ręki i jakoś dają radę jeszcze bardziej się rozszerzyć na widok dłoni Marka na mojej. Czysta wściekłość wypełnia jego oczy, a ja odsuwam swoją dłoń.
- Wy dwoje się znacie? – pyta Mark. Nie odpowiadam. Zamiast tego moje oczy zwężają się na kobiecie, której nogi wciąż są oplecione wokół talii Harry’ego. On wciąż nie poczynił żadnych działań, aby ją z siebie zdjąć. Ona ma na sobie tylko majtki i koszulkę. Gładką, czarną koszulkę.
Harry ma na sobie swój czarny sweter, ale nie widzę znajomego zarysu wyblakłej czarnej koszulki przy dekolcie za dużego swetra. Dziewczyna jest nieświadoma odbywającego się spotkania, skupiona wyłącznie na skręcie, który właśnie wyjęła z ust Harry’ego. Nawet się do mnie uśmiecha, nic nie wiedzącym, ewidentnie upośledzonym uśmiechem.
Zostałam uciszona. Zszokowana, że w ogóle znam tę osobę przede mną. Nie sądzę, że mogłabym przemówić, nawet gdybym chciała. Wiem, że Harry jest teraz w mrocznym miejscu, ale widzenie go takiego, na haju, pijanego i z inną kobietą to dla mnie za dużo. To cholernie za dużo i wszystko, o czym mogę myśleć, to odsunięcie się od niego tak daleko, jak się da.
- Uznam to za 'tak' – śmieje się Mark i wyciąga siłą butelkę z dłoni Harry’ego. Harry też jeszcze nic nie powiedział. Po prostu gapi się na mnie jakbym była duchem, już zapomnianym wspomnieniem, którego odwiedzin nigdy więcej nie oczekiwał.
Obracam się na pięcie i przepycham przez wszystkich, którzy stają na mojej drodze do wyjścia z piekła. Kiedy schodzę, a właściwie zbiegam, na dół klatki schodowej, opieram się o ścianę i ześlizguję po niej. Dzwoni mi w uszach, a ciężar ostatnich pięciu minut przygniata mnie, a ja szczerze nie wiem jakim cudem dam radę wyjść z tego budynku.
Nasłuchuję odgłosów butów obijających się o stalowe schody, a każda cicha minuta rani bardziej niż poprzednia. On nawet za mną nie zszedł, pozwolił mi się zobaczyć w tym stanie i nie trudził się, żeby pójść za mną z wyjaśnieniami.
Nie mam więcej łez, które mogę za niego wylać, nie dzisiaj, ale wygląda na to, że płakanie bez łez jest o wiele bardziej bolesne i niekontrolowane.
Po tym wszystkim, wszystkich kłótniach, wszystkich śmiechach, całym czasie spędzonym razem, to tak on chce to skończyć? To tak odrzuca mnie na bok? Ma tak mało szacunku dla mnie, że narkotyzuje się i pozwala innej kobiecie dotykać się i nosić swoje ubrania po robieniu Bóg wie co z nią? Nie mogę nawet pozwolić sobie przyswoić tej myśli, bo mnie sparaliżuje. Wiem, co zobaczyłam, ale widzieć, a zaakceptować to dwie różne rzeczy.
Jestem dobra w robieniu wymówek dla jego zachowania, to talent, w którym osiągnęłam mistrzostwo podczas długich miesięcy naszego związku i byłam lojalna wobec tych wymówek, że to one są winne wszystkiemu, ale teraz nie ma wymówki. Nawet ból, który czuje, płynący ze zdrady jego matki i Christiana nie daje mu przepustki, aby krzywdzić mnie w ten sposób. Nie zrobiłam mu nic, aby zagwarantować sobie to, co on robi w tej chwili. Moim jedynym błędem było próbowanie być przy nim i znosić jego źle skierowany gniew o wiele za długo.
Upokorzenie i ból przekształcają się w gniew im dłużej siedzę na tej pustej klatce schodowej. Jest to ciężki, wielki, rządzący, pieprzony gniew. Mam dość prawienia mu wymówek, mam dość pozwalania, żeby robił to gówno i zapominania o tym tylko z prostymi przeprosinami i obietnicą zmiany.
Nie. Cholera, nie.
Nie wychodzę bez walki. Nie zgadzam się odejść i pozwolić mu myśleć, że w porządku jest traktować ludzi w ten sposób. On oczywiście nie baczy na siebie, a teraz także na mnie a kiedy rozwścieczone myśli wypełniają moją głowę, nie mogę powstrzymać swoich stóp od wejściem z powrotem na te gówniane schody i do tego mieszkania z piekła rodem.
Nie zaprzątam sobie głowy pukaniem, energicznie otwieram drzwi i pokonuję drogę do kuchni. Mój gniew kumuluje się jeszcze bardziej, kiedy znajduję Harry’ego w dokładnie tym samym miejscu, z tą dziwką wciąż przylepioną do jego pleców.
- Nikt, stary. Ona jest tylko jakąś przypadkową… - mówi do Marka.
Ledwo mogę patrzeć prosto. Jestem taka wściekła. Przerywam mu i wyrywam butelkę wódki z jego dłoni i rzucam nią o ścianę. Roztrzaskuje się, a w pokoju zapada cisza. Czuję się oderwana od mojego ciała, jakbym oglądała rozwścieczoną, oburzającą wersję siebie, tracącą zmysły.
- Co do chuja, Bambi? – krzyczy Mark. Odwracam się w jego stronę.
- Mam na imię Tessa! – wrzeszczę. Oczy Harry’ego się zamykają i obserwuję go, czekając aż coś powie, cokolwiek.
- Nie musiałaś rozbijać wódki! – sarkastycznie zauważa Mark. Jest za bardzo naćpany, żeby przynajmniej się zmartwić bałaganem, jakiego narobiłam. Najwyraźniej jego jedyną troską jest rozlanie płynu.
- Nauczyłam się, jak roztrzaskuje się butelki o ściany od najlepszych – patrzę na Harry’ego.
- Nie powiedziałeś mi, że teraz masz dziewczynę – mówi kobieta klejąca się do Harry’ego. Patrzę to na Marka, to na nią. Istnieje oczywiste podobieństwo, a ja przeczytałam ten list za wiele pieprzonych razy, żeby nie widzieć, kim ona jest.
- Zostawcie to Stylesowi, żeby przyprowadzić szaloną amerykańską dupę do mojego mieszkania, rozrzucając butelki i gówno – mówi Mark, czysto rozbawiony.
- Przestań – Harry wchodzi pomiędzy nas, a ja posyłam mu moją najlepszą twarz pokerzysty. Moja klatka piersiowa unosi się i opada głębokimi, spanikowanymi oddechami, ale moja twarz jest maską, wypraną z jakichkolwiek emocji maską. Zupełnie jak jego.
- Kim jest ta laska? – pyta Mark Harry’ego, jak gdybym tu nie stała.
- Już ci powiedziałem – znieważa mnie po raz kolejny Harry, nie mając nawet jaj, żeby spojrzeć na mnie, degradując mnie przy pokoju pełnym ludzi. Widziałam już dość.
- Co, do cholery, jest z tobą nie tak? Myślisz, że możesz się tu szmacić i palić trawkę przez cały dzień, żeby zapomnieć o swoich problemach?! – krzyczę. Wiem, jak szalenie się zachowuję, ale przynajmniej raz, nie mogłabym się mniej martwić o to, co wszyscy o mnie myślą. Nie daję mu szansy na odpowiedź, gdyż kontynuuję:
- Jesteś taki samolubny! Myślisz, że odpychanie mnie i zamykanie się jest dla mnie dobre? Wiesz cholernie dobrze, jak to idzie do tej pory! Nie możesz beze mnie przetrwać, będziesz nędzny, ja tak samo. Nie czynisz mi nic dobrego, krzywdząc mnie, ale wygląda na to, że dla ciebie to niezła zabawa?
- Nawet nie wiesz o czym mówisz – oznajmia Harry głosem cichym i przerażającym.
- Nie wiem? – wyrzucam dłonie do góry – ona ma na sobie twoją pieprzoną koszulkę! – krzyczę, a dziewczyna zeskakuje z blatu, obciągając rąbek t-shirtu Harry’ego, aby zasłonić swoje uda. Jest o wiele mniejsza ode mnie, a koszulka wygląda na niej na gigantyczną. Ten obraz będzie wypalony w mej pamięci po ostatni dzień mojego życia, wiem to. Czuję, jak teraz się tam wdziera, pali. Moje całe ciało płonie, jest pochłonięte ogniem w szale i, w tym momencie, czystej, surowej, pieprzonej wściekłości, to wszystko… klika.
Teraz wszystko ma dla mnie sens. Moje wcześniejsze myśli wyrażające miłość i to, by nie poddawać się pod względem tego, kogo się kocha, nie mogłyby być odleglejsze prawdzie. Myliłam się przez ten cały czas. Kiedy kochasz kogoś, nie pozwalasz mu ulec zniszczeniu razem ze sobą, nie pozwalasz mu wlec cię przez błotniste bagno. Próbujesz mu pomóc, próbujesz go uratować, ale w momencie, kiedy twoja miłość jest jednostronna lub samolubna, jesteś głupcem, jeśli wciąż próbujesz. Gdybym go kochała, nie pozwoliłabym mu mnie zrujnować.
Próbowałam z Harrym. Dawałam mu szansę za szansą i tym razem myślałam, że wszystko będzie dobrze. Właściwie to myślałam, że to zadziała. Myślałam, że jeśli kocham go wystarczająco, jeśli tylko spróbuję mocniej, to może zadziałać i moglibyśmy być szczęśliwi.
- Dlaczego tu w ogóle jesteś? – pyta mnie, przerywając mój przełom.
- Co, myślałeś, że pozwolę ci oddalić się, będąc tchórzem? – za bólem, gniew zaczyna skwierczeć. Jestem przerażona jego odejściem, ale prawie witam z otwartymi ramionami rozwiązanie, które się na mnie wylewa. Przez ostatnie siedem miesięcy byłam osłabiana przez słowa Harry’ego i ten cykl odrzucenia, ale teraz widzę, po co się działo.
Nieuniknione.
To zawsze było nieuniknione a ja nie mogę uwierzyć, że zajęło mi cały ten czas, by to zobaczyć i zaakceptować.
- Dam ci jedną, ostatnią szansę, aby teraz ze mną wyjść i polecieć z powrotem do domu, ale jeśli przekroczę próg tego domu bez ciebie, to by było na tyle – mówię mu.
Zadowolone z siebie spojrzenie w jego zamglonych oczach wysyła mnie dalej za krawędź.
-  Tak myślałam – nawet już nie krzyczę. Nie ma po co, on nie słucha. Nigdy nie słuchał. - Wiesz, co możesz mieć z tego wszystkiego. Możesz przepić i przepalić całe swoje pieprzone życie – podchodzę bliżej, zatrzymując się tylko kilka stóp od niego – ale to jest jedyne, co będziesz kiedykolwiek miał, więc ciesz się z tego, póki trwa.
- Tak zrobię – odpowiada, przecinając mnie na pół. Po raz kolejny.
- Więc, jeżeli ona nie jest twoją dziewczyną… - zaczyna drążyć do Harry’ego Mark, przypominając mi, że nie jesteśmy sami w pokoju.
- Nie jestem niczyją dziewczyną – ucinam. Mój nastrój wydaje się rozkoszować go bardziej, jego uśmiech rośnie.
- Dobrze, więc już rozstrzygnięte – dłoń Marka przesuwa się na moje plecy, aby poprowadzić mnie z powrotem do salonu.
- Odwal się od niej! – ręce Harry’ego napierają na plecy Marka, nie dość mocno, aby zwalić go z nóg, ale z wystarczającą siłą, aby odepchnąć go ode mnie.
- Na zewnątrz, teraz – wyrzuca z siebie Harry, przechodząc obok mnie, przez salon i za drzwi wejściowe. Idę za nim na korytarz i trzaskam za sobą drzwiami.
- Co to, do chuja, było? – łapie się za włosy, jego temperament się zaostrza.
- Co to było?! Ja, wyzywająca cię za twoje całe gówno? Myślisz, że możesz po prostu wrzucić bilet lotniczy i klucze do walizki, a ja odejdę? – popycham go w pierś, sprawiając, że wpada na ścianę. Prawie przepraszam, prawie czuję się winna za popchnięcie go, ale kiedy spoglądam w górę, na jego rozszerzone oczy , jakikolwiek ślad poczucia winy rozmywa się. On śmierdzi ziołem i alkoholem, nie ma żadnej pozostałości po Harrym, którego kocham.
- Jestem tak kurewsko zagubiony w swojej własnej głowie i nie mogę myśleć poprawnie, co dopiero mówić o jebanym wyjaśnianiu ci po raz tysięczny, cholerny raz! – wrzeszczy, jebiąc pięścią w cienką ścianę z płyty, rozłamując ją. To scena, której doświadczyłam za wiele razy. Ten będzie ostatnim.
- Nawet nie próbowałeś! Ja nie zrobiłam nic źle!
- Czego więcej potrzebujesz, Tesso? Czy potrzebujesz, żebym dla ciebie to, kurwa, przeliterował? Wynoś się stąd, wracaj tam, skąd się wzięłaś! Nie masz tu interesu, nie pasujesz tu – nim dochodzi do ostatniego słowa, jego głos jest taki neutralny, a nawet miękki.
- Teraz jesteś szczęśliwy? Wygrywasz, Harry. Znowu wygrywasz. Zawsze to robisz, czyż nie? – nie mam w sobie już żadnej woli walki.
On obraca się, spoglądając mi prosto w oczy i mówi:
- Wiesz to lepiej niż ktokolwiek inny, nie sądzisz?

***

Nie wiem, jak zdołałam dostać się na Heathrow i wsiąść we właściwy samolot na czas, ale jestem tu, siedzę, obok pustego fotela, z pustym umysłem oraz pustym sercem. Nie mogłam się bardziej mylić co do Harry’ego i to naprawdę prowadzi do konkluzji, że ludzie mogą zmienić tylko siebie. Nie ma znaczenia, jak bardzo próbujesz. Oni muszą chcieć tego tak bardzo jak ty, inaczej nie ma nadziei.
Niemożliwym jest zmienić kogoś, kto ma umysł nastawiony na to, kim jest. Nie możesz wspierać go dostatecznie, aby rekompensować  jego niskie oczekiwania i nie możesz kochać go dostatecznie, aby rekompensować nienawiść, jaką do siebie czuje.
To przegrana bitwa i wreszcie, po całym tym czasie, jestem gotowa skapitulować.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •