środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 288.

Soundtrack do rozdziału:

• Sleeping at last - Noth
• The Maine - Raining in Paris
• The Maine - Visions
• Bootstraps - Haywire
• Adam Jensen - Lost Without You


Harry's POV:

Kiedy Ken zasypia na krześle obok telewizora, mogę praktycznie zobaczyć jak jego umysł śni o tym, że zobaczy jak odbieram swój dyplom podczas ukończenia. Będzie musiał wygłosić jakaś gównianą przemowę, która zanudzi wszystkich do snu, wraz ze mną, i będzie patrzeć jak brykam po scenie.
Tessa jest oparta o ramkę, która wisi na ścianie jadalni. Przyszedłem do salonu tylko po to, by posprzątać naczynia po obiedzie. Oczywiście to moja najmniej ulubiona czynność tego posiłku. Tessa patrzyła się na Liama i Stacey, ale właśnie odwróciła wzrok w moją stronę. Jest troszkę zaskoczona, że się w nią wpatruję, nie jestem pewien czemu. Kiedy się na nią nie patrzę?
Zmartwiony wyraz jej twarzy podnosi mnie na nogi w ciągu paru sekund, przemierzam salon, by stanąć naprzeciwko niej.
- Co się stało? - pytam ją.
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać - cicho odpowiada.
- Dobra, o czym? - opieram swoje ciało o nią, co zagania ją w kąt ściany. Wzdycha pod nosem, a ja przybliżam się jeszcze o parę centymetrów. Uwielbiam ten sposób, w jaki na mnie reaguje, nawet teraz. Tessa zaczyna kaszleć, potem jeszcze raz i tak w kółko. Podnosi rękę, by zakryć swoje usta, a ja wstaję, by przynieść jej szklankę wody. Karen jak zawsze krząta się po kuchni, sięgam po szklankę i wypełniam ją wodą.
- Co się dzieje? Twój umysł porusza się milę na godzinę. Przynajmniej z tego, co widać  - naciskam by mi powiedziała, na co ona przełyka haustem całą szklankę wody. Potrafię to zobaczyć, jakaś myśl, jakiś problem, wiruje w jej głowie, sprawiając, że jest zdenerwowana i ma ataki kaszlu.
- Czy możemy wyjść na zewnątrz, żeby porozmawiać? - pyta Tessa, kiedy prowadzi mnie przez kuchnię, a potem przez taras. Lekko łapię ją za rękę, splatając nasze palce i uśmiecham się, kiedy nie zabiera dłoni.
- Wyduś to - zachęcam ją. Stoi niezręcznie w pobliżu drzwi, kiedy ja siadam przy stole. Umieszczam swoje dłonie na jej, kiedy zaczyna się kręcić, poruszając rękoma w górę i dół jak jakiś maniak, ale potem w końcu umieszcza je na blacie.
- Zrelaksuj się - staram się ujarzmić jej nerwy, nawet jeśli poskutkuje to tylko przez chwilę. Jestem coraz bardziej zaniepokojony tymi sekundami ciszy, które wypełniają powietrze między nami. Nie lubię widywać jej takiej zdenerwowanej, to mnie przeraża.
- Ukrywam coś przed tobą i to doprowadza mnie do szaleństwa. Muszę powiedzieć ci teraz i wiem, że to nie jest odpowiedni czas, ale musisz wiedzieć, zanim znajdziesz inną drogę - pospiesznie wymawia te słowa.
- Co zrobiłaś? - staram się być spokojny, jak najbardziej to możliwe, ale moja głowa zaczyna już mieć bzika.
- Nic. Nic z tego, co zakładasz.
- Ty... nie byłaś... ty nie... z nikim, prawda? - wiem, że lepiej o to nie pytać, ale przez moją paranoję nie mogłem zatrzymać tych słów.
- Nie! - Tessa potrząsa przecząco głową. - Nie, nic z tych rzeczy. Właśnie podjęłam decyzję o czymś i trzymałam ją od ciebie z daleka. Nie wiąże mnie z nikim innym.
- W porządku. To nie może być tak złe, jak to. - pocieram szyję, by złagodzić budujące się tam napięcie. Nie może być nic gorszego, niż to, że mogłaby być z innym mężczyzną. Nic.
- Cóż... - zaczyna.
Sposób, w jaki ona wypowiada te słowa i waha się z rozpoczęciem, sprawia, że wcinam się jej w słowo.
- Czekaj, zanim powiesz mi, co to jest, możesz mi powiedzieć dlaczego. - to wydaje się lepszym wyjściem. Rozpoczęcie od powodu jej postępowania wydaje się mieć więcej sensu niż od razu zagłębianie się w to bagno.
Albo nauczyłem się paru trików komunikowania się, albo jestem kompletnym tchórzem, ale w każdym razie chcę wiedzieć, czemu to zrobiła, bez względu na to, co zrobiła.
- Dlaczego co? - pyta.
- Dlaczego dokonałaś jakiegokolwiek wyboru, naciskając na siebie - próbuję wyjaśnić.
- Dobrze - przytakuje.
Jej oczy skupiają się i zasiedlają na moich ustach. Z czystego odruchu, zaczynam żuć swoją dolną wargę, kiedy studiuje moją twarz. Patrzy krótko na moje oczy, przed wylądowaniem na jednej z moich brwi. Co ona robi? Czy myśli o moich kolczykach? W pewnym sensie, mam nadzieję, że tak, bo w taki razie, czemu patrzy na mnie w ten sposób?
- Zechciałabyś się podzielić? - dogryzam jej, pochylając się bliżej, by ją rozluźnić.
- Tak - uśmiecha. - Cóż, podjęłam decyzję, ponieważ potrzebujemy czasu osobno i wydaje mi się, że to jedyny sposób, żeby mieć pewność, że tak będzie.
- Czasu osobno, co?
Czas osobno? Znowu to gówno?
To nie powinno być takie trudne. I tak wyjeżdżam do Seattle. Problem rozwiązany.
- Tak, czasu osobno. Wszystko między nami to jeden wielki bałagan, potrzebujemy dystansu, tym razem naprawdę. Wiem, że mówimy tak cały czas, śpiewamy i tańczymy wokół wszystkiego i jeździmy tam i z powrotem z Seattle do Pullman, a teraz jeszcze Londyn, w zasadzie rozprzestrzeniliśmy nasz bałagan po całym świecie  - odwraca wzrok.
Bałagan naszego związku?
- Czy to naprawdę aż tak dużo bałaganu?
- Więcej walczymy, niż się dogadujemy.
- To nieprawda - powietrze jest teraz gęste, wydaje się, jakby mnie dusiło. - Technicznie i dosłownie to nie jest prawda, Tess. Możesz to odczuwać w ten sposób, ale jeśli chcesz wracać do wszystkich bzdur, które razem przeszliśmy, spędziliśmy dużo czasu, śmiejąc się, rozmawiając, dokuczając sobie, i oczywiście w łóżku.
- Rozwiązujemy wszystko seksem, a to  jest niezdrowe - oto wracamy do punktu wyjścia.
- Seks nie jest zdrowy? - pytam. Co ona ma, do cholery, na myśli mówiąc, że seks nie jest zdrowym sposobem do rozwiązywania naszych problemów? Jeśli świat rozwiązywałby problemy przez seks, byłby szczęśliwszy i ewentualnie przeludniony.
- Naszym kompromisem jest seks, seks pełen miłości i pełny zaufania, ale również podwójny i niesamowity, oszałamiający, kurwa, seks. Nie zapominaj, dlaczego to robimy. Nie pieprze cię tylko po to, by to robić, robię to, bo cię kocham i uwielbiam, że ufasz mi, kiedy pozwalasz mi się dotykać w taki sposób. - próbuję jej to wytłumaczyć. To jest absurdalne i kompletnie szalone, że ma problem z naszym stosunkiem płciowym.
- Czy kiedykolwiek spojrzałeś na znaki toksycznego związku?
Mój świat przestał się obracać.
Tak, za bardzo dramatyzuję, ale to jest prawda.
- Toksycznego? Doszłaś do wniosku, by mnie obrażać? Nigdy nie położyłem na tobie dłoni i nigdy tego nie zrobię - staram się ukryć ból w głowie na jej oskarżenia.
- Nie, to nie o to mi chodzi - cofa. - Miałam na myśli nas oboje, i w jaki sposób celowo ranimy siebie nawzajem. I nie oskarżam cię o bycie fizycznie obraźliwym.
- Okej, czyli jest to o wiele więcej, niż kilka głupich decyzji o przeprowadzce w całym stanie, czy coś - do czego ona zmierza i co najważniejsze, jak mam ją, do cholery, zatrzymać?
Zgadzam się, nie mieliśmy najprostszego związku. Popełniałem błąd za błędem i wiele rzeczy mogłem zrobić inaczej, ale nigdy nie mógłbym się nad nią znęcać. Jeśli widzi mnie oraz naszą relację w ten sposób, to naprawdę już nie ma dla nas nadziei.
- Chcę cię o coś zapytać i chcę twojej prawdziwej, szczerej odpowiedzi, nie myśląc o tym po prostu powiedz, co przychodzi ci na myśl, gdy pytam, dobrze? - pytam ją, a ona przytakuje.
- Jaka jest najgorsza rzecz, jaką ci zrobiłem? Jaka jest najbardziej obrzydliwa, straszna rzecz, jaką ci zrobiłem odkąd się znamy?- nie jestem pewien, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie, chociaż i tak jestem pewien jak będzie ona brzmiała.
- Zakład - potwierdza moje myśli. - Fakt, że mnie nabrałeś, kiedy zakochiwałam się w tobie...
Zatrzymuje się, rozmyślając o tym, jaki powinien zrobić następny krok. 
- Czy zmieniłabyś ten błąd? Zmieniłabyś mój błąd? - na patio włącza się światło, co dodaje bardziej dramatycznego efektu.
- Nie, nie zmieniłabym go - szepczę.
- Okej, więc co jest najgorszą rzeczą, jaką zrobiłem? - krzyżuję ramiona na swojej piersi.
- Gdy zniszczyłeś mój pomysł na mieszkanie w Seattle
- Naprawdę?
- Tak.
- Dlaczego to? Co takiego cię wtedy we mnie tak bardzo wkurzyło? - pytam ją. Dlaczego dla niej to taka wielka sprawa? I co do tego miała przemoc?
- Fakt, że całkowicie przejąłeś kontrolę nad decyzjami, które nie były twoje, a moje, i ukrywałeś swoje zamiary przede mną.
Dobrze, to zaczyna nabierać większego sensu.
- Nie będę próbował usprawiedliwiać tego gówna, bo wiem, że to było popieprzone - wzruszam ramionami.
- Dobra - zaczyna się irytować. - Wiem, gdzie z tym zmierzasz. Nie powinienem tego robić, powinienem porozmawiać z tobą, zamiast próbować wziąć cię do Seattle. Miałem popieprzone myśli w głowie, nadal mam, ale staram się i to coś innego niż wcześniej.
Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest wyjaśnienie jej, albo próby wyjaśnienia jej, że istnieje duża różnica między niezdrowym związkiem, a toksycznym związkiem/ Myślę, że wiele osób szybko osądza innych, bez wczucia się w ich sytuację.
Jestem popieprzony, wiem, że jestem cholernie popieprzony, jestem dupkiem i wielu ludzi może myśleć, że nie jestem warty Tessy i, że nie traktuję jej właściwie. Nie zaprzeczam temu, ale zrobiłem mnóstwo zjebanych rzeczy w swoim życiu i nauczyłem się, że próbując tak bardzo jak potrafię, umiem być lepszą osobą, więc jeśli ktoś chcę osądzić nasz związek, bez wcześniejszego przeżycia tego, niech się pieprzy.
- Masz ten pomysł w głowie, kochanie, pomysł, który ktoś tam zasadził, albo może widziałaś go w jakimś gównianym programie telewizyjnym, a może w jednej z książek, nie wiem. Ale prawdziwe życie jest cholernie ciężkie. Związki nie są idealne i nikt nigdy nie będzie traktować kobiet dokładnie tak jak powinien. Nie mówię, że to w porządku, okej? - mówię jej. Próbuje mi przerwać, ale powstrzymuje ją.
- Więc, wysłuchaj mnie, ja tylko mówię, że myślałem, że jeśli ty albo kilka innych osób na tym popieprzonym, krytykującym świecie po prostu zwróci większą uwagę na to gówno za kulisami, zobaczysz to inaczej. Nie jesteśmy idealni, Tessa, nie jestem, kurwa, doskonały i kocham cię, ale tobie też daleko do doskonałości - mam nadzieję, że to łapie. Mam nadzieję, że rozumie, iż nic nie jest perfekcyjne i przykro mi za to, jaki jestem.
- Zrobiłem dużo gówna tobie i, kurwa, mówiłem takie przemówienia tysiące cholernych razy, ale coś się we mnie zmieniło, wiesz, że to prawda.
- Obawiam się, że jesteśmy za daleko, oboje zrobiliśmy za dużo błędów.
- Stratą byłoby zrezygnować, zamiast ustalić błędy i dobrze to, kurwa, wiesz.
- Stratą czego? Czasu?  Teraz nie mamy dużo czasu do stracenia.
Co ma na myśli mówiąc, że nie mamy dużo czasu do stracenia? Kocham ją, ale ona naprawdę musi pamiętać, że ma dopiero dziewiętnaście lat. Mamy mnóstwo pieprzonego czasu.
- Mamy cały czas na świecie, jesteśmy młodzi. Mam zamiar skończyć studia i zamieszkać z tobą w Seattle. Wiem, że jesteś chora na moje gówna, ale samolubnie liczę na twoją miłość do mnie, żebyś przekonała się, że powinienem dostać ostatnią szansę.
- A co ze wszystkimi rzeczami, które zrobiłam ja? Co ze sprawami z Zaynem i wszystkimi wyzwiskami? 
Kurwa.
- Po pierwsze - Zayn nie ma tutaj miejsca w tej rozmowie, zrobiłaś głupią bzdurę. Żadne z nas nie miało cholernego pojęcia, jak to jest być w związku. Być może myślałaś, że masz, ponieważ długo byłaś z Noah, ale bądźmy szczerzy - byliście na zasadzie całujących się kuzynów, to gówno nie było prawdziwym związkiem.
- A co z wyzwiskami? - nie mogę nic na to poradzić, ale uśmiecham się na sposób, w jaki ona się we mnie wpatruje.
- Wszyscy nadają sobie nazwy, przykro mi, nawet twoja mama, żona pastora, nazywała męża dupkiem. Może nie powiedziała mu tego w twarz, ale to takie samo gówno i wolałbym jakbyś nazywała mnie dupkiem twarzą w twarz
- Masz wytłumaczenie na wszystko, prawda?
- Nie na wszystko. Nie na wiele, naprawdę, ale wiem, że siedzisz naprzeciwko mnie i szukasz wyjścia z tego i mam zamiar zrobić co w mojej cholernej mocy, żeby upewnić się, że wiesz co mówisz.
- Od kiedy komunikujemy się w ten sposób? - zastanawia się. Mnie też zastanawia ta sama rzecz.
- Od teraz - ponownie wzruszam ramionami, nie mogę przestać wzruszać ramionami co minutę. - Nie wiem, ale inne gówna nie wydają się skutkować, więc dlaczego by nie spróbować w ten sposób?
- Dlaczego to brzmiało tak łatwo. Jeśli to takie łatwe, dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej?
- Nie, przedtem nie byłem taki sam i nie było ciebie - wpatruję się w nią.
- To nie może być takie proste. Potrzebuję czasu dla siebie, Harry. Potrzebuję czasu, żeby dowiedzieć się kim jestem i co chcę robić w życiu oraz, jak mam zamiar się tam dostać i muszę to zrobić sama.
Bzdura. Karmi mnie bzdurami, bo wie, że tak powinna zrobić.
- Podjęłaś już decyzję? Nie chcesz mieszkać ze mną w Seattle? Już znalazłaś swoje miejsce, czy coś? To dlatego jesteś taka zamknięta i rzeczywiście nie chcesz słuchać tego, co mówię?
Jeśli już zdobyła własny apartament, to okej. Mam w dupie, gdzie będziemy mieszkać w Seattle, tak długo, aż ona pozwoli mi być blisko siebie.
- Słucham, ale ja już zdecydowałam... Nie mogę jeździć tam i z powrotem. Nie tylko z tobą, ale z samą sobą.
- Gdzie teraz jest twoje miejsce? Która dzielnica w Seattle? - opieram się i kładę nogi na stole.
- To nie jest w Seattle.
- W takim razie gdzie to? Jakie przedmieście?
- To Nowy Jork, Harry. Chcę jech...
- Nowy Jork? - że co? Nie ma kurwa mowy. Musiałem ją źle usłyszeć. Na pewno.
- Mówisz o prawdziwym Nowym Jorku czy jest to małe hipsterskie sąsiedztwo w Seattle, którego jeszcze nie spotkałem?
- Prawdziwy Nowy Jork - wyjaśnia.
Przemierzam dookoła cały taras jak idiota, podczas, gdy ona spokojnie siedzi, jakby nie zniszczyła mojego całego świata.
- Wyjeżdżam za tydzień - dodaje. Czuję, jakbym zaraz mógł zwymiotować całą pieczeń tu, na tarasie.
- Kiedy o tym zdecydowałaś? - pytam, kiedy wreszcie odnajduję swój głos.
- Po powrocie z Londynu i śmierci ojca.
- Więc przez to, że byłem dupkiem dla ciebie, chcesz spakować swoje gówna i lecieć do Nowego Jorku? Ty nigdy nawet nie opuściłaś stanu Waszyngton, także co sprawia, że myślisz, że mogłabyś mieszkać w Nowym Jorku?
To właśnie zrobiłem. Miałem zwyczaj pchania jej i pchania coraz głębiej. Tym razem stało się tak, że wyjeżdża na drugi koniec kraju.
- Mogłabym żyć wszędzie, gdzie chcę. Nie próbuj mnie nie doceniać - prycha na mnie.
- Nie doceniać ciebie? Tessa, we wszystkim jesteś tysiąc razy lepsza niż ja, nie nie doceniam cię. Mam tylko pytanie, co sprawia, że myślisz, że możesz żyć w Nowym Jorku? Chcesz zacząć wszystko na nowo?
- Z Liamem - mówi.
- Liamem? Ty i Liam wyprowadzacie się do Nowego Jorku? - duszę się, wypowiadając te słowa.
- Tak, on już tam będzie, a ja...
- Czyj to jest pomysł? Twój, czy jego? - nie wiem jak mam się czuć, nie wiem jak nazwać ten ogień i ból wewnątrz mnie, ale nienawidzę go i marzę, by zastąpić go gniewem. Poczuję narastający gniew, kiedy tylko opuści mnie ten ból.
- Mam zamiar wziąć semestr, kiedy się tam dostanę
- To był jego pomysł, prawda? Wiedział o tym cały czas, a trzymał mnie w przekonaniu, że jesteśmy... nie wiem? Znajomymi... nawet braćmi, a działa za moimi plecami. - mocno zacisnąłem ręce po obu stronach i próbuje wymusić pojawienie się gniewu.
Liam z tych wszystkich ludzi?
Powinienem był to przewidzieć, to gówno dzieje się za każdym razem.
- Harry, to nie tak.
- Jak, do diabła, to nie tak, jesteście czymś cholernie innym - krzyczę, wymachując moimi rękoma. - Ty siedziałaś tutaj i pozwalałaś mi robić z siebie głupca, oferującego ci małżeństwo, przyjęcia i wszelkiego rodzaju inne gówna, i wiedziałaś, kurwa, wiedziałaś, że wyjeżdżasz, tak? - szarpie się za włosy i nareszcie moja złość narasta. Liam oszukiwał mnie przez cały czas, udając, że nie ma mnie w dupie.
-  Nie idź tam, proszę. Zostań tutaj ze mną, możemy dokończyć rozmowę na ten temat. Mamy o wiele więcej tematów do rozmów.- Tessa próbuje mnie powstrzymać przed pójściem do środka w momencie, kiedy załapuje moje intencje.
- Przestań! Tylko, kurwa, przestań! - wyrywam się z jej uścisku. W innych okolicznościach, wyczekiwałbym jej dotyku, teraz skupiam się tylko na jej zdradzie. Wszyscy wokół mnie kłamali i jestem tym wykończony.
- Liam! - wykrzykuję jego imię, kiedy wchodzę do jadalni. Tessa jest za mną, próbując mnie uspokoić.
- Co? - odpowiada. Siedzi przy stole z tą cholerną sąsiadką i mam nadzieję, że jest wystarczająco mądra, by sobie pójść.
Patrzę na niego przez sekundę, próbując sobie przypomnieć, jak bardzo jest pojebany. 
- Co się dzieje? - patrzy na przemian na mnie i na Tessę.
- Nie patrz na nią, spójrz na mnie - prycham. Stacey podskakuje na swoim siedzeniu, ale nie mam czasu, by się tym przejmować.
- Harry, on nie zrobił niczego złego. Jest moim najlepszym przyjacielem i tylko stara się mi pomóc - Tessa mówi za moimi plecami.
- Trzymaj się z daleka od tego, Tessa
- O czym ty mówisz? O Nowym Jorku, prawda? - pyta Liam. No co ty nie powiesz?
- Kurwa, tak, o Nowym Jorku! - krzyczę na niego. Sarah daje mi przeszywające spojrzenie i przez chwilę mam wrażenie, że może wyskoczyć ze swojego siedzenia i mi dogadać. W pewnym sensie marzę, by to zrobiła.
- Myślałem tylko o jej szczęściu, kiedy zaproponowałem, żeby jechała ze mną! Zerwałeś z nią, a ona została sama i załamana, całkowicie załamana. Nowy Jork będzie dla niej najlepszy  - Liam spokojnie odpowiada.
- Wiesz jak popieprzony jesteś? Udawałeś mojego przyjaciela, aby wyjechać i wyciągnąć to gówno? - nie mogę przestać okrążać tego cholernego pokoju.
- Nie udawałem! Ty znowu zawiodłeś, a ja próbowałem jej pomóc! - krzyczy Liam, rozszarpując resztki mojej cierpliwości. Chwytam za kołnierz jego koszulki i wyciągam go z krzesła.
- Pomóc jej, zabierając ją ode mnie! - wykrzykuję mu te słowa w twarz i przypieram jego plecy do ściany.
- Byłeś zbyt naćpany, żeby się przejmować! - jego głos jest głośniejszy, niż kiedykolwiek słyszałem.
Byłem zbyt naćpany?
Staram się zignorować fakt, że to pieprzona prawda.
- Wiedziałeś, kurwa, co robisz! Zaufałem ci, a jesteś tylko kawałkiem gówna! - to nie ma znaczenia, czemu to zrobił, i tak to przede mną zatajał.
- Dajesz! Uderz mnie! - moja pięść podnosi się na wysokość jego twarzy, kiedy kontynuuje wykrzykiwanie słów.
- Uderz mnie, Harry! Jesteś taki twardy i brutalny, dalej, kurwa, uderz mnie! - Liam nie może po prostu przestać.
- Uderzę! Ude... - moja pięść obniża się bez mojej zgody, a ja próbuje ją ponownie unieść. To nie jest zwyczajna reakcja. Nie czuję tego przypływy adrenaliny, tej krwi bulgoczącej w moich żyłach, nie jestem podekscytowany na myśl o tej walce.
- Nie zrobisz tego - twarz Liama jest czerwona i chcę go uderzyć za to, że tak stawia mi wyzwanie. Chcę, żeby było mu przykro za to, że zranił mnie w ten sposób. Chcę sprawić, by żałował za to, że mnie oszukał myśląc, że nadal ma we mnie zaufanie.
- Tak, kurwa, uderzę! Kurwa, rozbiję ten głupi opatrunek gip... - mój głos się urywa. Nie mogę przestać wpatrywać się w Tessę. Stoi na środku pokoju z zaczerwienioną twarzą, rozszerzonymi oczyma i przejmuje się o swojego przyjaciela.
Nie mogę tego zrobić. Nie mogę go uderzyć. Znowu się do niego odwracam i krzyczę mu w twarz. - Pieprz się! - mówię jeszcze raz i finalnie opuszczam swoją dłoń, po czym zostawiam go, nadal stojącego przy ścianie.
Omijam Karen i mojego ojca w drodze na zewnątrz. Nie zdałem sobie nawet sprawy, że byli w tym pokoju. Dlaczego nie próbowali mnie zatrzymać?
Czy oni jakoś wiedzieli, że nie uderzyłbym go?
Nie jestem do końca pewien, jak się powinienem z tym czuć.
Wiosenne powietrze nie jest ani ostre, ani orzeźwiające, nie czuć woni kwiatów ani niczego, co mogłoby mnie uspokoić. Wracając tam, widzę tylko czerwony ze złości kolor w zakamarkach mojej wizji i nie chcę tego. Nie chcę się poślizgnąć i stracić wszystko, nad czym tak ciężko pracowałem.
Nie chcę stracić tej nowej i prostszej wersji samego siebie. Gdybym go uderzył, wychlusnął mu wszystkie jego zęby, mógłbym wszystko stracić. Mógłbym stracić wszystko, łącznie z Tessą.
Chociaż tak naprawdę, nigdy jej nie miałem. Nie miałem jej już odkąd wysłałem jej tą walizkę w Londynie. Planowała tą małą ucieczkę przez ten cały czas. Liam także.
Oboje spiskowali za moimi plecami, planując zostawić mnie w stanie Waszyngton, podczas gdy oni razem podróżowaliby przez cały kraj. Siedziała tutaj w ciszy, podczas gdy ja robiłem z siebie pieprzonego idiotę.
Harry, pieprzony, głupi Harry, chłopak o którego nikt się nie przejmuje i zawsze dowiaduje się o wszystkim jako ostatni. Oto ja, zawsze taki byłem i zawsze będę.
Tessa jest jedyną osobą w moim życiu, która poświęciła swój czas, by się mną przejmować i sprawiła, że czuję się warty czyjegoś czasu.
Moje buty przemierzają trawnik i idą w kierunku linii drzew na końcu posesji. Nie mam pojęcia, gdzie pójść oraz co zrobić, jeśli tam wrócę, ale teraz muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, zanim kompletnie wybuchnę.
Pieprzony Liam musiał mnie prowokować, przez co chciałem go uderzyć. Dlaczego w ogóle mi mówił, że mam go uderzyć? Jest idiotą, to dlatego.
Jest też skurwysynem.
Draniem.
Dupkiem.
Pieprzonym, idiotycznym skurwysynem.
- Harry? - głos Tessy wydobywa się z ciszy, a ja próbuję podjąć szybką decyzję, czy się schować, czy nie. Jestem za bardzo wkurwiony, by radzić sobie z jej karceniem mnie za podniesienie Liama.
- On rozpoczął całe to bagno - mówię, wychodząc na otwartą przestrzeń pomiędzy dwoma dużymi drzewami. Miałem wystarczająco dużo miejsca do schowania się. Nawet tego nie umiem zrobić poprawnie.
- Wszystko w porządku? - pyta Tessa, jej głos jest czysty i nerwowy.
- A jak myślisz? - prycham, patrząc za nią na rozciągającą się ciemność.
- Ja...
- Zachowaj to dla siebie proszę. Wiem, że masz zamiar powiedzieć, że masz racje, a ja jestem w błędzie i nie powinienem przywierać Liama do ściany.
Podchodzi do mnie, a ja nie mogę nic na to poradzić, ale dostrzegam sposób w jaki ja podchodzę do niej w tym samym czasie. Wkurzony czy nie, zawsze do niej lgnę, zawsze tak było i zawsze będzie.
- Tak naprawdę to przyszłam przeprosić. Wiem, że to było złe zatajać przed tobą prawdę i tym razem to przeze mnie. Biorę całą odpowiedzialność za swój błąd i nie winię ciebie - delikatnie mówi.
Że co?
- Od kiedy? - jestem wkurzony.
Znowu sobie przypomniałem, że jestem wkurzony. Trudno jest pamiętać, że jestem wkurzony, kiedy chcę ją przytulić i przypomnieć, że nie jestem tak popieprzony, jak myśli.
- Możemy znowu porozmawiać? No wiesz, tak samo jak wcześniej na patio? - pyta, jej oczy są szeroko otwartą i z iskrą nadziei, nawet w tej ciemności i po moim wybuchu.
Chce jej powiedzieć 'nie' oraz, że miała szansę rozmowy przez każdy dzień, odkąd zdecydowała się przeprowadzić na drugi koniec, by 'wnieść przestrzeń między nami'. Zamiast tego, prycham i przytakuję w zgodzie. Nie dam jej satysfakcji odpowiedzi, ale przytakuje ponownie i opieram się o pień drzewa.
Przez jej wyraz twarzy mogę powiedzieć, że nie spodziewała się, iż zgodzę się tak łatwo. Jakaś dziecięca część wewnątrz mnie, uśmiecha się na fakt, że zbiłem ją z tropu, tak samo jak ona, kiedy wyjawiła mi news o Nowym Jorku.
Klęka i siada ze skrzyżowanymi nogami na trawie. Kładzie ręce na swoje gołe stopy. - Jestem z ciebie dumna - mówi, spoglądając na mnie. Ilość światła na patio jest wystarczająca, bym mógł zobaczyć mały uśmiech i uznanie w jej oczach.
- Za co? - zrywam korę z drzew, czekając na odpowiedź.
- Za odpuszczenie, które dzisiaj zaprezentowałeś. Wiem, że Liam ciebie prowokował, ale ty po prostu odszedłeś , Harry. To jest dla ciebie wielki krok, mam nadzieję, że wiesz ile to dla niego znaczy, że go nie uderzyłeś.
Jakbym go, kurwa, interesował. Knuł za moimi plecami przez ostatnie trzy tygodnie.
- To nieprawda.
- Tak, prawda, to znaczy dla niego bardzo dużo - powtarza.
Zerwałem spory kawałek kory i rzuciłem go przed siebie, w pobliżu moich nóg. - A co to znaczy dla ciebie? - pytam, ze wzrokiem skupionym na drzewie.
- Bardzo dużo - przejeżdża ręką po trawie. - To znaczy dla mnie bardzo dużo.
- Wystarczająco, by odciągnąć ciebie od przeprowadzki? Albo to dużo dla ciebie znaczy, jesteś bardzo ze mnie dumna, jestem dobrym chłopcem, ale i tak odchodzisz? - nie mogę ukryć żałosnego skowytu w moim głosie.
- Harry - potrząsa głową i jestem pewny, że rozmyśla nad wymyśleniem odpowiedniego pretekstu.
- Liam ze wszystkich ludzi wie najbardziej ile dla mnie znaczysz, wie, że jesteś moją ostatnią deską ratunku, ale on się tym nie przejmuje i ma zamiar ciebie zabrać na drugi koniec kraju, zawiązując na mnie sznur i to boli, dobrze?
Wzdycha, zagryzając dolną wargę.
- Kiedy mówisz takie rzeczy, to czuję się jakbym zapominała, czemu walczę przeciw tobie.
- Co? - odgarniam włosy i siadam na ziemi, opierając się o drzewo.
- Kiedy mówisz rzeczy typu, że jestem twoją ostatnią deską ratunku i kiedy przyznajesz, że coś cię rani, to przypomina mi, dlaczego kocham ciebie tak mocno - parzę na nią i dostrzegam sposób, w jaki wypowiada te słowa pewnie, pomimo jej wcześniejszej gadaniny o niepewności naszego związku.
- Doskonale wiesz, że jestem kupą gówna bez ciebie - mówię. Może powinienem powiedzieć 'jestem niczym bez ciebie, kochaj mnie', ale już wypaliłem własną wersję.
- Jednak jesteś - uśmiecha się niepewnie. - Jesteś dobrą osobą, nawet ze swoimi wadami. Mam naprawdę zły zwyczaj wypominania ci twoich błędów i wykańczania cię nimi, chociaż w rzeczywistości, jestem tak samo zła w tym związku jak ty. Miałam równy udział w zagładzie tego.
- Zagładzie? - słyszałem to wyrażenie zbyt dużą ilość razy.
- Miałam na myśli zrujnowaniu nas. Moja wina jest w tym taka sama jak twoja.
- Dlaczego to jest zrujnowane? Nie możemy naprawić swoich błędów?
Bierze kolejny oddech i odchyla lekko głowę, by spojrzeć w gwiazdy. - Nie wiem? - mówi, brzmiąc tak samo zaskoczona, jak i ja.
- Nie wiesz? - powtarzam z uśmiechem na ustach. Kurwa, jesteśmy szaleni.
- Nie wiem - mówi ponownie. - Mój umysł był już pewny, ale teraz jestem zdezorientowana, ponieważ jesteś naprawdę szczery i próbujesz, a ja to widzę.
- Naprawdę? - staram się nie wykazywać dużego zainteresowania, ale kurwa, głos mi się łamię i brzmię jak jakaś mała myszka.
- Tak, Harry, widzę. Nie jestem pewna, co mam z tym zrobić.
- Nowy Jork nam nie pomoże. Nie będzie on dla ciebie nowym startem, bez względu na to jak na to patrzysz. Oboje wiemy, że używasz tego miasta, by wybrnąć łatwo z naszych problemów - wymachuję ręka w kierunku przestrzeni pomiędzy nami.
- Wiem - bierze garść trawy w swoje ręce, a ja lubię to, że znam na tyle długo, iż wiem, że zrobi to za każdym razem, kiedy usiądzie na trawę.
- Na jak długo? - pytam.
- Nie wiem, naprawdę chcę pojechać do Nowego Jorku. Od kiedy pamiętam, Waszyngton dobrze na mnie nie działał - marszczy brwi i patrzę jak odchodzi i zatraca się w własnym umyśle.
- Byłaś tu przez całe życie - przypominam jej.
Mruga, bierze głęboki oddech i rzuca źdźbła trawy, które przed chwilą zebrała. - Dokładnie.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział 287.

Soundtrack do rozdziału:

• Matt Nathanson - Come on Get Higher
• The Fray - Never Say Never
• Imagine Dragons - Demons
• One Direction - Something Great


Tessa's POV:


Za każdym razem, kiedy Sophia wspomina o Nowym Jorku podczas kolacji zaczynam panikować. Jestem tą, która to zapoczątkowała, ale staram się tylko podjąć decyzję, biorąc pod uwagę Liama. Wiedziałam, że był zakłopotany, więc powiedziałam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi na myśl, i był to jedyny temat, o którym nie powinnam wspominać przy Harrym. Muszę mu dzisiaj powiedzieć. Jestem niedorzecznym, niedojrzałym tchórzem, trzymając to od niego z daleka. Nigdy nie wiem, czego mogę się po nim spodziewać, może pójść w każdy kierunek.
Opieram się o framugę w jadalni, stojąc na korytarzu. Karen wyciera wierzch kuchenki mokrą szmatką, a Ken przeniósł się na fotel w salonie i teraz śpi. Liam i Sophia siędzą w ciszy przy stole w jadalni. Liam ukradkiem patrzy na kobietę, a kiedy ona spogląda na niego i przyłapuje jego oczy, pokazuje mu swój piękny uśmiech. Nie jestem pewna, co mam o tym myśleć, o nim w tak świeżej relacji po długotrwałym związku, lecz znowu - kim jestem, aby mieć jakąkolwiek opinię na temat związków innych? Wyraźnie nie mam pojęcia, jak kierować swoim związkiem. Stojąc tutaj w przejściu, które łączy pokój dzienny, jadalnię i kuchnię, mam najdoskonalszy widok na ludzi, którzy znaczą dla mnie najwięcej, w tym najważniejszego, Harry'ego, który siedzi na kanapie w salonie i wpatruje się tępo w ścianę. Uśmiecham się na myśl o nim idącym podczas jego ukończenia studiów w czerwcu. Nie wyobrażam sobie go w czapce i szacie, ale z pewnością jest to coś, czego nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, i wiem, że zgoda Harry'ego znaczyła dużo dla Kena. Mężczyzna wielokrotnie dał do zrozumienia, że nigdy nie oczekiwał od Harry'ego, że ukończy studia, a teraz kiedy prawda z przeszłości wyszła na jaw, jestem pewna, że nigdy nie spodziewał się, że zmieni zdanie i przyjdzie na typowy rytuał zakończenia. Harry Styles wcale nie jest typowy.Zobaczysz go z Nowego Jorku?
Powinnam była wiedzieć, że podświadomość nie będzie ciągle siedzieć w ciszy. Miałam nadzieję, że zjadła za dużo kolacji i wyjdzie przynajmniej na noc. Oczywiście, chciałabym wrócić na zakończenie Harry'ego. Czy zmieni zdanie i odmówi przyjścia, po tym jak mu powiem? Jest dość duże prawdopodobieństwo, że tak zrobi, to jest prawie gwarantowane, naprawdę. Przyciskam palce do czoła w nadziei, że mój mózg zacznie prawidłowo funkcjonować. Jak mam go teraz przygotować do tego?
Co, jeśli zaoferuje, że pojedzie ze mną do Nowego Jorku? Mógłby to zrobić? Jeśli to zaoferuje, czy powinnam się zgodzić? Czuję wzrok na sobie, z salonu, w którym siedzi. Rzeczywiście, kiedy na niego patrzę, on obserwuje mnie ciekawskimi zielonymi oczami, a usta zaciska w miękką linię. Daję mu mój najlepszy 'Wszystko w porządku, po prostu myślę' uśmiech i patrzę, jak jego wargi skręcają się, a brwi zostają złączone. Wstaje i idzie ku mnie, przechodzi przez pokój wielkimi krokami i w ciągu kilku sekund pochyla się nade mną z jedną dłonią dociśnięta do ściany dla wsparcia, podczas kiedy jego ciało unosi się nad moim.
- Co się stało? - pyta. Liam podnosi głowę od Sophii na dźwięk głośnego głosu Harry'ego.
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać - po cichu przyznaję. Nie wygląda na zainteresowanego, tak, jak powinien być.
- Dobra, o czym? - pochyla się bliżej, zbyt blisko, staram się odsunąć, ale przypominam sobie, że przyciska mnie do ściany. Harry podnosi drugą rękę, aby całkowicie zablokować mnie, a kiedy moje oczy spotykają jego twarz, widnieje na niej jego oczywisty uśmiech.
- Więc? - chce wyciągnąć ze mnie słowa, kiedy patrzę na niego w milczeniu.Moje usta są teraz suche, w najbardziej niezręcznym momencie, a kiedy otwieram usta, żeby coś powiedzieć, zaczynam kaszleć. To zawsze dzieje się w ten sam sposób, w cichym teatrze, kościele lub gdy zaczynam rozmawiać z kimś ważnym. Zwykle mam kaszel w sytuacjach, kiedy kaszel nie pasuje. Na przykład tak, jak teraz. Mam wewnętrzną rozmowę o kaszlu, podczas kaszlenia i podczas, kiedy Harry gapi się na mnie, gdy umieram przed nim. Odsuwa się i idzie do kuchni z celem. Porusza się wokół Karen i wraca do mnie ze szklanką wody, przez co czuję się tak jak po raz trzydziesty w ciągu dwóch tygodni. Biorę ją i czuję ulgę, kiedy chłodna woda uspokaja moje swędzące gardło. Zdaje się, że nawet moje ciało próbuje wycofać się z powiedzenia Harry'emu tej złej wiadomości i chcę poklepać siebie po plecach i kopnąć swoją brodę w tym samym czasie. Gdybym to zrobiła, zakładam, że Harry byłby trochę smutny z powodu mojego szalonego zachowania i ewentualnie zmieniłby temat.
- Co się dzieje? Twój umysł porusza się milę na godzinę - patrzy na mnie z góry, trzymając w ręku pustą szklankę. - Przynajmniej z tego, co widać - dodaje, kiedy zaczynam potrząsać głową.
- Czy możemy wyjść na zewnątrz, żeby porozmawiać? - odwracam się w stronę drzwi ogrodowych, próbując wyjaśnić, że nie powinniśmy rozmawiać przed publicznością. Cholera, prawdopodobnie powinniśmy pojechać do Seattle, aby omówić ten bałagan. Albo dalej. Im dalej, tym lepiej.
- Na zewnątrz? Dlaczego?
- Chcę z tobą o czymś porozmawiać - powtarzam. - Na osobności.
- Dobrze, oczywiście.
Robię krok przed nim, aby zachować równowagę. Gdy wyznaczam drogę na zewnątrz, może będę miała większe szanse, aby poprowadzić rozmowę. Jeśli poprowadzę rozmowę, może będę miała szansę, żeby nie pozwolić Hary'emu rozwalić całej sprawy. Tak jakby.
Nie odciągam ręki Harry'ego, kiedy czuję jego palce na moich. Jest tak cicho, słychać tylko cichy dźwięk serialu kryminalnego, podczas którego Ken zasnął, i niskie dudnienie zmywarki w kuchni. Kiedy wchodzimy na parkiet, dźwięki te znikają i jestem sama z dźwiękiem moich chaotycznych myśli i niskim buczeniem Harry'ego. Jestem wdzięczna, obojętnie, co to za piosenka, którą cicho nuci, prawie bezgłośnie, naprawdę, ale to rozpraszające i pomaga mi skupić się na czymś innym poza ciosem, który dotrze do nas w ciągu kilku minut. Jeśli będę miała szczęście, będę miała kilka minut, aby wytłumaczyć siebie i moją decyzję zanim zareaguje.
- Uspokój się - Harry mówi, kiedy ciągnie jedno z ogrodowych krzeseł po drewnianym parkiecie. Przez parę minut daje mi szansę; widać, że nie jest w nastroju na oczekiwanie. Siada i opiera łokcie na stole między nami. Gramolę się, aby usiąść naprzeciwko niego i walczę z decyzją, gdzie umieścić moje ręce, kładę je na blacie stołu, na kolanie, na kolanach i z powrotem na stole, zanim sięga wzdłuż i kładzie dłoń na mojej.- Zrelaksuj się - cicho mówi.
Jego ręka jest ciepła i całkowicie pokrywa moją, dając mi skrawek jasności, nawet jeśli tylko na chwilę.
- Ukrywam coś przed tobą i to doprowadza mnie do szaleństwa. Muszę powiedzieć ci teraz i wiem, że to nie jest odpowiedni czas, ale musisz wiedzieć, zanim znajdziesz inną drogę - podnosi rękę z mojej i opiera się o oparcie krzesła.
- Co zrobiłaś? - słyszę niepokój w jego głosie, podejrzenie w jego kontrolowanym oddechu.
- Nic - szybko zauważam. - Nic z tego, co zakładasz.
- Ty nie... - mruga kilka razy. - Ty nie... z nikim, prawda?
- Nie! - mój głos skrzeczy i kręcę głową, żeby udowodnić swój punkt widzenia. - Nie, nic z tych rzeczy. Właśnie podjęłam decyzję o czymś i trzymałam ją od ciebie z daleka. Nie wiąże mnie z nikim innym.
Nie jestem pewna czy mi ulżyło, czy jestem urażona, że to była jego pierwsza myśl. W pewien sposób ulżyło mi, bo przeprowadzka do Nowego Jorku będzie dla niego tak bolesna, jak ja będąca z innym mężczyzną, ale jestem nieco urażona, bo powinien znać mnie lepiej niż to. Zrobiłam już nieodpowiedzialne rzeczy, raniące go, większości z udziałem Zayna, ale nigdy nie spałabym z innym mężczyzną.
- W porządku - przeczesuje włosy i opiera swoją zakrzywioną dłoń na karku, masując mięśnie. - To nie może być tak złe, jak to.
Biorę głęboki oddech, decydując się wyrzucić wszystko na stół i nie krążyć już wokół tematu. 
- Cóż... - Ściska moją rękę, aby mnie zatrzymać. 
- Czekaj, zanim powiesz mi, co to jest, możesz mi powiedzieć dlaczego.
- Dlaczego co? - pytam, przechylając głowę zmieszana.
- Dlaczego dokonałaś jakiegokolwiek wyboru, naciskając na siebie? - unosi brwi.
- Dobrze - przytakuję. Przebieram przez moje myśli, kiedy patrzy na mnie cierpliwymi oczami. Od czego powinnam zacząć? To jest znacznie trudniejsze niż po prostu powiedzieć mu, że wyjeżdżam, ale to o wiele lepszy sposób na przekazanie mu tej wiadomości. Teraz, kiedy o tym myślę, nie sądzę żebyśmy kiedykolwiek to zrobili. W każdej chwili dzieje się jakaś wielka, dramatyczna rzecz, zawsze dowiadujemy się z innych źródeł, w ten sam wielki, dramatyczny sposób. Spoglądam na niego po raz ostatni, zanim zaczynam mówić. Chcę pojąć w każdym calu jego twarz, zapamiętać i uczyć się jak jego oczy mogą być takie cierpliwe w chwili takiej jak ta, ale tak ostre w przeszłości. Zauważam sposób, w jaki jego miękkie, różowe wargi wydają się teraz takie zachęcające, ale pamiętam czasy, kiedy były podzielone z jednej strony prosto w dół, a po środku lała się krew z ran. Pamiętam jego piercing i to, jak szybko zarósł. Wewnątrz mojej głowy ponownie przeżywam sposób, w jaki czułam, chłodny metal ocierający się o moją wargę. Skupiam się na powrocie do myślenia o sposobie, w jaki chciał wyciągnąć go z pomiędzy własnych ust, gdy był pogrążony w myślach i to po prostu wyglądało kusząco, zaczęłam naśladować jego działania za każdym razem, gdy się całowaliśmy. Wracam myślami z powrotem do nocy, kiedy wziął mnie na łyżwy w próbie udowodnienia mi, że potrafi być dla mnie 'normalnym' chłopakiem. Był zdenerwowany, zabawny i wyjął swój piercing. Twierdził, że zrobił to, ponieważ chciał, ale ja wciąż do dzisiaj myślę, że wyciągnął go, aby udowodnić coś sobie i mnie. Przez chwilę za tym tęsknię, czasem ciągle to robię, ale gdyby tylko kochał to, co ich brak przedstawia, nieważne jak niezaprzeczalnie seksownie piercing wyglądał na nim.
- Zechciałabyś się podzielić? - dokucza mi, pochyla się i opiera brodę na dłoni jednej ręki.
- Tak - uśmiecham się nerwowo i zaczynam. - Cóż, podjęłam decyzję, ponieważ potrzebujemy czasu osobno i wydaje mi się, że to jedyny sposób, żeby mieć pewność, że tak będzie.
- Czasu osobno, co? - jego oczy spotykają moje, kładą mnie z powrotem w dół.
- Tak, czasu osobno. Wszystko między nami to jeden wielki bałagan, potrzebujemy dystansu, tym razem naprawdę. Wiem, że mówimy tak cały czas, śpiewamy i tańczymy wokół wszystkiego i jeździmy tam i z powrotem z Seattle do Pullman, a teraz jeszcze Londyn, w zasadzie rozprzestrzeniliśmy nasz bałagan po całym świecie - zatrzymuję się i czekam na jego reakcję, aż wreszcie odrywam oczy od niego.
- Czy to naprawdę tak dużo bałaganu? - głos Harry'ego jest miękki.
- Więcej walczymy, niż się dogadujemy.
- To nieprawda - odpowiada szarpiąc kołnierz czarnej koszulki. - Technicznie i dosłownie to nie jest prawda, Tess. Możesz to odczuwać w ten sposób, ale jeśli chcesz wracać do wszystkich bzdur, które razem przeszliśmy, spędziliśmy dużo czasu, śmiejąc się, rozmawiając, dokuczając sobie, i oczywiście w łóżku - mały uśmiech wkrada się na jego usta, a ja czuję jak moje postanowienie słabnie.
- Rozwiązujemy wszystko seksem, a to jest niezdrowe - wciskam mój następny punkt.
- Seks nie jest zdrowy? - szydzi. - Naszym kompromisem jest seks, seks pełen miłości i pełny zaufania, ale również podwójny i niesamowity, oszałamiający, kurwa, seks. Nie zapominaj, dlaczego to robimy. Nie pieprze cię tylko po to, by to robić, robię to, bo cię kocham i uwielbiam, że ufasz mi, kiedy pozwalasz mi się dotykać w taki sposób.
Wszystko, co mówi, ma sens, pomimo faktu, że nie powinno, i czuję, że Nowy Jork oddala się coraz bardziej i bardziej.
- Czy kiedykolwiek spojrzałeś na znaki toksycznego związku? - postanawiam wybuchnąć jak bomba, raczej wcześniej niż później.
- Toksycznego? - brzmi tak, jakby nie potrafił złapać powietrza. - Doszłaś do wniosku, by mnie obrażać? Nigdy nie położyłem na tobie dłoni i nigdy tego nie zrobię - istnieje obronna krawędź jego głosu, gdy patrzę w dół na moje ręce.
- Nie, to nie o to mi chodzi - odpowiadam szczerze. - Miałam na myśli nas oboje, i w jaki sposób celowo ranimy siebie nawzajem. I nie oskarżam cię o bycie fizycznie obraźliwym.
Wzdycha i przeczesuje włosy. 
- Okej, czyli jest to o wiele więcej, niż kilka głupich decyzji o przeprowadzce w całym stanie, czy coś - zaczyna panikować. - Chcę cię o coś zapytać i chcę twojej prawdziwej, szczerej odpowiedzi, nie myśląc o tym po prostu powiedz, co przychodzi ci na myśl, gdy pytam, dobrze? - Harry pyta. 
Kiwam głową. Niepewnie się z tym czuję.
- Jaka jest najgorsza rzecz, jaką ci zrobiłem? Jaka jest najbardziej obrzydliwa, straszna rzecz, jaką ci zrobiłem odkąd się znamy?
Zaczynam myśleć, przypominając sobie ostatnie osiem miesięcy, ale on chrząka, przypominając mi pierwszą rzecz, która przychodzi mi na myśl.
- Zakład - parskam. - Fakt, że mnie nabrałeś, kiedy zakochiwałam się w tobie... - zaczynam wiercić się na krześle, nie chcąc, by otworzył tą kryptę teraz lub w dowolnym momencie w przyszłości. Pojawia się miłe uczycie, które znika chwile później. 
- Czy zmieniłabyś ten błąd? Zmieniłabyś mój błąd?
Biorę oddech, by pomyśleć zanim mu odpowiem. Odpowiadałam na to pytanie wiele razy, ale teraz czuję, że jest to ostateczna odpowiedź.
Słońce zachodzi, chowając się za drzewami, a w ogrodzie włączają się automatyczne światła.
- Nie, nie zmieniłabym go - mówię głownie do siebie, a Harry kiwa głową, jakby wiedział, co będzie moją odpowiedzią.
- Okej, więc co jest najgorszą rzeczą, jaką zrobiłem?
- Gdy zniszczyłeś mój pomysł na mieszkanie w Seattle - odpowiadam bez namysłu.
- Naprawdę? - brzmi na zaskoczonego moją odpowiedzią.
- Tak.
- Dlaczego to? Co takiego cię wtedy we mnie tak bardzo wkurzyło?
- Fakt, że całkowicie przejąłeś kontrolę nad decyzjami, które nie były twoje, a moje, i ukrywałeś swoje zamiary przede mną.
- Nie będę próbował usprawiedliwiać tego gówna, bo wiem, że to było popieprzone - wzrusza ramionami.
- Dobra - mam nadzieję, że ma coś więcej do powiedzenia na ten temat. - Wiem, gdzie z tym zmierzasz. Nie powinienem tego robić, powinienem porozmawiać z tobą zamiast próbować wziąć cię do Seattle. Miałem popieprzone myśli w głowie, nadal mam, ale staram się i to coś innego niż wcześniej.
Nie jestem pewna, jak na to zareagować. Zgadzam się, że nie powinien tego robić i zgadzam się, że się stara. Trudno jest mi przypomnieć sobie, o co mi chodziło z tą nietkniętą rozmową.
- Masz ten pomysł w głowie, kochanie, pomysł, który ktoś tam zasadził, albo może widziałaś go w jakimś gównianym programie telewizyjnym, a może w jednej z książek, nie wiem. Ale prawdziwe życie jest cholernie ciężkie. Związki nie są idealne i nikt nigdy nie będzie traktować kobiet dokładnie tak jak powinien. Nie mówię, że to w porządku, okej? - podnosi rękę, aby powstrzymać mnie od przerywania. - Więc, wysłuchaj mnie, ja tylko mówię, że myślałem, że jeśli ty albo kilka innych osób na tym popieprzonym, krytykującym świecie po prostu zwróci większą uwagę na to gówno za kulisami, zobaczysz to inaczej. Nie jesteśmy idealni, Tessa, nie jestem, kurwa, doskonały i kocham cię, ale tobie też daleko do doskonałości - krzywi się, pozwalając przekazać mi, co ma na myśli w najgorszy możliwy sposób. 
- Zrobiłem dużo gówna tobie i, kurwa, mówiłem takie przemówienia tysiące cholernych razy, ale coś się we mnie zmieniło, wiesz, że to prawda.
Kiedy Harry kończy mówić, wpatruję się w ciemność przez kilka sekund zanim odpowiadam. 
- Obawiam się, że jesteśmy za daleko, oboje zrobiliśmy za dużo błędów.
- Stratą byłoby zrezygnować, zamiast ustalić błędy i dobrze to, kurwa, wiesz.
- Strata czego? Czasu? Teraz nie mamy dużo czasu do stracenia - mówię do niego, jak do nieruchomego wraku pociągu.
- Mamy cały czas na świecie, jesteśmy młodzi. Mam zamiar skończyć studia i zamieszkać z tobą w Seattle. Wiem, że jesteś chora na moje gówna, ale samolubnie liczę na twoją miłość do mnie, żebyś przekonała się, że powinienem dostać ostatnią szansę.
- Co ze wszystkimi rzeczami, które zrobiłam ja? Co ze sprawami z Zaynem i wszystkimi wyzwiskami? 
Palce Harry'ego stukają o blat. 
- Po pierwsze, Zayn nie ma tutaj miejsca w tej rozmowie, zrobiłaś głupią bzdurę. Żadne z nas nie miało cholernego pojęcia, jak to jest być w związku. Być może myślałaś, że masz, ponieważ długo byłaś z Noah, ale bądźmy szczerzy - byliście na zasadzie całujących się kuzynów, to gówno nie było prawdziwym związkiem.
Jestem wściekła na Harry'ego, czekając, aż zacznie kontynuować.
- A ile razy ty mnie zwyzywałaś - uśmiecha się i zaczynam zastanawiać się kim w rzeczywistości jest ten mężczyzna siedzący przede mną. - Wszyscy nadają sobie nazwy, przykro mi, nawet twoja mama, żona pastora, nazywała męża dupkiem. Może nie powiedziała mu tego w twarz, ale to takie samo gówno i wolałbym jakbyś nazywała mnie dupkiem twarzą w twarz - wzrusza ramionami.
- Masz wytłumaczenie dla wszystkiego, prawda? - pytam Harry'ego.
- Nie na wszystko. Nie na wiele, naprawdę, ale wiem, że siedzisz naprzeciwko mnie i szukasz wyjścia z tego i mam zamiar zrobić co w mojej cholernej mocy, żeby upewnić się, że wiesz co mówisz.
- Od kiedy komunikujemy się w ten sposób? - nic nie poradzę, ale jestem zdziwiona brakiem krzyku i wrzasków pochodzących od nas. Harry krzyżuje ramiona i bierze postrzępione końce jego gipsu.
- Od teraz - ponownie wzrusza ramionami. - Nie wiem, ale inne gówna nie wydają się skutkować, więc dlaczego by nie spróbować w ten sposób?
Czuję jak moje usta otwierają się ze zdziwienia po jego nonszalanckiej wypowiedzi. 
- Dlaczego to brzmiało tak łatwo, jeśli to takie łatwe, dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej?
- Nie, przedtem nie byłem taki sam i nie było ciebie - patrzy na mnie i czeka, aż znowu zacznę mówić.
- To nie może być takie proste. Potrzebuję czasu dla siebie, Harry. Potrzebuję czasu, żeby dowiedzieć się kim jestem i co chcę robić w życiu oraz, jak mam zamiar się tam dostać i muszę to zrobić sama - słowa są kwaśne, kiedy opuszczają moje usta.
- Podjęłaś już decyzję? Nie chcesz mieszkać ze mną w Seattle? Już znalazłaś swoje miejsce czy coś? To dlatego jesteś taka zamknięta i rzeczywiście nie chcesz słuchać tego co mówię?
- Słucham, ale ja już zdecydowałam... Nie mogę jeździć tam i z powrotem. Nie tylko z tobą, ale z samą sobą.
- Gdzie teraz jest twoje miejsce? Która dzielnica w Seattle? - Harry opiera się o poduszki na krześle i kładzie nogi na stole.
- To nie jest w Seattle - staram się wyjaśnić. Mój język jest nagle z ołowiu, a ja nie mogę wydusić słowa.
- Gdzie to? Jakie przedmieście? - kwestionuje.
- To Nowy Jork, Harry. Chcę je...
- Nowy Jork? - zabiera nogi ze stołu i wstaje. - Mówisz o prawdziwym Nowym Jorku czy jest to małe hipsterskie sąsiedztwo w Seattle, którego jeszcze nie spotkałem?
- Prawdziwy Nowy Jork - wyjaśniam, kiedy kroczy przez parkiet. - Wyjeżdżam za tydzień. 
Harry milczy z wyjątkiem jego nóg uderzających o parkiet, kiedy idzie bez słowa.
- Kiedy o tym zdecydowałaś? - w końcu pyta.
- Po powrocie z Londynu i po śmierci ojca.
- Więc przez to, że byłem dupkiem dla ciebie, chcesz spakować swoje gówna i lecieć do Nowego Jorku? Ty nigdy nawet nie opuściłaś stanu Waszyngton, także co sprawia, że myślisz, że mogłabyś mieszkać w Nowym Jorku?
Jego odpowiedź budzi moją obronną stronę. 
- Mogłabym żyć wszędzie, gdzie chcę. Nie próbuj mnie nie doceniać.
- Nie doceniać ciebie? Tessa, we wszystkim jesteś tysiąc razy lepsza niż ja, nie nie doceniam cię. Mam tylko pytanie, co sprawia, że myślisz, że możesz żyć w Nowym Jorku? Chcesz zacząć wszystko na nowo?
- Z Liamem.
- Liamem? - oczy Harry'ego poszerzają się i ponownie się zatrzymuje. To spojrzenie, na które czekałam mając nadzieję, że nie przyjdzie, ale teraz jest tutaj i nie czuję się swobodnie. Harry przyjmował wszystko tak dobrze, był bardziej wyrozumiały, spokojny i ostrożny ze słowami niż kiedykolwiek wcześniej, to było wyrzucanie wszystkiego na mnie. Znam to spojrzenie. To jest Harry próbujący opanować nerwy. - Liam, ty i Liam w drodze do Nowego Jorku - mówi.
- Tak, on tam już będzie, a ja...
- Kogo to jest pomysł? Twój czy jego? - głos Harry'ego jest niski i znacznie mniej zły niż się spodziewałam. Jest w nim coś gorszego niż gniew, to ból. Harry jest zraniony, a ja czuję jak mój brzuch i klatka piersiowa zaciskają się w zaskoczeniu, zdradził strzeżoną przez niego energię. Nie chcę powiedzieć Harry'emu, że Liam poprosił mnie, żebym przeniosła się do Nowego Jorku, ani że on i Ken pomogli mi z listami rekomendacyjnymi, stenogramami, pakietami przyjęć i aplikacjami.
- Mam zamiar wziąć semestr, kiedy się tam dostanę - mówię mu z nadzieją, że odciągnę go od jego pytania. Odwraca się do mnie, jego policzki są czerwone w świetle ogrodu, ma dzikie oczy i dłonie zaciśnięte po obu stronach. 
- To był jego pomysł, prawda? Wiedział o tym cały czas, a trzymał mnie w przekonaniu, że jesteśmy... nie wiem? Znajomymi... nawet braćmi, a działa za moimi plecami.
- Harry, to nie tak. - staram się bronić Liama. Harry i ja byliśmy w najgorszym możliwym miejscu, kiedy Liam zaproponował mi wyjazd z nim do Nowego Jorku.
- Jak, do diabła, to nie tak, jesteście czymś cholernie innym - krzyczy gorączkowo, wymachując rękami. - Ty siedziałaś tutaj i pozwalałaś mi robić z siebie głupca, oferującego ci małżeństwo, przyjęcia i wszelkiego rodzaju inne gówna, i wiedziałaś, kurwa, wiedziałaś, że wyjeżdżasz, tak? - szarpie się za włosy i odwraca się. Idzie w stronę drzwi i teraz staram się go powstrzymać.
- Nie idź tam, proszę. Zostań tutaj ze mną, możemy dokończyć rozmowę na ten temat. Mamy o wiele więcej tematów do rozmów.
- Przestań! Tylko, kurwa, przestań! - strzepuje moją rękę z jego ramienia, kiedy próbuję go dotknąć. Harry szarpie za klamkę i jestem pewna, że słyszę trzask w zawiasach. Pędzę za nim i mam nadzieję, że nie zrobi dokładnie tego, co myślę, że zrobi, dokładnie tego, co robi zawsze, kiedy dzieje się coś złego w jego życiu, naszym życiu.
- Liam! - krzyczy Harry w chwili, gdy wchodzi do kuchni. Wydaje mi się, że Ken i Karen poszli na górę spać i jestem im za to wdzięczna.
- Co? - Liam krzyczy. Idę za Harrym do jadalni, gdzie Liam i Sophia nadal siedzą przy stole, a między nimi leży prawie pusty talerz z deserem. Liam zmienia wyraz twarzy, kiedy Harry wpada do pokoju z zaciśniętą szczęką i pięściami. 
- Co się dzieje? - pyta Liam, patrząc na Harry'ego, zanim ostrożnie patrzy na mnie.
- Nie patrz na nią, spójrz na mnie - Harry pęka. Sophia podskakuje w fotelu, ale szybko skupia swoją uwagę na mnie, gdy stoję za Harrym.
- Harry, on nie zrobił niczego złego. Jest moim najlepszym przyjacielem i tylko stara się mi pomóc - próbuję uspokoić Harry'ego. Wiem, do czego jest zdolny i myśl, że Liam na koniec oberwie, sprawia, że jest mi nie dobrze.
- Trzymaj się z daleka od tego, Tessa - Harry nie odwraca się w moją stronę.
- O czym ty mówisz? - Liam w końcu pyta, choć wiem, że jest w pełni świadomy, dlaczego Harry jest zły. - O Nowym Jorku, prawda? - mówi.
- Kurwa, tak, o Nowym Jorku! - Harry krzyczy na niego, a Liam wstaje. Sophia wysyła Harry'emu mordercze, ostrzegawcze spojrzenie, a ja decyduję, że jestem w porządku z nimi dwoma stojącymi coraz bardziej niż przyjacielscy sąsiedzi.
- Myślałem tylko o jej szczęściu, kiedy zaproponowałem, żeby jechała ze mną! Zerwałeś z nią, a ona została sama i załamana, całkowicie załamana. Nowy Jork będzie dla niej najlepszy - Liam spokojnie wyjaśnia.
- Wiesz jak popieprzony jesteś? Udawałeś mojego przyjaciela, aby wyjechać i wyciągnąć to gówno? - Harry ponownie idzie, tym razem w mniejszym gronie całej pustej przestrzeni jadalni.
- Nie udawałem! Ty znowu zawiodłeś, a ja próbowałem jej pomóc! - Liam znowu krzyczy na Harry'ego. Moje serce wali, gdy Harry przechodzi przez pokój i zaciska pięść wokół koszuli Liama.
- Pomóc jej, zabierając ją ode mnie! - Harry pcha Liama na ścianę.
- Byłeś zbyt naćpany, żeby się przejmować! - Liam krzyczy w twarz Harry'ego. Sophia i ja oglądamy całe przedstawienie, niepewne co powiedzieć lub zrobić. Znam Harry'ego i Liama lepiej niż ona, ale nawet ja nie wiem co powiedzieć czy zrobić. Jest to czysty chaos, dwaj mężczyźni krzyczący sobie w twarz; hałas, kiedy Ken i Karen schodzą po schodach; grzechotanie, łamiące się okulary i talerze na stole, kiedy Harry popycha Liama na przeciwległą ścianę.
- Wiedziałeś, kurwa, co robisz! Zaufałem ci, a jesteś tylko kawałkiem gówna!
- Dajesz! Uderz mnie! - Liam krzyczy w twarz Harry'ego. Harry podnosi pięść, a Liam nawet nie mruga. Krzyczę imię Harry'ego i wydaje mi się, że Ken robi to samo. Kątem oka widzę jak Karen szarpie koszulę Kena, trzymając go z dala intensywności między dwoma mężczyznami.
- Uderz mnie, Harry! Jesteś taki twardy i brutalny, dalej, kurwa, uderz mnie! - Liam zachęca go ponownie.
- Uderzę! Ude... - Harry obniża rękę, ale podnosi pięść z powrotem w kierunku twarzy Liama.
- Nie zrobisz tego - policzki Liama są czerwone ze złości, a jego klatka piersiowa faluje, ale nie wygląda jakby bał się Harry'ego. Wygląda na wkurzonego, ale jednocześnie bardzo skupionego. Czuję się podzielona, czuję się, jakby dwie najważniejsze dla mnie osoby walczyły ze sobą w tej chwili, nie wiem co mogłabym zrobić. Ponownie patrzę na Karen i Kena. Nie wydają się zatroskani o zdrowie Liama. Są teraz zbyt spokojni, kiedy Harry i Liam krzyczą tam i z powrotem.
- Tak, kurwa, uderzę! Kurwa, rozbiję ten głupi opatrunek gip... - Harry urywa. Patrzy na Liama i odwraca się do mnie, po czym znowu koncentruje się na Liamie.
- Pieprz się! - Harry krzyczy. Opuszcza pięść i odwraca się, aby wyjść z pokoju. Liam nadal stoi przy ścianie, patrząc jak może bić się z samym sobą. Sophia jest teraz na nogach, idąc go pocieszyć. Karen i Ken rozmawiają cicho między sobą, idąc w stronę Liama, a ja, cóż, stoję na środku jadalni, starając się zrozumieć, co się stało. Liam zażądał, żeby Harry go uderzył, słyszałam jak krzyczał Harry'emu w twarz. Temperament Harry'ego został postrzelony, poczuł się zdradzony i ponownie wkręcony, a jednak tego nie zrobił. Harry Styles odszedł od przemocy, nawet pod wpływem chwili nie położył ręki na Liamie.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

Rozdział 286.

Soundtrack do rozdziału:

• The Fray - Syndicate 
• The Fray - Ungodly Hour
• Taylor Swift - Treacherous
• One Direction - Trought the Dark  


Harry's POV:

Cisza jest tak głośna, gdy próbuję zostać cicho po jej stronie samochodu, ale słyszę jej oddech, sposób, w jaki próbuje to kontrolować, kontrolować swoje emocje. Moja klatka piersiowa jest tak cholernie ciasna, a ona po prostu tam siedzi, pozwalając moim słowom dusić się w jej głowie. Dlaczego zawsze robię dla niej takie gówno? Zawsze mówię złe słowa, bez względu na to, ile razy obiecuję, że nie będę. Bez względu na to, ile razy obiecuję, że się zmienię, zawsze to robię. Odchodzę i zostawiam ją samą, żeby poradziła sobie z tym gównem. Nie znowu. Nie mogę zrobić tego ponownie, potrzebuje mnie bardziej niż kiedykolwiek, to jest moja szansa, żeby pokazać jej, że mogę tu być, kiedy mnie potrzebuje. Tessa nie patrzy na mnie, kiedy skręcam i parkuję na poboczu autostrady. Włączam światła awaryjne i mam nadzieję, że cholerni policjanci nie przyjdą i nie zaczną pierdolić.
- Tess - staram się zwrócić jej uwagę, kiedy ścigam się z własnymi myślami. Nie podnosi wzroku z nad jej rąk na kolanach. - Tessa, proszę spójrz na mnie - sięgam ręką wzdłuż konsoli, aby ją dotknąć, ale ona szarpie się i jej ręka uderza w drzwi.
- Hej - odpinam pasy i odwracam się w jej stronę, biorąc obydwa jej nadgarstki do jednej ręki, tak jak często robię.
- Nic mi nie jest - podnosi lekko podbródek, aby udowodnić swój punkt widzenia, ale wilgoć w jej oczach opowiada inną historię. - Nie powinieneś tutaj parkować, to ruchliwa autostrada.
- Nie obchodzi mnie to, gdzie zaparkowałem - mówię. - Jestem popieprzony, z moim łbem jest coś nie tak - jąkam się, żeby nadać moim słowom sens. - Strasznie przepraszam, nie powinienem zareagować w ten sposób.
Po chwili obniża oczy na mnie, patrząc na moją twarz, jednak unikając wzroku.
- Tess, nie zamykaj się ponownie, proszę. Tak mi przykro, nie wiem co sobie myślałem, nigdy nawet nie brałem pod uwagę mieć dzieci, a teraz sprawiłem, że czujesz się źle w tym gównie - przyznanie się brzmi jeszcze gorzej, gdy słowa wychodzą między nas.
- Masz prawo być zdenerwowany - reaguje zbyt spokojnie. - Po prostu potrzebowałam ci coś powiedzieć, cokolwiek... - ostatnie słowo wypowiada tak cicho, że ledwo je słyszę.
- Nie obchodzi mnie, że nie możesz mieć dzieci - mówię. Ja pierdolę. - To znaczy, nie obchodzą mnie nasze dzieci, że nie możemy ich mieć - staram się wcierać maść na rany mojego autorstwa, ale po wyrazie jej twarzy stwierdzam, że robię coś przeciwnego.
- Próbuję, kurwa, na marne powiedzieć, że cię kocham i że jestem niewrażliwym kutasem. Położyłem się pierwszy, jak zawsze i przepraszam cię za to - moje słowa wydają się wyciągać ją z siebie, bo przenosi oczy na mnie.
- Dziękuję - wyciąga nadgarstek z mojej ręki, waham się pozwolić jej zabrać rękę, ale odczuwam ulgę, kiedy ponosi ją, aby wytrzeć oczy. - Przykro mi, że czujesz, jakbym zabrała coś z ciebie - mówi. Widać, że ma więcej do powiedzenia.
- Nie wahaj się. Znam cię, powiedź to, co chcesz.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki zareagowałeś - sapie.
- Wiem, ja... - przerywa mi, podnosząc rękę.
- Jeszcze nie skończyłam - Tessa czyści gardło. - Chciałam być matką odkąd pamiętam. Byłam jak każda inna dziewczynka z lalkami, nawet bardziej. Bycie matką było dla mnie bardzo ważne. Nigdy, przenigdy nie kwestionowałam czy obawiałam się, że nie będę jedną z nich.
- Wiem, ja...
- Proszę, pozwól mi mówić - zgrzyta zębami. Naprawdę powinienem się zamknąć, chociaż ten jeden raz. Zamiast odpowiedzieć, kiwam głową i milczę.
- Czuję niesamowitą stratę i nie mam siły, żeby martwić się, że mnie obwiniasz. W porządku, że też czujesz jakąś stratę, chcę, żebyś zawsze był otwarty ze swoimi uczuciami, ale nie masz tutaj żadnych zgniecionych marzeń. Nie chciałeś mieć dzieci jeszcze dziesięć minut temu, więc to niesprawiedliwe, żebyś reagował w ten sposób.
Czekam kilka sekund i podnoszę na nią brwi z prośbą o pozwolenie na wypowiedź. Kiwa głową. Głośny klakson ciężarówki brzmi w powietrzu, Tessa prawie wyskakuje z auta.
- Mam zamiar pojechać z powrotem do Vance'a, jednak chciałbym być przy tobie - mówię. Tessa wygląda przez okno, ale nie przegapiam jej skinienia.
- Mam na myśli pocieszając cię tak jak powinienem - wyjaśniam. Kiwa głową, kiedy przyłapuję ją na przewracaniu oczami.  

Tessa's POV:

Harry i Vance mijający się na korytarzu w niezręcznej ciszy. To dziwne mieć Harry'ego tutaj, po tym wszystkim, co się stało. Nie mogę zignorować jego starań i powstrzymać go przed pojawieniem się w tym domu, domu Vance'a. Ostatnio trudno jest mi się skupić na jednym z problemów. Zachowanie Harry'ego w Londynie, Vance'a i Anne, śmierć ojca, moje problemy z płodnością. To za dużo kłopotów i wydają się one nie kończyć. W pewnym sensie ulżyło mi, kiedy powiedziałam Harry'emu o niepłodności, ogromna ulga, naprawdę, ale zawsze jest jeszcze coś, co czeka na ujawnienie lub zrzucenie na jednego z nas. Nowy Jork jest następny. Nie wiem, czy powinnam mu powiedzieć teraz, teraz, kiedy mamy już problemy między nami. Nienawidzę sposobu, w jaki Harry zareagował, ale jestem wdzięczna za wyrzuty sumienia, które pokazał po jego bezdusznym odwołaniu moich uczuć. Jeśli nie wyciągnąłby mnie z samochodu i przeprosił, nie sądzę, żebym znalazła to w sobie i mogła z nim ponownie porozmawiać. Nie mogę zliczyć razów, kiedy mówiłam, myślałam, przysięgałam, te słowa, kiedy go poznałam. Zawdzięczam to sobie, że myślałam tak tym razem.
- O czym myślisz? - pyta, zamykając za sobą drzwi mojej sypialni.
Bez zastanowienia szczerze odpowiadam. 
- Że nie będę z tobą już więcej rozmawiać.
- Co? - przybliża się do mnie, a ja się cofam.
- Jeśli byś nie przeprosił, nie miałabym nic do powiedzenia.
- Wiem - wzdycha, przeczesując włosy.
Nie mogę przestać myśleć o tym co powiedział.
Nadal jestem tym zaskoczona, jestem pewna. Nigdy nie spodziewałam się usłyszeć takich słów od niego. Nie wydaje mi się możliwe, że zmieni zdanie, jego umysł został zmieniony dopiero po tragedii.
- Chodź - Harry otwiera dla mnie ramiona, a ja waham się. - Proszę, pozwól mi pocieszyć cię tak, jak powinienem. Pozwól mi z tobą rozmawiać i cię słuchać. Przepraszam.
Jak zwykle wchodzę w jego ramiona. Wydają się teraz inne, bardziej solidne, bardziej realne niż wcześniej. Zaciska ręce na całym moim ciele, opierając policzek o moją głowę. Jego włosy są teraz zbyt długie po bokach i łaskoczą moją skórę, czuję jak umieszcza pocałunek na moich włosach.
- Powiedz mi, co myślisz o tym wszystkim, powiedz mi wszystko, czego do tej pory mi nie powiedziałaś - mówi, przyciąga mnie, żebym usiadła obok niego na łóżku. Krzyżuję nogi, a on opiera się plecami o zagłówek.
Mówię mu wszystko. Mówię mu o mojej pierwszej wizycie, aby dostać się na kontrolę urodzeń, mówię mu, że wiedziałam o możliwości wystąpienia problemów już przed wyjazdem do Londynu. Jego szczęka napina się, kiedy mówię mu, że nie chcę go znać i zaciska pięści, kiedy mówię mu, że bałam się, że będzie szczęśliwy. On pozostaje cicho i kiwa głową, po tym gdy mówię mu, że będę trzymać się od niego z daleka, na stałe.
- Dlaczego? Dlaczego tego chcesz? - podciąga się na łokciach, żeby zbliżyć się do mnie.
- Myślałam, że chcesz być szczęśliwy i nie chcę tego słuchać - wzruszam ramionami. - Ja bym raczej trzymała to dla siebie, niż słyszała, jak ci po tym ulży.
- Jeśli powiedziałabyś mi przed Londynem, rzeczy mogłyby pójść inaczej.
Mrugam. 
- Tak, jestem pewna, że jeszcze gorzej - mówię. Mam nadzieję, że nie bierze tego tak jak myślę, że weźmie. Lepiej, żeby nie próbował winić mnie za bałagan w Londynie. Wydaje się myśleć zanim powie, kolejne usprawiedliwienie siebie. - Masz rację. Wiesz, że masz - przyznaję.
Cieszę się, że zatrzymałam to dla siebie, zwłaszcza zanim wiedziałam, że byłam pewna.
- Cieszę się, że powiedziałaś mi, zanim komukolwiek innemu - mówi, patrząc na mnie.
- Powiedziałam Kim - przyznaję. Czuję się trochę winna, że zakładał, że jest pierwszą osobą, której powiedziałam, ale nie był przy mnie.
Łączy brwi. 
- Co to znaczy, że powiedziałaś Kim, kiedy?
- Powiedziałam jej jakiś czas temu.
- Więc Kim wiedziała, a ja nie?
- Tak - kiwam głową.
- Co z Liamem? Czy Liam też wie? Karen? Vance?
- Dlaczego Vance miałby wiedzieć? - pękam. Znowu zaczął być absurdalny.
- Kimberly prawdopodobnie mu powiedziała. Może powiedziałaś też Liamowi?
- Nie, Harry. Tylko Kimberly. Musiałam komuś powiedzieć, a nie mogłam wystarczająco na tobie polegać, żeby ci powiedzieć.
- Auć - jego ton jest surowy, a grymas przytłaczający.
- To prawda - spokojnie mówię. - Wiem, że nie chcesz tego słuchać, ale to prawda. Wydaje mi się, że zapomniałeś, że nie chciałeś mieć ze mną nic wspólnego, aż umarł mój ojciec.
Nienawidzę sposobu, w jaki mój żołądek się skręca i obraca, gdy myślę o tej podróży z piekła rodem.

Harry's POV:

- Zawsze cię chciałem, wiesz o tym. Po prostu nie mogłem przestać próbować zniszczyć jedyną dobrą rzecz w moim życiu i przepraszam cię za to. Wiem, że to popieprzone, że zajęło mi to tyle czasu i nienawidzę tego, że twój ojciec musiał umrzeć, żebym ruszył mój tyłek, ale jestem tu i teraz, i kocham cię bardziej niż kiedykolwiek oraz nie obchodzi mnie to, że nie możemy mieć dzieci. Wyjdź za mnie - dodaję na koniec.
- Harry, nie możesz po prostu się tak zachowywać. Przestań tak mówić - patrzy na mnie.
- Dobrze, najpierw kupię ci pierścionek.
- Harry - ostrzega mnie, ściskając wargi w wąską kreskę.
- Dobra - przewracam oczami na myśl, że chce mnie uderzyć. - Jestem w tobie tak bardzo zakochany.
- Tak, teraz jesteś.
- Byłem, już przed dłuższy czas.
- Pewnie, że byłeś - mruczy Tessa. Jak ona może być tak cholernie słodka i nieznośna w tym samym czasie?
- Kochałem cię nawet kiedy byłem głupkiem w Londynie.
- Jesteś pewien jak cholera, że nie zachowywałeś się tak.
- Wiem, byłem na haju.
Bawię się strzępkiem materiału na moim gipsie. Ile jeszcze tygodni minie aż ta sprawa zostanie zamknięta?
- Pozwoliłeś jej nosić koszulkę po seksie - Tessa patrzy daleko ode mnie, skupiając wzrok na ścianie za mną.
Co?
- O czym ty mówisz? - pytam ją, delikatnie podnosząc kciukiem jej brodę, aby zmusić ją, żeby na mnie spojrzała.
- Ta dziewczyna, siostra Marka. Janine, myślę, że słyszałam jak to komuś mówiła.
- Myślisz, że ją przeleciałem? - gapię się na nią.
- Oczywiście, że tak. Praktycznie machałeś prezerwatywą przed moją twarzą - jej głos jest odległy, zraniony.
- Nie pieprzyłem jej, Tessa. Spójrz na mnie - staram się ją przekonać, kiedy ponownie się odwraca. - Wiem, jak to wyglądało.
- Miała na sobie twoja koszulkę.
Nienawidzę sposobu, w jaki patrzyła na moją koszulkę, ale ona po prostu nie zamykała swoich cholernych ust,  dopóki nie dałem jej tego pieprzonego materiału.
- Wiem, że miała, ale nie przeleciałem jej. Jesteś zawiedziona, że myślisz, że to zrobiłem? - pytam ją, moje serce wali na myśl, że pozwoliłem jej chodzić z tym gównem w głowie przez ostatnie tygodnie.
- Była cała twoja, przede mną.
- Pocałowała mnie i próbowała uderzyć, ale to wszystko - mówię chaotycznie. Tessa robi mały hałas i zamyka oczy.
- Nawet nie jestem twardy dla niej, tylko dla ciebie - staram się zrobić to lepiej, ale ona potrząsa głową i podnosi rękę, aby mnie uciszyć.
- Przestań o niej mówić, zaraz puszczę pawia - mówi i wiem, co to oznacza.
- Też mi było niedobrze, rzucałem się w każdym kierunku, po tym jak mnie dotknęła - mówię jej. Kolor na jej twarzy powoli wraca.
- Co takiego?
- Dosłownie zwymiotowałem, jak musiałem biec do łazienki, ponieważ zrobiło mi się źle po jej dotyku.
- Naprawdę? - Tessa pyta, zastanawiam się czy powinienem martwić się o mały uśmiech w kąciku jej ust, kiedy mówię jej o moim doświadczeniu z wymiotowaniem.
- Tak. Nie patrz tak szczęśliwie na to - uśmiecham się do niej, próbując rozjaśnić nastrój.
- Dobra, mam nadzieję, że naprawdę cię pogoniło - mówi, teraz już z pełnym uśmiechem. Jesteśmy najbardziej popieprzoną parą. Popieprzoną, ale idealną.
- Tak było. Przykro mi, że cały czas tak o tym myślałaś. Nic dziwnego, że byłaś na mnie wkurzona - teraz to ma jakiś sens, lecz prawda jest taka, że ona zawsze jest na mnie wkurwiona.
- Teraz, gdy już wiesz, że nie puszczam się dookoła, możesz mnie zabrać i zrobić z siebie uczciwą kobietę? - sarkastycznie podnoszę czoło.
- Obiecałeś, że przestaniesz rzucać tym we mnie.
- Nie obiecałem. Słowo 'obiecuję' nie było przeze mnie użyte - wyjaśniam. Ma zamiar uderzyć mnie w każdej chwili. - Masz zamiar powiedzieć komuś o tym gównie z dziećmi? - w pewnym sensie zmieniam temat.
- Nie - przygryza wargę. - Nie sądzę. Nie w najbliższym czasie.
- Nikt nie musi wiedzieć dopóki nie adoptujemy jakiegoś w ciągu kilku lat - mówię jej.  
Kręci głową i wiem, że myśli, że jestem szalony. Nie jest zła. - Jestem pewien, że istnieje dużo cholernych dzieci czekających na rodziców, aby je kupić, będziemy dobrzy.
Wiem, że nie przyjęła mojej propozycji małżeństwa, a nawet bycia w związku ze mną, ale mam nadzieję, że nie skorzysta z okazji, by mi o tym przypomnieć.
- Cholerne dzieci? - cicho się śmieje. - Proszę, powiedz mi, że nie sądzisz, że gdzieś w centrum miasta jest przechowalnia, gdzie możesz iść i kupić dziecko? - podnosi dłoń do ust, aby powstrzymać się od śmiechu ze mnie.
- Nie ma? - żartuję. - To co z Babies 'R' US?
- O mój Boże! - przechyla głowę w śmiechu, a ja łapię za jej dłoń. - Jesteś taki dziwny.
- Jeśli ten cholerny sklep nie jest pełen dzieci stojących w linii, gotowych do zakupu, to wnoszę pozew za fałszywą reklamę - wciągam mój najlepszy uśmiech, a ona wzdycha z ulgą, kiedy przestaje się śmiać. W jakiś sposób wiem dokładnie, co sobie myśli.
- Potrzebujesz pomocy - wyciąga rękę z mojej i się prostuje.
- Wiem - zgadzam się i oglądam jak jej uśmiech znika. - Wróćmy do Pullman.
- Jesteśmy tu ostatnią noc.
- Liam wyjeżdża w ciągu kilku dni, nie chcesz spędzić z nim czasu? - przypominam jej.
- Uhm, tak. Wtedy wrócimy do Pullman.
Tessa zasypia podczas jazdy i nie budzi się aż deszcz następuje, uderzając w dach mojego samochodu.

***

- Wy dwoje podróżujecie przez cały Waszyngton więcej niż ktokolwiek inny kogo znam - Liam siedzi na brzegu kanapy w salonie mojego ojca kiedy przyjeżdżamy do Pullman.
- Nie znasz wielu ludzi, więc nie wiem jak istotne to jest - drażnię go. Patrzy na swoją mamę siedzącą na krześle i wiem, że chce powiedzieć trochę dupkowaty komentarz w moją stronę, ale nie zrobi tego, póki ona tam jest.
- Ha-ha - przewraca oczami i otwiera książkę na kolanach, przesuwając się od poręczy kanapy do poduszki.
- Cieszę się, że bezpiecznie dojechaliście, panuje straszna ulewa - głos Karen jest miękki, gdy się do mnie uśmiecha. Odwracam wzrok.
- Kolacja jest już w piecu, więc wkrótce będzie gotowa.
- Mam zamiar się przebrać - Tessa mówi za moimi plecami. - Dziękuję, że znowu mnie tu przywiozłeś - dodaje zanim znika na schodach. Przez kilka sekund stoję na schodach zanim idę za nią jak szczeniak. Kiedy wchodzę do pokoju ubrana jest tylko w biustonosz i majtki. - Mam dobre wyczucie czasu - bełkoczę, kiedy patrzy na mnie w drzwiach. Używa rąk, aby zakryć piersi, a następnie przesuwa je w dół do bioder, nie mogę powstrzymać się od uśmiechu.
- Trochę za późno, nie sądzisz?
- Cicho - beszta mnie i ciągnie suchą koszulkę przez jej mokre włosy.
- Wiesz, spokój nie jest moja mocną stroną.
- To co dokładnie jest? - drwi ze mnie, kręcąc biodrami, kiedy wciąga spodnie do brzucha. Te spodnie.
- Nie nosiłaś tych spodni jakiś czas - pocieram zarost na mojej szczęce i wpatruję się w ciasny, czarny materiał, który wydaje się wylewać.
- Nie zaczynaj z tymi spodniami - bezczelnie pokazuje na mnie palcem. - Ukryłeś je przede mną, dlatego ich nie nosiłam.
- Nieprawda! - leżę, zastanawiając się, kiedy znalazła je w naszej szafie w tym cholernym mieszkaniu. Patrząc na jej tyłek w nich, przypominam sobie, dlaczego je schowałem. - Były w szafie.
Obraz Tessy starającej się znaleźć te spodnie w szafie rozśmiesza mnie, dopóki nie przypominam sobie, że znajduje się w niej jeszcze coś, czego nie chcę, żeby odkryła.
- Coś jeszcze, uhm, coś jeszcze było w szafie? - pytam, mając nadzieję, że nie grzebała zbytnio w niej.
- Nic - upycha swoje stopy w różowe skarpetki. Ohydne, rozmyte rzeczy z kropkami obejmują górną część jej nóg. - Dlaczego? Coś jeszcze jest w środku? - pyta.
- Nie - kłamię, wzruszając ramionami, a moje paranoje odchodzą.
- Okej? - Tessa przewraca oczami w ten niegrzeczny sposób.
Idę za nią w dół schodów, znowu jak szczeniak, i siadam tuż obok przy masywnym stole w jadalni. Sarah znowu tu jest i patrzy na Liama, jakby był jakimś lśniącym klejnotem czy coś, to jest dziwne.
- Hej, Sophia - Tessa promiennie mówi do niej. Zwraca wzrok na Liama wystarczająco długo, by odwzajemnić uśmiech Tessy i macha do mnie.
- Sophia pomagała mi z kolacją - Karen promienieje.
- Mhm, to jest wyśmienite, a sos naprawdę przepyszny - Tessa jęczy wokół widelca.
Kobiety i ich cholerne jedzenie. - Można by pomyśleć, że mężczyźni mówią tak o pornografii - mówię zbyt głośno.
Tessa kopie mnie pod stołem, a Karen zakrywa usta dłonią, kiedy kaszle z ustami pełnymi jedzenia. Jestem zaskoczony, kiedy Sarah zaczyna się śmiać. Liam wygląda niezręcznie, ale jego twarz łagodnieje, kiedy widzi jak bardzo Sarah się śmieje.
- Kto tak twierdzi? - chichocze. Liam żałośnie na nią patrzy, a Tessa się uśmiecha.
- Harry, Harry mówi takie głupstwa - Karen uśmiecha się i widzę humor w jej oczach. To jest dziwne.
- Musisz się do tego przyzwyczaić - Liam patrzy na mnie przez chwilę, zanim koncentruje się na jego nową miłość. - Mam na myśli, jeśli będziesz w pobliżu. Nie to, że będziesz długo wśród nas - jego policzki są jasnoczerwone. - Mam na myśli, jeśli chcesz być. Nie dlatego, że nie chcesz być.
- Zrozumiała - wyciągam go z nędzy, wygląda jakby miał się posikać.
- Tak - uśmiecha się do Liama i przysięgam jego twarz zmieniła kolor z czerwonego na fioletowy. Biedactwo.
- Sophia, jak długo będziesz w mieście? - Tessa wtrąca się, zmieniając temat, aby w słodki sposób pomóc przyjacielowi.
- Tylko kilka dni. Zamierzam wrócić do Nowego Jorku w najbliższy poniedziałek. Moi współlokatorzy umierają, żebym wróciła - odpowiada.
- Jak wielu współlokatorów masz? - pyta Tessa.
- Trzech, wszyscy tancerze.
- Och, wow - Tessa wymusza uśmiech. Śmieję się.
- O Boże! To są tancerze baletowi, nie striptizerzy - Sarah wybucha śmiechem, a ja razem z nią, Tessa śmieje się z ulgą i zakłopotanym wyrazem.  
Dziewczyna prowadzi większość rozmowy, pytając losowo o kobiece gówno i ich strefy. Skupiam się wyłącznie na krzywych ustach Tessy, kiedy mówi. Uwielbiam sposób, w jaki zatrzymuje się co kilka ukąszeń i przeciera usta serwetką, chociaż nie ma nic na twarzy. Kolacja jest kontynuowana w ten sposób, aż jestem znudzony na śmierć, a twarz Liama jest już tylko trochę czerwona.
- Harry, wiem, że odmówiłeś pójścia na zakończenie roku, ale może zmieniłeś zdanie przez ten czas? - Ken pyta, natomiast Karen, Tessa i Sarah sprzątają ze stołu.
- Nie, nie zmieniłem zdania - obgryzam paznokcie. Ciągle to robi, specjalnie wspomina o tym przy Tessie, by zmusić mnie do pójścia do dusznej sali, gdzie tysiące ludzi będzie zapychać trybuny, obficie się pocąc i wyć jak dzikie zwierzęta.
- Nie zmieniłeś? - Tessa przerywa. Odwracam się, spoglądając raz na Kena, raz na Tessę. - Myślałam, że ponownie to rozważysz? - mówi, dokładnie wiedząc, co robi. Liam uśmiecha się jak dupek, którym jest, a Karen i Sarah rozmawiają w kuchni.
- Ja... - zaczynam. Ja pierdolę. W oczach Tessy widzę nadzieję, ale gwałtownie, niemal ośmiela mnie do zaprzeczenia. - Tak, jasne, dobra. Kurwa, pójdę na zakończenie - jestem zirytowany, wyraźnie zirytowany. To jest jakaś bzdura.
- Dziękuję - mówi Ken. Już mam zamiar powiedzieć mu, że jest, kurwa, mile widziany, ale zdaje sobie sprawę, że dziękuje Tessie, a nie mi.
- Jesteście tacy... - milknę przez ostrzeżenie od Tessy. - Jesteście tacy wspaniali - mówię im. Mali, gówniani współdziałacze, powtarzam w mojej głowie w kółko i w kółko, dopóki ukazują zadowolony uśmiech z siebie.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •