niedziela, 1 marca 2015

Literacki blog.

Cześć, kochani! Chciałabym Was serdecznie zaprosić na mojego literackiego bloga, którego dopiero co otworzyłam. Będę zamieszać na nim recenzje przeczytanych książek. Mam nadzieję, że również i tam do mnie dołączycie oraz, że będziecie tę stronę stale odwiedzać i komentować, wyrażając swoje opinie :)

Link do bloga: [KLIK]

Rozdział 250.

Soundtrack do rozdziału:

• Matt Cardle - When We Collide
• The Fray - Look After You


Tessa’s POV:

Pięć minut przed piątą próbuję dodzwonić się do Harry’ego, ale on nie odbiera. Gdzie on się podziewa przez cały dzień? Czy Zayn miał rację mówiąc, że Harry był wczoraj na mieście późną nocą? Możliwe, że mógłby być w drodze do Seattle i chce mi zrobić niespodziankę, ale nie wierzę, że o to chodzi. Zgodzenie się na spotkanie z Zaynem ciążyło mi na sercu od momentu, w którym to zrobiłam. Wiem, że Harry nienawidzi mojej przyjaźni z Zaynem. Nienawidzi jej tak bardzo, że ona prześladuje go w snach, a ja tu go prowokuję.
Nie kłopoczę się, by sprawdzić moje włosy albo poprawić makijaż przed zjechaniem windą do lobby, ignorując krytykanckie spojrzenie Kimberly po tym, jak powiedziałam jej o swoich planach. Furgonetka Zayna jest widoczna przez szklane ściany i nie mogę zignorować podekscytowania, które czuję z powodu, że zobaczę znajomą twarz. Wolałabym, żeby była to twarz Harry’ego, ale to Zayn tu jest, a Harry nie.
Zayn wysiada ze swojej furgonetki, by mnie przywitać, gdy tylko wychodzę z budynku. Jego uśmiech rośnie, kiedy obserwuje mnie idącą chodnikiem. Twarz Zayna jest pokryta ciemnymi włosami, a on jest ubrany w czarne dżinsy i szarą bluzkę z długim rękawem. Wygląda tak przystojnie jak zawsze, a ja wyglądam jak śmierć na chorągwi.
- Hej – uśmiecha się, otwierając swoje ramiona do uścisku.
Zalewa mnie fala niepewności, ale potrzeba bycia uprzejmą wpycha mnie w jego oczekujące ramiona.
- Minęło trochę czasu – mówi w moje włosy. Potakuję, zgadzając się.
- Jak twoja przejażdżka? – pytam go, wyrwawszy się z uścisku.
- Długa – otwiera przede mną drzwi pasażera, a ja pośpiesznie wsiadam do środka, by zejść z chłodnego powietrza. Szoferka jego furgonetki jest ciepła i pachnie jak on.
- Co sprawiło, że zdecydowałeś się przyjechać dzisiaj, a nie jutro? – rozpoczynam rozmowę, gdy Zayn niepewnie włącza się do ruchu.
- To po prostu… zmiana zdania, naprawdę nic – jego oczy krążą pomiędzy lusterkiem wstecznym a lusterkami bocznymi.
- Prowadzenie w mieście jest przerażające – mówię do niego.
- Tak. Bardzo – uśmiecha się, wciąż skoncentrowany na drodze.
- Wiesz gdzie chcesz zjeść obiad? Jeszcze zbyt dobrze się nie rozeznałam, więc nie wiem gdzie są najlepsze miejscówki.
Sprawdzam swoją komórkę. Nic.
Zayn i ja decydujemy się na małą knajpkę z grillem w mongolskim stylu. Ja wybieram kurczaka z warzywami i obserwuję z podziwem jak kucharz przyrządza jedzenie w mojej obecności. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu i Zaynowi wydaje się to zabawne. Zostaliśmy usadzeni na tyłach małej restauracji. Zayn siedzi naprzeciwko mnie i oboje jesteśmy zbyt cicho, by to mogło być komfortowe.
- Coś jest nie tak? – pytam go, grzebiąc w swoim jedzeniu.
- Nie wiem czy w ogóle powinienem to wyciągać, wyglądasz jakbyś miała i tak już wiele na głowie, a ja chcę, żebyś miło spędziła czas – oczy Zayna są miękkie i pełne zmartwienia.
- Ze mną w porządku. Powiedz mi, cokolwiek to jest, bo potrzebujesz – napinam się na nieznany cios, którego nadejścia jestem pewna.
- Harry przyjechał wczoraj do mnie.
- Co? – nie potrafię ukryć zaskoczenia w moim głosie. Dlaczego Harry miałby przyjeżdżać do mieszkania Zayna? A jeśli to zrobił, jakim cudem Zayn siedzi tu, przede mną, bez żadnych widocznych blizn albo brakujących kończyn? – Czego chciał? – pytam.
- Powiedzieć mi, żebym trzymał się od ciebie z daleka.
Wspomniałam wczoraj Harry’emu o wiadomości Zayna i wydawał się taki niedotknięty sytuacją.
- O której? – pytam, mając nadzieję, że to było po tym, jak mieliśmy rozmowę o nieukrywaniu rzeczy przed sobą nawzajem.
- Po południu, około trzeciej.
Wypuszczam zdesperowany oddech. Harry nie ma granic, a jego lista wykroczeń rośnie z minuty na minutę.
- Co dokładnie powiedział? – pocieram skronie. Mój apetyt zniknął.
- Że nie obchodzi go jak to zrobię, ani czy zranię twoje uczucia, po prostu muszę się od ciebie odsunąć. Był taki spokojny, to było jakby dziwaczne – przebija widelcem kawałek brokuł i wrzuca go sobie do buzi.
- A ty i tak tu przyjechałeś?
- Właśnie tak.
- Dlaczego? – przepełniona testosteronem bitwa pomiędzy nimi dwojgiem wyniszcza mnie i jestem już na skraju, próbując się utrzymać, ale spadam.
- Bo jego groźby już na mnie nie podziałają. On nie może mi powiedzieć, z kim mam się przyjaźnić i mam nadzieję, że ty myślisz na ten temat to samo – jego złote oczy napotykają moje.
Jestem niezrównanie zdenerwowana, że Harry wybrał się do mieszkania Zayna, aby mu grozić. Jestem nawet bardziej zdenerwowana, że nie pomyślał o tym, by napomknąć o tym mnie. Chciał, żeby Zayn zranił moje uczucia i zakończył naszą przyjaźń, a on miał zamiar trzymać swoją rolę w tej transakcji w ukryciu.
- Myślę to samo na temat Harry’ego kontrolującego to, z kim się przyjaźnię – oczy Zayna napełniają się triumfem, gdy te słowa opuszczają moje usta. To mnie krępuje. – Ale uważam także, że ma dobry powód, by nie chcieć, żebyśmy się przyjaźnili. Nie sądzisz?
- Tak i nie. Nie będę ukrywał moich uczuć do ciebie, ale wiesz, że nie napieram nimi na ciebie. Powiedziałem ci, że przyjmę to, co będziesz mogła mi dać, i jeśli przyjaźń to wszystko, na co mogę liczyć, przeżyję z tym.
- Wiem, że nie napierasz – decyduję się odpowiedzieć tylko na połowę jego zdania. Zayn nigdy nie popycha mnie do zrobienia czegokolwiek i nigdy nie próbuje mnie przymusić do niczego, ale nienawidzę sposobu, w jaki mówi o Harrym.
- Możesz powiedzieć to samo o nim? – rzuca wyzwanie.
Impuls, aby bronić Harry’ego zmusza mnie do mówienia:
- Nie, nie mogę. Wiem, że on tak robi, ale taki po prostu jest.
- Zawsze jesteś taka prędka, by go bronić, nie pojmuję tego.
- Nie musisz tego pojmować – szorstko ucinam.
- Naprawdę? – mówi  Zayn cicho i wzdryga się.
- Tak – prostuję plecy i siadam tak prosto, jak tylko mogę.
- Nie przeszkadza ci to, jak posesywny jest? On mówi ci, z kim możesz się przyjaźnić…
- To mi nie przeszkadza, ale…
- Pozwalasz mu to robić.
- Przejechałeś całą drogę do Seattle, żeby przypomnieć mi, że Harry jest kontrolujący?
Zayn otwiera usta, by przemówić, ale jednak je zamyka.
- Co? – naciskam go.
- On rości sobie do ciebie prawa, a ja martwię się o ciebie. Wyglądasz na taką zestresowaną.
Wzdycham, pokonana. Jestem zestresowana, zbyt zestresowana, ale kłócenie się z Zaynem niczemu nie pomaga, a jedynie powiększa moją frustrację.
- Nie zamierzam mu robić wymówek, ale nie wiesz nic o naszym związku. Nie widzisz, jaki on jest przy mnie. Nie rozumiesz go tak jak ja – odsuwam od siebie talerz i zauważam, że para przy stoliku obok zwróciła swoją uwagę na nas. Obniżam głos:
- Nie chcę się z tobą kłócić, jestem wyczerpana i naprawdę z niecierpliwością oczekiwałam na spędzenie z tobą tego czasu – mówię mu.
- Jestem takim durniem, prawda? – ponownie opada na oparcie swojego krzesła. – Przepraszam, Tesso. Zrzuciłbym winę na jazdę… ale to nie jest wymówka. Przepraszam.
- W porządku, nie chciałam na ciebie naskakiwać. Nie wiem, co we mnie wstąpiło – moja miesiączka może nadejść w każdej chwili, to musi być powód tego, że jestem tak na krawędzi.
- To moja wina, naprawdę – sięga przez stół i ściska moją dłoń.
- A jak idzie wszystko inne? – pytam go. Napięcie wciąż wypełnia powietrze pomiędzy nami, a ja nie mogę przestać myśleć o Harrym, który poszedł do mieszkania Zayna, żeby spróbować zmusić go do trzymania się z dala ode mnie, co wkurza mnie niesamowicie, ale moje serce boli z jego desperacji.
Zayn zagłębia się w konwersację o swojej rodzinie i o tym, jak ciepło było na Florydzie ostatnim razem, gdy tam pojechał. Rozmowa pomiędzy nami jest taka łatwa i presja nas opuszcza, pozwalając mi dokończyć mój posiłek.
- Masz dalsze plany na wieczór? – pyta Zayn, prowadząc mnie do wyjścia.
- Tak, idę do klubu jazzowego Christiana, który właśnie otworzył.
- Christiana? – zapytuje Zayn.
- Och, mojego szefa. To u niego teraz się zatrzymałam.
- Zatrzymałaś się u swojego szefa? – unosi brew.
- Tak, ale on chodził do college’u z ojcem Harry’ego i jest ich długoletnim przyjacielem – wyjaśniam. Nie docierało do mnie, że Zayn nie zna żadnych detali z mojego życia. Zayn odebrał mnie z niespodziankowego przyjęcia zaręczynowego Vance’a dla Kimberly, ale nic o nich nie wie.
- Och, a więc tak zyskałaś płatny staż?
Auć.
- Tak – przyznaję.
- Cóż, i tak to jest świetne.
- Dzięki – gapię się przez okno i wyciągam telefon z torebki.
Wciąż nic.
- Co jeszcze planujesz robić będąc w Seattle? – pytam w środku próby wyjaśnienia, w które ulice trzeba wjechać, żeby znaleźć się w domu Vance’a. Poddaję się po paru minutach i wstukuję adres w mój telefon. Ekran zawiesza się, a zasilanie wyłącza się dwukrotnie, nim urządzenie finalnie współpracuje.
- Nie jestem pewien. Zamierzam zobaczyć, co zechcą zrobić moi przyjaciele. Może moglibyśmy się jeszcze raz dzisiaj spotkać? Albo nim wyjadę w sobotę?
- Dam ci znać – zgadzam się.
- Kiedy Harry tu będzie? – jad, którym podszyte jest to pytanie, nie przechodzi niezauważony.
- Nie jestem pewna, być może dzisiaj – po raz kolejny wgapiam się w mój telefon, tym razem tylko z przyzwyczajenia.
- Czy wy jesteście teraz ze sobą? Wiem, że powiedzieliśmy, że nie będziemy już o tym rozmawiać, ale jestem zdezorientowany.
- Ja tak samo – przyznaję, a on się uśmiecha. – Ostatnio dawaliśmy sobie trochę przestrzeni.
- I to działa?
- Tak – działało, do paru dni wstecz, kiedy Harry zaczął się ode mnie odciągać.
- To dobrze w takim razie.
- Co? – muszę wiedzieć, co on ma na myśli. Mogę zobaczyć, jak to chodzi mu po głowie.
- Nic, nie chcesz tego słyszeć.
- Ależ chcę – wiem, że będę tego żałowała, ale to nie zatrzymuje mojej ciekawości.
- Ja po prostu nie widzę żadnej przestrzeni. Ty jesteś w Seattle, zatrzymując się u przyjaciela jego rodziny, który jest również twoim szefem. Nawet z Pullman on cię kontroluje, próbując zakończyć te parę przyjaźni, które masz, a kiedy akurat tego nie robi, przyjeżdża do ciebie w odwiedziny do Seattle. To nie wygląda dla mnie za bardzo jak przestrzeń.
Nie myślałam o mojej sytuacji życiowej z tej perspektywy aż do tego momentu. Czy to kolejny powód, dla którego Harry sabotował mój wynajem? Że na wypadek gdybym jednak zdecydowała się wyjechać do Seattle, mogłabym być pod czujnym okiem przyjaciela jego rodziny?
- Nam to pasuje. Wiem, że dla ciebie to nie ma sensu, ale dla nas to działa. Ja wiem…
- Próbował mi zapłacić, żebym trzymał się od ciebie z daleka – wcina się Zayn.
- Co?
- Tak, groził mi i powiedział, żebym wyszedł do niego z propozycją. Powiedział mi, żebym znalazł sobie inną dziwkę w kampusie, którą mógłbym się zabawiać.
Dziwkę?
- Powiedział, że nikt inny nigdy nie będzie ciebie miał i był okropnie dumny z siebie, że nadal się do niego kleisz, nawet po tym, jak powiedział ci o spaniu z Molly po tym, jak wy dwoje zaczęliście się umawiać.
Wspomnienie Harry’ego i Molly kłuje. Zayn wiedział, że zaboli. Dokładnie dlatego to powiedział.
- Już sobie z tym poradziliśmy. Nie chcę rozmawiać o Harrym i Molly – mówię przez zaciśnięte zęby.
- Po prostu chcę, żebyś wiedziała z czym się mierzysz. On nie jest tą samą osobą, gdy ciebie nie ma w pobliżu.
- To nie jest zła rzecz – odpyskuję. – Ty go nie znasz – czuję ulgę, kiedy wjeżdżamy na drogę dojazdową do mniej zaludnionej części miasta, co sygnalizuje, że jesteśmy mniej niż pięć minut drogi od mojego tymczasowego domu.
Im szybciej skończy się ta przejażdżka, tym lepiej.
- Tak naprawdę, ty też nie. Spędzasz cały swój czas kłócąc się z nim.
- Jaki masz tutaj cel? – pytam go. Bardzo nie podoba mi się kierunek, jaki obrała nasza konwersacja, ale nie mam pojęcia, jak zawrócić ją na neutralne tory.
- Żaden. Po prostu pomyślałem, że po całym tym czasie i całym gównie, w jakie cię pakuje, zobaczysz to.
Trafia mnie pewna myśl.
- Powiedziałeś mu, że tutaj przyjeżdżasz?
- Nie.
- To ty nie grasz tutaj fair – wywołuję go.
- On też nie – wzdycha, desperacko próbując utrzymać swój głos cicho. – Słuchaj, wiem, że będziesz go bronić, nim umrzesz z wyczerpania, ale nie możesz mnie obwiniać za to, że chcę mieć to, co on ma. Ja chcę być tym, którego bronisz, ja chcę być tym, któremu ufasz, nawet jeśli nie powinnaś. Ja zawsze jestem tu dla ciebie, kiedy jego nie ma – pociera dłonią swój zarost i po raz kolejny bierze oddech. – Ja nie gram fair, ale on też nie. Od początku nie grał. Czasami przysięgam, że jedyny powód, dla którego on jest taki przywiązany do ciebie to wiedza, że ja też mam wobec ciebie uczucia.
Dokładnie dlatego nigdy nie będziemy mogli zbudować przyjaźni. Mimo słodkiej wyrozumiałości Zayna, to nigdy nie zadziała. On się nie poddał i jest w tym honor. Jednakże, nie mogę mu dać tego, czego on ode mnie chce i nie chcę się czuć, jakbym za każdym razem kiedy go widzę musiała wyjaśniać mój związek z Harrym.
On był tutaj dla mnie tylko dlatego, że mu na to zezwoliłam.
- Nie wiem czy mam jeszcze wystarczająco dużo siebie, by ci coś dać, nawet jako przyjaciółka.
- To dlatego, że on cię opróżnił.
Siedzę cicho i patrzę się przez okno na sosny układające się w linię z boku drogi.
- Nie chciałem, żeby dzisiaj tak wyszło, teraz pewnie nigdy więcej nie będziesz chciała się ze mną zobaczyć – mruczy, nie spoglądając na mnie.
- To ten podjazd – wskazuję za szybę, niepewna, co jeszcze mu powiedzieć.
Niezręczna, napięta cisza wypełnia szoferkę aż do chwili, w której w zasięgu wzroku znajduje się ogromny dom.
- To jest nawet większe niż ten poprzedni dom, ten, z którego kiedyś cię odebrałem – zwraca uwagę, wgapiając się oczami wychodzącymi z orbit na imponujący dom. Próbuje rozluźnić napięcie, ja robię to samo.
Zaczynam mu opowiadać o siłowni, panelu kontrolnym, który jest podłączony do iPhone’a Christiana, rozległej kuchni, kiedy serce podskakuje mi do gardła.
Auto Harry’ego jest zaparkowane tuż za smukłym Audi Kimberly. Zayn zauważa je w tym samym czasie co ja, ale on nie wygląda na dotkniętego. Czuję, jak kolory odpływają z mojej twarzy i widzę po twarzy Zayna, że on wie, że robię się niespokojna.
- Lepiej będzie, jak pójdę do środka – szepczę.
- Po raz kolejny cię przepraszam. Proszę, nie idź do środka zła na mnie. Wystarczająco dużo się u ciebie dzieje, nie powinienem sprawiać, żebyś czuła się choć trochę gorzej – proponuje mi, że wejdzie do środka żeby upewnić się, czy wszystko jest w porządku, ale odrzucam go. Wiem, że Harry będzie wkurzony, niezrównanie wkurzony, ale ja stworzyłam ten bałagan, więc ja muszę ponieść odpowiedzialność za posprzątanie go.
- Jest w porządku – zapewniam go z fałszywym uśmiechem i wychodzę w jego furgonetki z obietnicą, że napiszę do niego, kiedy będę mogła. – Dam sobie z nim radę.
Jestem świadoma moich powolnych kroków, kiedy zmierzam do drzwi, ale nie podejmuję wysiłku szybszego poruszania się. Staram się przemyśleć, co powinnam powiedzieć, czy powinnam być zła na Harry’ego, czy może raczej przepraszać za kolejne zobaczenie się z Zaynem, gdy drzwi się otwierają.
Wychodzi z nich Harry, ubrany w swoje ciemnoniebieskie jeansy i gładki, czarny podkoszulek. Pomijając fakt, że minęły dopiero dwa dni odkąd go ostatnio widziałam, mój puls przyspiesza, a mnie aż boli, by znaleźć się bliżej niego. Tęskniłam za nim tak bardzo w te krótkie dni, kiedy byliśmy osobno.
Jego twarz jest zaklęta w kamień, a lodowate spojrzenie odprowadza starą furgonetkę Zayna, kiedy ta znika z pola widzenia.
- Harry, ja…
- Wejdź do środka – karci mnie.
- Nie mów mi… - zaczynam.
- Jest zimno, wejdź do środka – oczy Harry’ego gorzeją, płomień w nich powstrzymuje mnie od kłótni. Zaskakuje mnie delikatnym położeniem dłoni na zakrzywieniu moich pleców. Prowadzi mnie do domu, obok Kimberly i Smitha w salonie, a następnie do mojej sypialni, bez słowa. Zamyka za sobą drzwi i blokuje zamek.
- Dlaczego? – spogląda na mnie, a moje serce prawie eksploduje.
- Nic się nie stało, przysięgam. Powiedział, że przyjechał wcześniej i chciał wyjść na obiad. Nie wiedziałam, jak odmówić.
- Nigdy nie wiesz – prycha, chwytając moje spojrzenie.
- Wiem, że wczoraj poszedłeś do jego mieszkania. Czemu mi nie powiedziałeś?
- Bo nie musiałaś wiedzieć – jego oddech jest szorstki, ledwo kontrolowany.
- Nie tobie decydować, co ja muszę wiedzieć – wyzywam go. – Nie możesz ukrywać przede mną rzeczy. Wiem też o ślubie twojej matki – mówię cicho. On nawet  nie drgnął.
- Jedna rzecz na raz – żyły na jego rękach są widoczne pod skórą w rzadkich miejscach białej skóry, lekki niebieski z dodatkiem czarnego tuszu. Jego pięści są ciasno zaciśnięte.
- Nie spotkam się z nim więcej.
- Powiedziałaś to już wcześniej.
- Wiem. Wcześniej tego nie rozumiałam, ale po spędzeniu  z nim dzisiaj czasu, rozumiem.
- Dlaczegóż to? – odwracam wzrok od jego intensywnej aparycji. – Popatrz na mnie – zimno komenderuje.
- Bo wiem, że on jest dla ciebie jak spust, a ja nie powinnam była za niego pociągać, spotykając się z nim. Wiem, jak bardzo zabolałoby mnie, gdybyś zobaczył się z Molly albo jakąś inną kobietą z tej pobudki.
- Dlaczego teraz? Co on zrobił, żeby nagle zmieniło się twoje zdanie?
- Nic. On nic mi nie zrobił. Pojęcie tego nie powinno było zająć mi tak długo.
- Jeśli znowu się z nim zobaczysz, to będzie dla nas koniec. Ja nie mogę tego znieść. Musiałem dać z siebie wszystko, by nie znaleźć was dwoje na obiedzie, zbić mu mordę i wywlec cię z tego miejsca. Ja nie żartuję, Tesso, to jest dla mnie za wiele i ja tu próbuję, naprawdę próbuję, a ty to spieprzasz zwożąc go tutaj.
Odsuwam się od niego o krok i zbieram myśli. On ma rację. Używa złych słów, ale jego intencja jest poprawna. Ja oczekuję od niego, że będzie trzymał swój temperament na wodzy, po czym robię tę jedną rzecz, o której wiem, że go rozwścieczy.
- Powiem mu teraz. Zadzwonię do niego przy tobie i powiem mu, że nie chcę już z nim przyjaźni. Wiem, jak bardzo cię to trapi. Pomiędzy twoimi snami i czymkolwiek, co Steph powiedziała, wiem, że miałeś wątpliwości i ja nie powinnam pomagać im stać się rzeczywistością.
Oczy Harry’ego miękną i skłania głowę. Oczekiwał z mojej strony kłótni, wiem o tym.
- Nie, on już skradł mi dziś wystarczająco czasu.
- Przepraszam – uraczam go. Wciąż jestem zła, że trzymał przede mną rzeczy w tajemnicy, ale jestem mu winna przeprosiny za zobaczenie się z Zaynem. Znowu.
- Chodź tu – otwiera swoje ramiona dla mnie tak, jak zawsze to robi, a ja szybko się nimi oplatam.
- Skąd wiedziałeś, że byłam z nim? – dotykam policzkiem jego torsu. Jego miętowy zapach okupuje moje zmysły, odpychając wszystkie myśli o Zaynie.
- Kimberly mi powiedziała – mówi Harry w moje włosy.
- Ona naprawdę nie wie, jak trzymać buzię na kłódkę – marszczę brwi.
- Nie zamierzałaś mi powiedzieć? – jego kciuk naciska pod moją brodę, by unieść moją głowę.
- Zamierzałam, ale wolałabym powiedzieć ci sama – przypuszczam, że jestem wdzięczna za szczerość Kimberly. Hipokryzją z mojej strony byłoby chcieć, żeby była szczera tylko ze mną, a z Harrym nie.
- Naprawdę wierzę w to, co powiedziałem o nie widzeniu się z nim więcej. Niech to będzie ostatni raz, kiedy odbywamy tę konwersację.
Ignoruję wymagający ton, jakiego używa.
- Dlaczego nie przyszedłeś nas znaleźć? – pytam go. Przypuszczałam, że jeśli wiedział, że byłam z Zaynem, dokładnie to by zrobił.
- Ponieważ – wdycha powietrze, patrząc mi w oczy – ciągle nawijałaś o tym cyklu i chciałem go przerwać.
Serce mi rośnie na jego szczerą i przemyślaną wypowiedź. On naprawdę próbuje i to znaczy dla mnie tak wiele.
- Wciąż jestem wkurzony – dodaje.
- Wiem – dotykam koniuszkami palców jego policzka, a jego ręka zacieśnia się wokół mnie. – Ja też jestem wkurzona. Nie powiedziałeś mi o ślubie i chcę wiedzieć dlaczego.
- Nie dzisiaj – ostrzega mnie.
- Tak, dzisiaj. Ty masz swój święty spokój z Zaynem, teraz moja kolej.
- Tessa – jego wargi zaciskają się w surową linię.
- Harry…
- Doprowadzasz mnie do szału – puszcza mnie i przechodzi przez pokój, tworząc pomiędzy nami dystans, którego nie mogę znieść.
- Ty mnie też! – odgryzam się, powtarzając jego ruchy, aby znów się do niego przybliżyć.
- Nie chcę w tej chwili rozmawiać o tym pierdolonym ślubie, jestem już i tak wściekły i ledwo się kontroluję. Nie naciskaj mnie, okej?
- Dobra! – poddaję się. Nie dlatego, że obawiam się tego, co powie, ale dlatego, że właśnie spędziłam dwie i pół godziny z Zaynem i gniew Harry’ego tylko maskuje niepokój i ból, które w nim obudziłam, czyniąc to.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •


Notka: KOCHANI! Proszę, aby każdy fan After polubił oficjalną stronę Między Słowami, czyli wydawcę naszej ulubionej serii książek. Każdy lajk jest bardzo ważny! [KLIK]
Chciałabym Was również serdecznie zaprosić na mojego nowo-otwartego bloga literackiego, na którym będę umieszczać recenzje przeczytanych książek. Mam nadzieję, że będziecie ze mną również i tam oraz, że pozostawicie po sobie ślad :) [KLIK]

czwartek, 26 lutego 2015

Strona na FB.

Zapraszam do polubienia oficjalnej strony Wydawnictwa Między Słowami, które sprawuje 'opiekę' nad serią #After. Lajkujemy, komentujemy i udostępniamy! :)

Rozdział 249.

Soundtrack do rozdziału:

• A Great Big World ft. Christina Aguilera - Say Something
• Taylor Swift - Red
• Kodaline - All I Want


Tessa’s POV:

Anglia? Dlaczego Harry miałby lecieć do Anglii? Przeprowadza się tam po ukończeniu szkoły? Ponownie odczytuję jej wiadomość.
'Wiedziałaś, że twój kochaś jedzie do Londynu w weekend?'
Następny weekend!
Opieram czoło o kierownicę mojego samochodu i zamykam oczy. Myślałam, że Harry i ja wreszcie uczyliśmy się ze sobą komunikować, dlaczego miałby mi nie powiedzieć, że w tak niedługim czasie wybiera się do Anglii?
Mój pierwszy instynkt każe mi zadzwonić do niego i spytać czemu ukrywa przede mną podróż. Powstrzymuję się przed tym, ponieważ to dla mnie idealna okazja, by nie dojść do konkluzji przed porozmawianiem z nim. Jest szansa, mała, że Kimberly ma błędne informacje, a Harry nie jedzie w następny weekend do Anglii. Moja klatka piersiowa się kurczy na myśl o tym, że on wciąż chce się tam przeprowadzić.
Wciąż próbuję przekonać się, że ja jestem wystarczającym powodem, by zatrzymać go tutaj.

Harry’s POV:

Wydaje się jakby minęły wieki odkąd wjechałem na ten parking. Jeździłem w kółko przez ostatnią godzinę, przechodząc przez możliwe wyniki przyjeżdżania tutaj. Po sporządzeniu w myślach listy wszystkich za i przeciw, czegoś, czego ja nigdy, przenigdy nie robię, wyłączam samochód i wychodzę na zimne, wieczorne powietrze.
Omiatam wzrokiem budynek i znajduję zaparkowaną dokładnie przed nim jego furgonetkę. Przypuszczam, że jest w domu, jeśli nie, właśnie zmarnowałem całe moje popołudnie i będę nawet bardziej zirytowany, niż jestem teraz. Brązowy budynek jest usytuowany tuż przy ulicy. Rdzawa klatka schodowa prowadzi na drugie piętro, gdzie znajduje się jego mieszkanie. Z każdym stopniem coraz bardziej zastanawiam się nad tym, czemu ja tu w ogóle jestem.
Kiedy tylko docieram do mieszkania oznaczonego literą C, w mojej tylnej kieszeni wibruje telefon. To albo Tessa, albo moja mama. W tej chwili nie chciałbym rozmawiać żadną z nich. Jeśli porozmawiam teraz z Tessą, zostanę wytrącony z mojego planu, a moja mama tylko mnie wkurzy ze swoimi naleganiami, żebym przyjechał do Anglii na jej ślub.
Ignorując wibrowanie mojego telefonu, pukam do drzwi. Po kilku sekundach on otwiera, mając na sobie tylko ściągane na sznurek spodnie. Jego stopy są gołe, na jego brzuchu ukazany jest wymyślny tatuaż. Nie widziałem go wcześniej. Musiał go zrobić po tym, jak próbował się miziać z moją pierdoloną dziewczyną.
Zayn mnie nie wita. Zamiast tego, stoi w progu z oczywistym zszokowanym i podejrzliwym spojrzeniem na twarzy.
- Musimy porozmawiać – mówię wreszcie i przepycham się przez niego do mieszkania.
- Powinienem zadzwonić po gliny? – pyta suchym tonem.
- To zależy od tego, czy będziesz ze mną współpracował, czy nie – siadam na zużytej, skórzanej sofie Zayna i spoglądam na niego.
Ciemne włosy pokrywają jego żuchwę i oprawę ust. Wydaje się, jakby długie miesiące minęły odkąd widziałem go przed domem mamy Tessy, a nie tylko półtorej tygodnia.
- Dobra, dawaj – wzdycha i opiera się plecami o ścianę po przeciwnej stronie jego małego salonu.
- Wiesz, że chodzi o Tessę.
- Tyle się domyśliłem – marszczy brwi i krzyżuje swoje wytatuowane ręce.
- Nie jedziesz do Seattle - unosi grubą brew, po czym uśmiecha się.
- A przeciwnie, jadę. Już zrobiłem plany.
On czyni to o wiele trudniejszym, niż to musi być i zaczynam skopywać własny tyłek za myślenie,  że to zakończyłoby się jakkolwiek inaczej, niż z nim na noszach.
- To nie jest takie… - oddycham głęboko, by trwać w spokoju i trzymać się zamierzeń. – Nie jedziesz do Seattle.
- Odwiedzam tam moich przyjaciół – rzuca mi wyzwanie.
- Gówno prawda. Wiem dokładnie, co tam robisz – odgryzam się.
- Będę z grupką przyjaciół w Seattle, ale na wypadek, gdybyś się zastanawiał, to ona mnie zaprosiła, żebym ją odwiedził – w momencie, gdy te słowa opuszczają jego usta, zrywam się z miejsca.
- Nie naciskaj mnie, próbuję to zrobić we właściwy sposób – grożę. – Nie masz powodu, by ją odwiedzać, ona jest moja.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi? Mówienie, że jest twoja, jakby była twoją własnością?
- Ni chuja mnie to nie obchodzi, jak to brzmi, to jest prawda – stawiam kolejny krok w jego stronę. Powietrze między nami zmieniło się z napiętego na dosłownie nadające się do krojenia nożem. Każdy z nas próbuje tu oznaczyć swoje terytorium i ja się nie wycofam.
- Więc dlaczego w takim razie nie jesteś w Seattle? – naciska.
- Kończę szkołę po tym semestrze, oto dlaczego – dlaczego w ogóle odpowiadam na jego pytania? Przyszedłem tutaj porozmawiać, nie słuchać i angażować się w tę konwersację. Nie dopnę swego, jeśli on będzie próbował obrócić to gówno przeciwko mnie. – To, że mnie tam nie ma, jest niewłaściwe. Nie zobaczysz się z nią, gdy tam będziesz.
- To jest jej decyzja, nie sądzisz?
- Jeśli bym tak myślał, nie byłoby mnie tutaj, prawda? – zaciskam pięści przy bokach i odwracam wzrok od, by zatrzymać go na stosik naukowych podręczników na jego stoliku do kawy. – Dlaczego po prostu nie zostawisz jej w spokoju, czy to przez to, co zrobiłem…
- Nie – przerywa mi. – To nie ma z tym nic wspólnego. Troszczę się o Tessę, zupełnie jak ty. Ale w odróżnieniu do ciebie, ja traktuje ją tak, jak ona na to zasługuje.
- Nie wiesz nic o tym, jak ja ją traktuję – syczę.
- Tak, ziom, właściwie to wiem. Jak wiele razy ona przybiegała do mnie z płaczem przez coś, co ty zrobiłeś albo powiedziałeś? Zbyt wiele. Jedyne, co robisz, to krzywdzisz ją. I ty to wiesz.
- Przede wszystkim, ty jej nawet w ogóle nie znasz, a po drugie, nie sądzisz, że to trochę żałosne z twojej strony, by wciąż kłopotać się kimś, kogo nigdy nie będziesz miał? Jak wiele razy będziemy odbywali tę rozmowę?
Ostrożnie mierzy mnie wzrokiem, delektując się moim oczywistym rozgniewaniem.
- Nie – jego język wysuwa się, oblizując usta. – To nie jest żałosne. W rzeczywistości, to jest genialne. Będę czekał w tle na dzień, w którym ty znowu spieprzysz, co jest nieuniknione, a kiedy to zrobisz, ja tam będę.
- Jesteś pieprzonym… - przechodzę przez pokój, żeby utworzyć pomiędzy naszymi ciałami tak dużo przestrzeni, jak to możliwe, zanim jego głowa wyląduje przebijając ścianę. – Więc kiedy to będzie? Czy chcesz, żeby ona sama ci powiedziała, że nie chce cię w pobliżu? Myślałem, że już to zrobiła, ale jesteś tu i…
- To ty jesteś w moim mieszkaniu.
- Cholera, Zayn! – krzyczę. – Czemu nie możesz po prostu, do chuja, przestać? Wiesz, co ona dla mnie znaczy, a zawsze próbujesz wejść nam w drogę. Znajdź sobie kogoś innego do pogrywania, jest pełno dziwek w okolicy kampusu.
- Dziwek? – szydzi ze mnie.
- Wiesz, że nie miałem na myśli Tessy – ryczę, zużywając wszystkie siły, by utrzymać pięści przy sobie.
- Gdyby ona znaczyła dla ciebie tak wiele, nie zrobiłbyś połowy z tego gówna, które uczyniłeś. Czy ona wie, że pieprzyłeś się z Molly podczas, gdy za nią latałeś?
- Tak, wie o tym. Powiedziałem jej.
- I nie miała nic przeciwko? – jego głos jest totalnym przeciwieństwem mojego. Jest taki pozbierany i spokojny, a ja próbuję trzymać wodze mojego buzującego gniewu.
- Ona wie, że to nic dla mnie nie znaczyło, i to było przed wszystkim. Nie przyszedłem tutaj, aby dyskutować o moim związku.
- Więc dlaczego dokładnie przyszedłeś? – jest takim zadowolonym siebie dupkiem.
- Żeby dać ci znać, że nie zobaczysz się z nią w Seattle. Myślałem, że przedyskutujemy to w bardziej… - szukam właściwego słowa – cywilizowany sposób.
- Cywilizowany? Przepraszam, ale ciężko mi uwierzyć, że zjawiłeś się tutaj z dobrymi intencjami – kpi, wskazując na swój nos, który ma niewielkie wybrzuszenie na mostku. Zamykam oczy i momentalnie nawiedza mnie wizja jego nosa rozkwaszonego i krwawiącego, trzaskającego pod metalową osłoną, kiedy rozwaliłem o nią jego głowę. Wspomnienie tego dźwięku wzmacnia poziom mojej już i tak buzującej adrenaliny.
- To jest dla mnie cywilizowany! – podnoszę głos. – Przyszedłem tu porozmawiać, nie walczyć. Jednakże, jeśli nie będziesz trzymał się z dala od niej, nie będę miał żadnej innej opcji.
- Wtedy co? – pyta Zayn.
- Słucham?
- Co wtedy? Już byliśmy w tym miejscu. Ile razy możesz mnie atakować, zanim zostaniesz aresztowany; i tym razem wsadzę cię za kratki.
Słuszna uwaga. To wkurza mnie nawet bardziej. Nienawidzę faktu, że dosłownie nie mogę zrobić, do cholery, nic z tym, oprócz wprost go zamordować, co nie wchodzi w grę… przynajmniej nie w tym momencie.
- Przyszedłem tutaj z myślą, że moglibyśmy dojść do jakiegoś rodzaju porozumienia – wykładam na stół moją ostatnią opcję. Tę, której nie chciałem używać, ale on nie daje mi tu zbyt dużego wyboru.
- Jakiego rodzaju porozumienie? Kolejny zakład? – przechyla głowę na bok w najbardziej zuchwały z możliwych sposobów.
- Naprawdę mnie popychasz – cedzę przez zęby. – Powiedz mi, co ci zaszkodzi oddalenie się od niej. Co mogę ci dać, żebyś się odczepił? Nazwij to, a jest twoje.
Zayn patrzy się na mnie, szybko mrugając, jak gdyby wyniosła mi druga głowa.
- Dobra, mów, teraz. Każdy facet ma swoją cenę – sucho mruczę. Rozwściecza mnie to, że muszę negocjować z nim, ale on ma rację, nie ma nic, co mogę zrobić, by zmusić go do odejścia.
- Pozwól mi się z nią znowu zobaczyć – proponuje. – Będę w Seattle w czwartek.
- Nie. Absolutnie nie.
Czy on jest, kurwa, głupi?
- Nie pytam tu o twoje pozwolenie, próbuję cię udobruchać.
- To się nie zdarzy. Wy dwoje nie macie powodu do spędzania razem czasu, ona nie jest dla ciebie dostępna, ani dla żadnego innego mężczyzny, i nigdy nie będzie.
- A więc mamy ciebie, biorącego wszystko zaborczo – wywraca oczami i zastanawiam się, co powiedziałaby Tessa, gdyby mogła ujrzeć tę stronę jego. Jedyną stronę, jaką ja kiedykolwiek znałem.
Gryzę się w język, gdy on gapi się na sufit, jak gdyby rozmyślał nad kolejną ofertą. To jest taka pierdolona bzdura, czysta i całkowita pierdolona bzdura. Moja głowa wiruje i szczerze zaczynam się zastanawiać jak długo jeszcze mogę zachować chłód.
- Twój samochód – wreszcie mówi.
Szczęka mi opada na jego śmiałość i nie mogę się powstrzymać od śmiechu.
- Nie ma, kurwa, mowy! – podchodzę o dwa kroki do niego. – Nie oddaję ci mojego pieprzonego samochodu jako towar wymienny za zostawienie jej w spokoju. Zlasowało ci twój pierdolony mózg? – moje ręce fruną w niebo.
- Przepraszam więc, wygląda na to, że nie możemy jednak dojść do porozumienia – jego oczy błyszczą za gęstymi rzęsami, a on przeczesuje dłonią grube włosy pokrywające jego twarz.
Obrazki z mojego snu zalewają moją głowę. On, wbijających się w nią, sprawiający, że dochodzi…
Trzęsę głową, by pozbyć się tych wizji. Wygrzebuję z kieszeni kluczyki i rzucam je na stolik kawowy pomiędzy nami.
- Jesteś poważny? – rozdziawia usta, pochylając się, żeby chwycić kółeczko na klucze. Bada je, obracając w dłoniach kilka razy, po czym patrzy ponownie na mnie. – Pierdzieliłem się z tobą! – rzuca mi kluczyki, ale nie łapię ich na czas, spadają tuż koło czuba mojego buta.
- Wycofam się, kurwa. Nie oczekiwałem, że naprawdę dasz mi swoje kluczyki – śmieje się, drwiąc sobie ze mnie.
- Nie dawałeś mi zbyt wielu opcji do wyboru.
- Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, pamiętasz? – wspomina Zayn.
Siedzę w ciszy, ponieważ obaj pamiętamy, jak to wszystko było, przed tym całym gównem, przed tym jak naprawdę martwiłem się o cokolwiek, przed nią. Ciężko pamiętać te domniemane dni.
- Byłem zbyt wielkim pochlaj mordą, żeby to pamiętać.
- Wiesz, że to nieprawda. Przestałeś pić po…
- Nie przyszedłem tu żeby wybrać się z tobą na spacer ścieżką wspomnień. Wycofasz się czy nie? – przeszkadzam mu.
- Ta, pewnie.
- Mówię poważnie.
- Ja też.
- To znaczy absolutnie żadnego kontaktu z nią. Zero – przypominam mu po raz kolejny.
- Ona będzie się zastanawiała dlaczego. Pisałem z nią dzisiaj w dzień – informuje mnie. Decyduję się to zignorować.
- Powiedz jej, że już nie chcesz się z nią przyjaźnić.
- Nie chcę ranić jej uczuć – mówi.
- Nie martwię się o ranienie jej uczuć, musisz to wyrazić jasno, że nie będziesz już więcej wokół niej latał – chwilowy spokój, który czułem, ustał, mój nastrój znowu się temperuje. Możliwość, że uczucia Tessy zostałyby zranione przez to, że Zayn nie chciałby się z nią przyjaźnić doprowadza mnie do pierdolonego szału.
Podchodzę do drzwi, znając siebie dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że nie wytrzymam kolejnych pięciu minut w tym zatęchłym mieszkaniu. Jestem cholernie, bardzo mocno dumny z siebie za przebywanie tak długo w pokoju z Zaynem po całym gównie, które zrobił, żeby ingerować w mój związek.
Moje dłonie spoczywają na zardzewiałej gałce u drzwi, a on mówi:
- Zrobię, co będę musiał w tej chwili, ale to wciąż nie zmieni wyniku tego wszystkiego.
- Masz rację. Nie zmieni – zgadzam się z nim, wiedząc, że miał na myśli dokładne przeciwieństwo tego, o czym myślę ja.
Nim może powiedzieć choćby jedno słowo, wychodzę z jego mieszkania i schodzę po schodach tak szybko, jak to możliwe.
Kiedy wjeżdżam na podjazd mojego ojca, słońce zachodzi, a ja dalej nie dodzwoniłem się do Tessy. Jej telefon bezpośrednio przekierowuje mnie na pocztę głosową. Nawet dzwoniłem dwa razy do Christiana, ale nie odpowiedział, ani nawet nie oddzwonił. Tessa będzie zła, że pojechałem do apartamentu Zayna, czuje do niego coś, czego nigdy nie zrozumiem i nie będę tolerować.
Ale mam nadzieję, że po dzisiejszej rozmowie, nie będę musiał się nim już dłużej przejmować.
Chyba, że ona będzie do niego lgnąć.
Nie, muszę przestać w nią wątpić. Wiem, że Steph nakarmiła mnie tymi wszystkimi bzdurami i to nasączyło każdą niepewną szparę w mojej kamiennej fasadzie. Gdyby Zayn rzeczywiście pieprzył Tessę, użyłby to dzisiaj przeciwko mnie jako perfekcyjną okazję, by rzucić mi tym w twarz.
Wchodzę do domu mojego ojca bez pukania i szukam na dole Karen albo Liama. Karen jest w kuchni, stoi nad kuchenką, z metalową ubijaczką w ręce. Odwraca się i wita mnie ciepłym uśmiechem, ale z wycieńczeniem w oczach. Znajome poczucie winy rozprzestrzenia się po całym mojej ciele i przypominam sobie o potłuczonej porcelanie.
- Szukasz Liama? - pyta. Kładzie ubijaczkę na talerzu i wyciera ręce w swój fartuch, na którym są namalowane truskawki.
- Ja.. tak naprawdę nie wiem - przyznaję. Co ja tutaj robię?
Jak żałosne jest teraz moje życie, że ze wszystkich możliwych miejsc, to w tym domu znajduję największy komfort? Wiem, że to przez tutejsze wspomnienia z Tessą.
- Jest na górze. Rozmawia przez telefon z Danielle - coś w tonie Karen mnie uderza.
- Czy... - nie jestem dobry w interakcjach z ludźmi oprócz Tessy i szczególnie źle sobie radzę z emocjami innych ludzi. - Czy ma zły dzień lub coś w tym stylu? - pytam, brzmiąc jak ostatni kretyn.
- Myślę, że tak. Ma teraz trudny okres, nie rozmawiał ze mną o tym, ale wydaje się ostatnio zdenerwowany.
- Taa - nie dostrzegłem różnicy w zachowaniu mojego przyrodniego brata. Byłem zbyt zajęty zmuszaniem go do opieki nad Richardem, by coś dostrzec.
- Kiedy znowu wyjeżdża do Nowego Jorku?
- Za trzy tygodnie - stara się ukryć ból w swoim głosie, ale wychodzi jej to strasznie.
- Aha - w minutę zacząłem się czuć jeszcze bardziej niekomfortowo - Cóż, ja już pójdę...
- Nie chcesz zostać na kolacji? - pyta z zachętą.
- Yyy, nie. Jest okej.
Przez poranna rozmowę z moim ojcem, czas spędzony z Zaynem, a teraz przez niekomfortową konwersację z Karen, jestem wykończony. Nie mogę ryzykować, że będzie coś nie tak z Liamem. Nie będę w stanie poradzić sobie z tym emocjonalnym gównem, nie dzisiaj. Teraz muszę wracać do domu, do dochodzącego do siebie narkomana i pustego łóżka.

Tessa'a POV:

Kiedy wracam z pracy, Kimberly czeka na mnie w kuchni. Dwie lampi wina, jedna pełna, druga pusta, które stoją naprzeciwko, utwierdzają mnie w przekonaniu, że wzięła moją ciszę jako potwierdzenie, że nic nie wiem na temat wyjazdu Harry'ego do Anglii.
- Cześć laska - uśmiecha się do mnie sympatycznie, kiedy siadam obok niej przy ladzie.
- Hej.
- Nie wiedziałaś, prawda? - jej fachowo zakręcone blond włosy, opadają kaskadami na jej ramionach, a brokatowe kolczyki błyszczą w świetle.
- Nie, nie powiedział mi - wzdycham i sięgam po pełny kieliszek wina. Kimberly wybucha śmiechem i łapie butelkę, by wypełnić pustą lampkę, która najwidoczniej była przeznaczona dla mnie.
- Christian powiedział, że Harry nie dał jeszcze Anne jednoznacznej odpowiedzi. Nie powinnam ci tego mówić, zanim się nie dowiem, ale miałam przeczucie, że nie wspomni ci o ślubie.
Szybko przełykam białe wino, zanim jestem w stanie je wypluć - Ślub? - pospiesznie biorę kolejnego drinka, zanim będę musiała ponownie przemówić.
- Jego mama bierze ślub. Dzwoniła dzisiaj rano do Christiana, by nas zaprosić.
- Aha - szybko spoglądam w dół na czarny granit - To dla mnie nowość.
Matka Harry'ego bierze ślub za dwa tygodnie, a on w ogóle mi o tym nie wspomniał. Udawał głupka na jej nieustające telefony, wkurzając się na nią bez powodu.
- Dlatego ciągle do niego dzwoniła! - olśniewa mnie. - Co powinnam zrobić? Udawać, że nic nie wiem? Ostatnio przecież dobrze się komunikowaliśmy... - urywam.
Wiem, że to minął tylko tydzień, ale był to dla mnie niesamowity tydzień. Czuję, że w tym czasie zrobiliśmy większy postęp niż przez siedem miesięcy naszej znajomości. Zaczęliśmy rozwiązywać małe problemy, które kiedyś przeistaczały się w wielkie konflikty, ale teraz czuję, że przenieśliśmy się do czasów, kiedy wszystko przede mną ukrywał. Czy on nie wie, że i tak dowiem się prawdy?
- Chcesz pojechać? - pyta.
- Nie mogłabym pojechać, nawet jeśli zostałabym zaproszona - opieram rękę na policzku. Kimberly pochyla się na swoim krześle, by chwycić krawędź mojego siedzenia i odwrócić w swoją stronę.
- Pytałam się, czy chcesz pojechać - poprawia mnie.
- Byłoby niesamowicie, ale ja...
- To powinnaś jechać. Zawsze mogę ciebie zabrać jako gościa. Jestem pewna, że mama Harry'ego bardzo by chciała, żebyś przyjechała. Christian mówił, że uwielbia cię - jej słowa mnie zachwycają, też uwielbiam Anne.
- Nie mogę jechać, nie mam nawet paszportu - I nigdy nie byłoby mnie stać na bilet samolotowy z takim krótkim wyprzedzeniem.
- Mogłabyś przyspieszyć jego wyrobienie.
- Nie wiem... - motyle w brzuchu na wspomnienie Anglii, sprawiają, że chcę przejść korytarz i poszukać w internecie jak wyrobić przyspieszony paszport w ciągu dwóch tygodni, ale głęboka prawda o Harry, który ukrywa przede mną ten ślub zmusza mnie do pozostania na miejscu.
Jestem pewna, że ma powody, by mi o tym nie mówić. Jeśli ma taki zamiar to pewnie nie chcę mnie wlec przez tak długa drogę do Anglii. Wiem, że jego przeszłość wciąż go prześladuje i byłby łatwym celem dla swoich wewnętrznych demonów na ulicach Londynu.
- Nie miej żadnych wątpliwości. Anne byłaby zachwycona, gdybyś pojechała, a Pan Harry niech zrobi krok w stronę zaangażowania - popija swoje wino, zostawiając czerwony ślad po szmince na lampce.
- Harry nie działa w ten sposób. Im bardziej do czegoś zmierzam, tym mocniej on próbuje mnie od tego odciągnąć.
- Cóż, więc... - podnosi swój czerwony obcas, by delikatnie stuknąć mój czarny. - musisz zaprzeć się swoimi obcasami w gruncie pełnym błota i nie pozwolić mu się więcej odciągać.
Wyłapuję słowa i zapisuję sobie w głowie, by móc później je przeanalizować, kiedy nie będę pod jej bacznym spojrzeniem - Harry nie lubi nawet ceremonii zaślubin.
- Wszyscy przecież lubią zaślubiny.
- Nie Harry. Nienawidzi ich i całej koncepcji małżeństwa - mówię jej i patrzę jak żartobliwie rozszerzają się jej oczy i ostrożnie odkłada szklankę wina na blat.
- Cóż... więc... mam na myśli... - mruga. - Nie powinnam tego mówić, ale chyba muszę to powiedzieć - Kimberly wybucha śmiechem.
- Taa, powiedz - nie mogę nic na to poradzić, ale dołączam się do śmiechu. Jej śmiech jest zaraźliwy, niezależnie od mojego nastroju i za to ją kocham.
Kimberly jest czasem zbyt wścibska i nie zawsze czuję się komfortowo, kiedy rozmawia o Harrym, ale jej otwarta uczciwość to rzecz, którą kocham w niej najbardziej. Mówi jak jest i bardzo łatwo ją odczytać.
- Więc co? Będziecie się umawiać do końca życia?
- Powiedziałabym to samo - nie mogę nic na to poradzić, ale chichoczę. Może to przez kieliszek wina, albo przez fakt, że myśl o odmowie stałego zaangażowania ze strony Harry'ego zagnieździła się w mojej głowie w ostatnim tygodniu? Nie wiem, ale dobrze się czuję, kiedy śmieję się wraz z Kim.
- A co z dziećmi? Nie masz nic przeciwko posiadania dzieci bez ślubu?
- Dzieci? - ponownie wybucham śmiechem. - On nie chce posiadać dzieci.
- Ooo, to jeszcze lepiej - wywraca oczami i chwyta szklankę, by dokończyć wino.
- Powiedział tak, ale mam nadzieję... - nie dokańczam mojego marzenia. Brzmię jak desperatka, kiedy wypowiadam to na głos.
- Aaa, rozumiem - komentuje i jestem wdzięczna kiedy zmienia temat, opowiadając o rudowłosej dziewczynie, która podkochuje się w Trevorze.


***

Kiedy wchodzę do swojego pokoju, jest godzina dziewiąta. Celowo wyłączyłam swoją komórkę, by móc spędzić parę godzin tylko z Kimberly. Powiedziałam jej o planie Harry'ego, że przyjedzie w środę zamiast w piątek, na co się śmiała, że przeczuwała, iż długo nie wytrzyma.
Moje włosy są dalej mokre przez prysznic i poświęcam trochę czasu na wybraniu ubrań, które założę jutro do pracy. Gram na zwłokę i wiem o tym. Wiem, że kiedy włączę komórkę, będę musiała stawić czoło Harry'emu i konfrontacji z nim na temat ślubu. W perfekcyjnym świecie, mogłabym spokojnie z nim o tym porozmawiać, a on by mnie zaprosił, tłumacząc się, że próbował przemyśleć w jak najlepszy sposób mi to przekazać. Ale to nie jest perfekcyjny świat i w sekundę zaczęłam się bardziej niepokoić. Boli mnie, że przez bzdury jakie naopowiadała mu Steph, Harry wrócił do zatajania przede mną rzeczy. Nienawidzę jej. Kocham Harry'ego bardzo mocno i chcę, by zobaczył, że ona i ktokolwiek inny tego nie zmieni.
Niepewnie, wyjmuję telefon z torby i włączam zasilanie. Powinnam zadzwonić do mojej matki i odpisać Zaynowi, ale muszę na początku zadzwonić do Harry'ego. W powiadomieniach za górze ekranu zaczyna migać koperta, przychodzą mi kolejne i kolejne wiadomości, wszystkie od Harry'ego. Zanim jestem w stanie przeczytać którąkolwiek z nich, wybieram jego numer.
- Tessa, co do cholery?! - odpowiada po pierwszym sygnale.
- Próbowałeś się do mnie dodzwonić? - nieśmiało pytam, starając się utrzymać jak najspokojniejszy nastrój.
- Czy próbowałem? Żartujesz, prawda? Dzwoniłem do ciebie non stop przez ostatnie trzy godziny. Dzwoniłem też do Christiana - prycha.
- Przepraszam, spędzałam czas z Kim - zaczynam zbierać moje brudne ubranie i umieszczam je w pralce, by móc je wyprać jeszcze przed snem.
- Gdzie?
- Tutaj, w domu.
- Cóż, następnym razem, kiedy będziesz potrzebować... - wydaje sfrustrowany jęk i jego głos mięknie. - ...może następnym razem mogłabyś wysłać mi wiadomość czy coś, kiedy będziesz chciała wyłączyć telefon? - prycha, po czym dodaje. - Wiesz, jak wtedy wariuję.
Doceniam jego zmianę tonu i fakt, że powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś, co planował. Wolałabym zresztą tego nie wiedzieć.
Mały szum w głowie, która powstał w skutek wypicia wina w większości zniknął, a plany wyjazdu Harry'ego do Anglii ciążą na mojej klatce piersiowej.
- Jak minął ci dzisiaj dzień? - pytam go, mając nadzieję, że jeśli dam mu możliwość wygadania się, to ją wykorzysta.
- Był... cóż, długi - wzdycha.
- Mój też - nie wiem co mam mu powiedzieć bez wygadania się i wypytywania się go - Zayn do mnie napisał.
- Tak? - głos Harry'ego jest spokojny, ale zawiera pewną nutę, która może mnie zastraszyć.
- Tak, tego popołudnia. Powiedział, że będzie w Seattle w ten czwartek.
- I co mu odpisałaś?
- Jeszcze nic.
- Dlaczego mi to mówisz? - pyta Harry.
- Ponieważ, chcę byśmy byli wobec siebie otwarci. Nigdy więcej sekretów i ukrywania rzeczy - podkreślam ostatnią część zdania, mając nadzieję, że to mu pomoże w wyjawieniu prawdy.
- Cóż... dziękuję, że mi powiedziałaś.
Serio?
- A jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? - pytam, wciąż mając małą nadzieję, że wspomni o ślubie Anne.
- Rozmawiałem dzisiaj z moim ojcem.
- Naprawdę? O czym? - dzięki Bogu, że nie zmienił tematu.
- O przeniesieniu się do Seattle.
- Naprawdę?! - wydobywa się ze mnie niezamierzony pisk, na co Harry śmieje się do słuchawki.
- Taa, ale twierdzi, że opóźni to mój dyplom, więc nie ma sensu, by przenosić się na ostatnią chwilę.
- Och - dąsam się. Waham się przez chwilę, po czym pytam: - Ale po zakończeniu się przeniesiesz?
- Taa, jasne.
- 'Taa, jasne'? Tylko tyle? Tak łatwo poszło? - uśmiecham się; ani słowa o weselu.
Szkoda, że go tu nie ma. Przyciągnęłabym go do siebie i pocałowała mocno.
- Po co odkładać rzecz nieuniknioną.
Smętnieję.
- Mówisz, jakbyś przyjmował wyrok.
Nie odzywa się.
- Harry?
- Nie patrzę tak na to. Jestem po prostu poirytowany tą całą sprawą. Tyle czasu zmarnowałem i to mnie wkurwia.
- Wiem - nadal mi się kręci w głowie od zgody Harry'ego na temat przeprowadzki do Seattle. Kłóciliśmy się o to miesiącami i w końcu się poddał bez żadnego szumu. - Więc godzisz się na Seattle? Jesteś pewien? - muszę zapytać po raz drugi.
- Taa - odpowiada. - Jestem gotowy, by zacząć gdzieś wszystko od początku, więc równie dobrze może to być i Seattle - obejmuję się ramieniem z podekscytowania.
- Czyli rezygnujesz z Anglii? - daję mu ostatnią szansę na wspomnienie o ślubie.
- Tak. Żadnej Anglii.
I tak już wygrałam 'Wielką Bitwę o Seattle', więc nie będę już dzisiaj na niego naciskać.

***

Następnego ranka, gdy budzi mnie budzik, jestem wyczerpana. Ledwo spałam. Godzinami przewracałam się z boku na bok, będąc na skraju snu, ale w niego nie zapadłam.
Nie wiem, czy to przez podekscytowanie na temat przeprowadzki Harry'ego do Seattle, czy przez zbliżającą się rozmowę na temat Anglii, którą przeprowadzimy. Tak czy inaczej, w ogóle nie spałam i wyglądam okropnie. Nie łatwo jest mi ukryć cienie pod oczami za pomocą korektora, a moje włosy wyglądają, jak jedno wielkie gniazdo dla ptaków.
Zgadzam się na wspólną jazdę z Kimberly do biura, dzięki czemu zyskuję kilka minut i mogę nałożyć kolejną warstwę tuszu do rzęs, kiedy ona lekkomyślnie jeździ z pasu na pas. Przypomina mi Harry'ego, który nieustannie klnie na każdego kierowcę i trąbi bez powodu.
Harry nie wspomniał mi o tym, czy przyjeżdża dzisiaj do Seattle. Podczas naszej wczorajszej rozmowy, kiedy się go o to zapytałam, powiedział mi, że poinformuję mnie o tym rano. Dochodzi dziewiąta, a ja nie otrzymałam od niego żadnej wiadomości. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że stało się coś, z czym Harry nie może sobie poradzić i co doda jeszcze więcej zamieszania. Wiem, że to wszystko wina Steph i przez to wątpi w prawdziwość moich zapewnień. Znowu ukrywa przede mną rzeczy i aż się boję konsekwencji jakie mogą z tego wyniknąć.
- Może powinnaś w ten weekend odwiedzić go w Pullman, zamiast on ciebie tutaj, w Seattle? - Kimberly przerywa moje myśli.
- To aż takie oczywiste? - pytam, podnosząc mój policzek z zimnego okna.
- Tak, bardzo oczywiste.
- Przepraszam, mam dzisiaj gorszy nastrój - wzdycham.
Powrót do Pullman to nie jest wcale zły pomysł. Strasznie tęsknie za Liamem i fajnie by było zobaczyć się z moim ojcem.
- Właśnie widzę - uśmiecha się. - Ale to nie jest coś, co kawa i trochę czerwonej szminki nie mogłoby naprawić.
- Z chęcią wybrałabym się na kawę, a szminkę zachowaj dla siebie - zgadzam się, a ona skina głową, po czym zawraca, by znaleźć jakąś pobliską kawiarnię.

***

Kiedy dochodzi pora lunchu, moja poranna mantra znika, ale dalej nie otrzymałam żadnego znaku życia od Harry'ego. Pisałam do niego dwa razy, ale powstrzymałam się przed zadzwonieniem. Trevor czeka na mnie przy pustym stoliku w pokoju przerw z dwoma talerzami makaronu naprzeciw niego.
- Przysłali mi podwójne zamówienie, więc postanowiłem ciebie dzisiaj ocalić przed jedzeniem z mikrofalówki - uśmiecha i podsuwa mi plastikowy talerz ze sztućcami.
Makaron smakuje wybornie, tak samo jak i pachnie. Pyszny sos alfredo przypomina mi o tym, że zrezygnowałam dzisiaj rano ze śniadania i rumienię się, kiedy jęk rozkoszy wypływa z moich ust w czasie gdy próbuję pierwszy kęs.
- Dobre, co nie? - Trevor promienieje, wycierając kąciki ust ze śmietankowego sosu. Oblizuje palec, a ja sobie myślę jak dziwnie wygląda ten gest, kiedy jest ubrany  w garniturze.
- Mmm - ledwo co mogę mówić, bo jestem zajęta przeżuwaniem makaronu.
- Cieszę się... - stara się na mnie nie patrzeć i nerwowo poprawia się na fotelu.
- Wszystko w porządku? - pytam go.
- Tak, cóż... chciałbym z tobą o czymś pogadać - zaczynam się zastanawiać, czy ten podwójny posiłek nie został specjalnie zamówiony.
- Dobrze... - odpowiadam z nadzieją, że to nie będzie niezręczne.
- Może to być trochę niezręcznie...
Super.
- No dalej - zachęcam go z uśmiechem.
- Dobra... - zatrzymuje się i przejeżdża kciukiem po spinka przy mankietach - Carine zapytała mnie czy będę jej towarzyszyć na weselu Crystal.
Korzystam z okazji, że mam pełny widelec makaronu, więc nie muszę jeszcze nic mówić. Przytakuję, zachęcając go do kontynuowania. Carine to musi być ta rudowłosa, o której wspominała Kimberly.
- A ja zastanawiałem się, czy istnieje jakiś powód, by jej odmówić.
Jestem pewna, że moje dławienie się go przeraziło, ale szybko się opanowuję i przełykam jedzenie, zanim przemawiam - Nie widzę żadnego powodu, byś musiał jej odmówić.
- Mam na myśli... - doskonale wiem, co ma na myśli i modlę się, by nie powiedział tego na głos. - Wiem, że masz 'lepsze i gorsze' chwile z Harrym i również wiem, teraz są te 'gorsze', więc chce być pewien, zanim przyjmę jej propozycję, że mogę jej poświęcić całą moją uwagę bez przeszkód.
- Jestem tą przeszkodą? - pytam go cicho. Czuję się niekomfortowo, ale Trevor jest taki słodki i jego policzki płoną czerwienią, więc mam nieodpartą chęć, by go pocieszyć.
- Tak, byłaś nią od twojego przyjścia do Vance'a - szybko wypowiada te słowa. - Nie mam złych intencji, ja tylko czekałem na uboczu i chciałem wyjawić ci moje uczucia, zanim zacznę rozważać bliższą relację z kimś innym.
Mój własny, przystojniejszy pan Collins siedzi naprzeciwko mnie i czuję takie same zawstydzenie i niezręczność, jakie Elizabeth Bennett czuła wobec niego.
- Trevor, przepraszam, ja...
- Jest w porządku, naprawdę - szczerość w jego oczach jest wręcz przytłaczająca. - Zrozumiałem. Chciałem to tylko potwierdzić po raz ostatni. Sądzę, że te poprzednie razy nie były wystarczające - śmieje się cicho i nerwowo, a ja dołączam do niego.
- Jest szczęściarą, że ma takiego towarzysza na ślub - mówię mu, próbując stłumić zawstydzenie, które teraz zapewne czuje.
- Dziękuję - mówi, a ja biorę łyka wody. - Może Harry przestanie mnie już nazywać 'pieprzonym Trevorem' - uśmiecha się. Unoszę rękę do ust, by powstrzymać tryskającą z nich wodę.
- Nie wiedziałam, że wiesz o tym - mój przerażony śmiech wypełnia ten mały pokój.
- Tak, zauważyłem - oczy Trevora świecą humorem i jestem wdzięczna, że możemy się śmiać jak przyjaciele i bez zmieszania.
Moje momentalna rozkosz ulatnia się, kiedy uśmiech schodzi z twarzy Trevora i odwracam się, by podążyć za jego spojrzeniem.
- Jak tutaj ładnie pachnie! - mówi jedna z kobiet. Czuję dosyć dużą niechęć wobec tych plotkujących kobiet, ale nie mogę na to nic poradzić.
- Powinniśmy iść - szepcze Trevor, spoglądając na niższą kobietę.
Patrzę na niego zmieszana, ale staję na nogi i wrzucam pusty, styropianowy pojemnik do kosza.
- Tesso, wyglądasz dzisiaj olśniewająco - brunetka komplementuje mnie. Nie mogę odczytać jej wyrazu twarzy, ale jestem pewna, że ze mnie drwi. Wyglądam dzisiaj wyjątkowo strasznie.
- Yyy, dziękuję.
- Jaki ten świat jest mały, co nie? Harry dalej pracuje w Bolthouse? - moja torebka zsuwa się z mojego ramienia, ale szybko łapię za skórzany pasek, zanim upada na podłogę.
Ona zna Harry'ego?
- Tak, to prawda - prostuję plecy, starając się sprawiać wrażenie pewnej siebie na wspomnienie jego imienia.
- Pozdrów go ode mnie, okej? - podstępnie się uśmiecha, odwraca na pięcie i odchodzi ze swoim złym pomocnikiem.
- Co to do cholery było? - pytam Trevora po sprawdzeniu, czy nikt się na nas nie czai w korytarzu. - Wiedziałeś, że mają zamiar się do mnie odezwać?
- Nie byłem pewny, ale spodziewałem się tego. Słyszałem jak rozmawiają o tobie.
- Co mówiły o mnie? Przecież nawet mnie nie znają.
- To nie było dokładnie o tobie... - znowu czuje się niekomfortowo. Trevor jest łatwiejszy do odczytanie niż ktokolwiek, kogo spotkałam.
- Rozmawiały o Harrym, co nie? - pytam, na co przytakuje, potwierdzając moje podejrzenie. - Co dokładnie powiedziały?
- Ja... naprawdę nie chcę tego powtarzać. Powinnaś zapytać Harry'ego - wkłada róg czerwonego krawatu do garnituru, a ja drżę na myśl, że Harry mógł spać z tą kobietą, albo z nimi obiema.
Nie są o wiele starsze ode, maja maksymalnie po dwadzieścia pięć lat i muszę przyznać, że są pięknie. Chodź przesadzają z solarium, to i tak są atrakcyjne.
Droga powrotna do mojego biura jest długa i strasznie mnie zżera zazdrość. Jeśli nie zapytam Harry'ego o te kobiety, to chyba oszaleję. Decyduję, że od razu po powrocie do biura do niego zadzwonię. Muszę wiedzieć, czy przyjeżdża tutaj wieczorem i pozbyć się tych zielonych oczu potwora, które czuję, że ciągle mi się przyglądają.
Nazwa 'Zayn' miga mi na telefonie, zanim jestem w stanie zadzwonić do Harry'ego.
Mogę równie dobrze zrobić to teraz.
- Cześć - brzmię zbyt podekscytowanie i sztucznie.
- Cześć Tessa, jak leci? - pyta. Czuję się, jakby minęło sporo czasu, odkąd słyszałam jego spokojny głos i o to tutaj chodzi.
- Jakoś,.. leci - kładę czoło na chłodnej powierzchni biurka.
- Brzmisz szorstko.
- Jest okej, po prostu dużo się wydarzyło.
- Cóż, dlatego właśnie do ciebie dzwonię. Wiem, że powiedziałem, że będę w mieście w czwartek, ale musiałem zmienić moje plany.
- Aha - ulga rozprzestrzenia się po moim ciele. - W porządku.
- Aktualnie jestem w Seattle. Przyjechałem zeszłego wieczoru, miałem długą podróż. Jestem tylko parę przecznic od twojej pracy. Nie chciałbym cię zatrzymywać, ale może wybierzemy się na jakiś obiad, kiedy będziesz wolna?
- Yyy - spoglądam na zegar. Jest kwadrans po drugiej, a nie dostałam jeszcze żadnej odpowiedzi od Harry'ego. - Nie wiem czy to jest dobry pomysł. Myślę, że wieczorem przyjedzie do mnie Harry.
Najpierw Trevor, teraz Zayn.
- Jesteś pewna? Widziałem się z nim wczoraj... i było troszkę późno - Harry i ja rozmawialiśmy przez telefon o jedenastej wieczorem. Czy on gdzieś wyszedł, kiedy skończyliśmy? Czy spotkał się ze swoją dawną paczką?
- Nie wiem - dramatycznie uderzam głową o biurko. Zbyt delikatnie, żeby wyrządzić sobie szkody, ale wystarczająco by Zayn to usłyszał po drugiej stronie linii.
- To tylko obiad, a potem pozwolę ci wrócić do twoich planów - namawia mnie. - Fajnie będzie zobaczyć znajomą twarz, prawda?
- Przyjechałam tutaj z kimś, więc przyjedziesz po mnie o piątej? - pytam, a on chętnie się zgadza.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •