czwartek, 23 października 2014

Rozdział 217.

Soundtrack do rozdziału:

• Lewis Watson - Nothing
• Taylor Swift - All Too Well
• Jayme Dee - Fix You (Cover) 


Tessa's POV:

Zamykam drzwi balkonowe, po czym podchodzę do szafki, żeby przebrać się w piżamę. Z natłoku wszystkich myśli, nie mogę skupić się na wyborze ubrań. Mój umysł nie doradza mi założenia ciuchów Harry'ego, dlatego odrzucam tę myśl i odkładam jego koszulkę na oparcie krzesła. Wychodzi na to, że muszę spać w swoich, cholernych ubraniach. Po pogrzebaniu w szafce, poddaję się i kładę się w rzeczach, które mam na sobie.
Kim jest ta tajemnicza dziewczyna, z którą jest Harry? Jak na ironię, jestem bardziej wkurzona tą sprawą z apartamentem w Seattle, niż tą całą córką przyjaciela Kena. Jeśli chce narazić na niebezpieczeństwo nasz związek poprzez zdradę, to jego wybór. Tak, jedyne co pozostało to rozerwać mnie na kawałki, po czym nie myślę, że się pozbieram. Jednakże staram się na tym teraz nie skupiać.
W życiu nie mogę sobie wyobrazić, że mnie zdradza pomimo tych wszystkich rzeczy, które zrobił w przeszłości. Naprawdę nie potrafię. Nie po tym liście, nie po jego błaganiach o przebaczenie. Tak, to prawda, że wszystko kontroluje i to za bardzo, a do tego nie wie, kiedy przestać interweniować w moje życie, ale żadne jego zachowanie nie sprowadzało się do niewierności.
Te bezustanne roztrzęsienie spowodowane żalem do Harry'ego nie pozwala mi zasnąć, więc wpatruję się w sufit i liczę drewniane belki na pochyłym suficie.
Nie wiem czy jestem gotowa, by z nim o tym porozmawiać, ale jestem pewna, że nie zasnę, dopóki nie usłyszę, że wrócił do pokoju. Im dłużej jest z tą nieznajomą, tym większe uczucie zazdrości rośnie w mojej klatce piersiowej. Nie mogę nic na to poradzić, ale dostrzegam podwójne dno: jeśli bym wyszła z jakimś mężczyzną, Harry postradałby zmysły i spaliłby do cna wszystkie lasy otaczające to miejsce. Chcę się zaśmiać z tej zabawnej myśli, ale nie mogę się na to zdobyć. Zamiast tego zamykam ponownie oczy i błagam o sen.

Harry's POV:

- Chcesz się czegoś napić? - pyta Lilian.
- Jasne - wzruszam ramionami i zerkam na zegarek.
- Nie możesz być tchórzem przez całe życie, wiesz?
- Zamknij się.
- Jesteś zupełnie jak ona - Lilian chichocze i łapie za butelkę brandy, która zapewne kosztowała więcej niż ten masywny telewizor zawieszony na ścianie.
- Jak Tessa? Nie, mylisz się.
- Nie jak ona. Jak Riley.
- W jakim sensie?
Lilian nalewa trunek do małej szklanki, umieszcza ją w mojej dłoni i z powrotem siada na kanapie.
- Gdzie jest twój drink? - pytam.
- Nie piję.
Jasne, że nie. Naprawdę nie powinienem tego pić, bo ogień wydobywający się ze smaku brandy przypomina mi wcześniejsze wydarzenia.
- Zamierzasz mi powiedzieć, czemu jestem do niej podobny? - patrzę na nią wyczekująco.
- Po prostu jesteś. Jest wściekła o jakąkolwiek rzecz na świecie - wywraca oczyma i podciąga pod siebie swoje nogi.
- Więc może ma powód do wściekania się - bronię tej dziewczyny, nawet jej nie znając i dopijam połowę mojego trunku w szklance. Jest mocny, idealnie stary i czuję jak spala mnie do podeszwy butów. Lilian nie odpowiada, zamiast tego przygryza wargę i patrzy na ścianę za mną w zamyśleniu.
- Nie myśl, że mam zamiar ci się zwierzać ze wszystkim moich problemów - mówię jej, a ona przytakuje.
- Nie miałam tego na myśli, ale przynajmniej powinieneś wymyślić plan jak przeprosić Tamarę.
- Ma na imię Tessa - naskakuje na nią, zirytowany jej małą pomyłką.
- Tessa, przepraszam. Mam kuzynkę, która nazywa się Tamara i widocznie to imię zasiedliło mi się w głowie - uśmiecha się i przegarnia włosy na jedno ramię.
- Co sprawia, że zakładasz, iż powinienem ją przeprosić? - oblizuję usta, czekając na jej odpowiedź.
- Żartujesz, prawda? Wisisz jej przeprosiny - mówi głośno. - Musisz jej powiedzieć, zanim wyjedziecie do Seattle.
- Ja nie jadę do Seattle, do kurwy nędzy - jęczę.
Co jest z Tessą i tą cholerną Tessą numer dwa? Obydwie męczą mnie o to samo.
- Więc mam nadzieję, że pojedzie bez ciebie - krótko komentuje.
- Co powiedziałaś? - kładę moją szklankę na stoliku na przeciwko mnie, napój się wzburza i kropelki lądują na powierzchni białego stołu.
- Powiedziałam, że mam nadzieję, że i tak wyjedzie, bo namieszałeś z jej mieszkaniem w Seattle i jeszcze nie chcesz się z nią przeprowadzić.
Co do kurwy?
- Dobrze, że nie obchodzi mnie co myślisz - wstaję, by wyjść.
Wiem, że ma rację, ale mam dosyć tego gówna.
- To prawda, tylko nie chcesz tego przyznać. Doszłam do wniosku, że ludzie, którzy udają, że najmniej się przejmują, w rzeczywistości przejmują się najbardziej.
- Ty nic o mnie nie wiesz - cedzę przez zęby. Biorę szklankę, dokańczam drinka i kieruję się w stronę wyjścia.
- Owszem, wiem. Tak jak powiedziałam - przypominasz mi Riley.
- Cóż, żal mi jej, ponieważ musi znosić... - zaczynam na nią naskakiwać, ale się powstrzymuję. Ona nie zrobiła niczego złego, próbuje mi pomóc i nie zasługuje na moją złość. - Przepraszam, dobra - wzdycham i opadam z powrotem na kanapę.
- Widzisz, przeprosiny nie są takie trudne - mówi Lillian i rusza się ze swojego miejsca na kanapie, by podejść do tacy na barze.
- Na pewno potrzebujesz kolejnego drinka - uśmiecha się, po czym bierze moją pustą szklankę.

***

- Tessa nienawidzi, kiedy piję - narzekam po trzeciej szklance brandy.
- Masz na myśli wtedy, kiedy jesteś pijany?
- Nie - rozważam to pytanie ponownie. - Czasami.
- Hmm...
- Dlaczego nie pijesz? - pytam.
- Nie wiem, po prostu nie piję.
- Czy twój chło... - zaczynam, ale się poprawiam. - ...dziewczyna pije?
- Tak, czasami. Ale nie aż tak bardzo jak wcześniej.
- Aha - Riley i ja możemy mieć więcej wspólnego niż mi się wydaje.
- Lilian? - słyszę kroki jej ojca na schodach.
Siedzę i w impulsie się od niej odsuwam. Skupia na nim swoją uwagę.
- Tak, tato?
- Jest blisko pierwsza w nocy, myślę, że twój towarzysz powinien już iść.
Pierwsza w nocy? Jasna cholera.
- Dobrze - przytakuje i z powrotem spogląda na mnie. - Zdaje się zapominać, że jestem dorosła - szepcze z dostrzegalnym rozdrażnieniem w głosie.
- I tak muszę iść, Tessa mnie chyba zabije - narzekam, moje nogi nie są takie stabilne jak powinny być.
- Byłoby miło, gdybyś nas także jutro odwiedził - przyjaciel mojego ojca uśmiecha się, a ja docieram do drzwi.
- Tylko przeproś i rozważ Seattle - dziewczyna przypomina mi. Ignoruję ją i wychodzę przez drzwi, lądując na podjeździe. Strasznie chciałbym wiedzieć, co jej ojciec takiego wyrabia w życiu, że jest tak cholernie bogaty.
Jest tu strasznie ciemno. Ledwo co mogę zobaczyć swoją rękę, którą wymachuję przed twarzą jak jakiś idiota. Kiedy dochodzę do końca podjazdu, zauważam światła palące się w pokoju mojego ojca. Idę przez podjazd i wchodzę na schody ganku.
Klnę na drzwi, które skrzypią przy otwieraniu się. Nie chcę obudzić całego domku. Ostatnią rzeczą, jaką potrzebuję to obudzenie mojego ojca i wyczucie przez niego zapachu brandy z moich ust. Może też miałby ochotę się napić? Głos Tessy w moim umyśle beszta mnie na mój pomysł, szczypię nasadę nosa i potrząsam głową, by wyrzucić ją z mojej głowy.
Prawie przewracam lampę, kiedy próbuję ściągnąć buty. Podtrzymuję się ściany, by się opanować i ustawiam swoje buty obok obuwia Tessy przy wycieraczce.
Moje dłonie zaczynają się pocić, kiedy wchodzę po schodach najwolniej jak to możliwe. Nie jestem pijany, ale też nie całkowicie trzeźwy i wiem, że Tessa będzie wściekła bardziej niż przedtem. Aktualnie trochę się jej... boję. Bywała na mnie wkurzona, ale nie rzucała takimi wyzwiskami i przekleństwami.
Drzwi do pokoju otwierają się z małym skrzypnięciem. Staram się być najciszej jak to możliwe, by przemierzyć pokój bez budzenia jej.
Niestety nie mam takiego szczęścia.
Lampka na szafce nocnej się włącza i dostrzegam twarz Tessy.
- Przepraszam... nie chciałem cię obudzić - przepraszam, a dezaprobata formuje się na jej ustach.
- Nie spałam - mówi, a mi napina się klatka piersiowa.
- Wiem, jest późno, przepraszam - słowa razem wychodzą z moich ust.
- Piłeś? - pyta, a jej oczy jaśnieją. Sposób, w jaki światło delikatne otula jest twarz, sprawia, że chcę wejść na łóżko i ją dotknąć.
- Tak - przyznaję i czekam na jej furię.
Wzdycha, a następnie przegarnia kosmyki, które wyszły z jej kucyka. Nie wydaje się być zaniepokojona czy zaskoczona moim nieco nietrzeźwym stanem.
Dalej czekam na jej wybuch wściekłości.
Nic.
Leży po prostu na łóżku, odchyla się do tyłu na ramionach i patrzy na mnie z przygnębieniem w oczach, podczas gdy ja niezręcznie stoję na środku pokoju.
- Zamierzasz coś powiedzieć? - w końcu pytam, mam nadzieję, że to zakończy tę natrętną ciszę.
- Nie, nie zamierzam.
Że co?
- Hę?
- Jestem wykończona, a ty jesteś pijany. Nie mam nic do powiedzenia na ten temat.
Jestem zawsze nerwowy, kiedy wyczekuję jej wybuchy złości, by wreszcie dostać się do punktu, gdzie jest zmęczona całym tym gównem. I szczerze, jestem śmiertelnie przerażony, że to może być to.
- Nie jestem pijany, wypiłem tylko trzy drinki. To za mało jak dla mnie - mówię i siadam na krawędzi łóżka. Dreszcz przebiega u dołu mojego kręgosłupa, kiedy przesuwa się bliżej nagłówka, by się ode mnie oddalić.
- Gdzie byłeś? - jej głos jest miękki.
- W sąsiednim domku.
Nadal się na mnie patrzy, oczekując więcej informacji.
- Byłem z taką dziewczyną, Lilian. Nasi ojcowie chodzili razem na studia. Tylko rozmawialiśmy, a potem doszło do...
- O, Boże - Tessa zakrywa uszy dłońmi, a kolana przysuwa do klatki piersiowej. Chwytam jej oba nadgarstki w jedną dłoń i delikatnie umieszczam na jej kolanach.
- Nie, nie, nie. To nie tak. Kurwa mać.
- Jestem zdezorientowana - przyznaje.
- Rozmawialiśmy o tobie - mówię jej i czekam aż jej oczy przybiorą jakiś znak zdezorientowania czy coś, bym mógł kontynuować.
- O czym dokładnie?
- O tym całym bagnie ze Seattle.
- Wolałeś z nią rozmawiać o Seattle niż ze mną? - głos Tessy nie jest wściekły, tylko ciekawy, co sprawia, że jestem cholernie zdezorientowany.
To nie tak, że chciałem rozmawiać z tą dziewczyną. Ona praktycznie to ze mnie wyciągnęła, ale w jakiś sposób cieszę się, że to zrobiła.
- Źle to odbierasz. To ty sprawiłaś, że wyszedłem - przypominam jej.
- I byłeś z nią przez ten cały czas? - jej wargi zaczynają drżeć, więc zaciska je zębami.
- Nie, poszedłem na spacer i chciałem od niej uciec. Ona jest praktycznie jak ty - sięgam, aby strzepnąć niesforne kosmyki z jej policzka, a ona się nie odsuwa. Jej skóra jest gorąca pod moim dotykiem, jej policzki w tym świetle wyglądają, jakby były lekko zaróżowione. Nie opiera się mojemu dotykowi i zamyka oczy, kiedy pocieram kciukiem o wierzch jej policzka.
To nie jest to, czego się spodziewałem. Oczekiwałem raczej wojny rozpętanej przez Tessę.
- Lubisz ją? - pyta mnie, lekko otwierając swoje oczy.
- Tak, jest w porządku - wzruszam ramionami, a ona ponownie opuszcza powieki.
Dorzucenie spokojnego zachowania Tessy z mieszanką przestarzałego brandy daje zdezorientowanego Harry'ego.
- Jestem zmęczona - mówi i zabiera moją dłoń ze swojego policzka.
- Nie jesteś zła? - coś mi nie daje spokoju i to nie mogą być tylko pozory. Głupi alkohol.
- Jestem po prostu zmęczona - odpowiada i kładzie się na poduszki.
Dobra...
Dzwonek ostrzegawczy... Nie... To te pieprzone tornado myśli, które rozpętuje się w moim umyśle, odzywając się głosem Tessy. Staram się to zignorować Jest późno i jeśli ją teraz wnerwię, będzie mi kazała wyjść, czego nie zniosę. Nie chcę spać bez niej i jestem wdzięczny, że pozwoliła mi być blisko, po tej całej kłótni o Seattle.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 216.

Harry’s POV:

- Masz zamiar mnie śledzić całą drogę powrotną? – pytam prześladującą mnie dziewczynę.
- Nie, wracam do domku moich rodziców.
- Dobra, to idź sama.
- Nie jesteś zbyt miły – mruczy.
- Doprawdy? Powiedziano mi, że to jeden z moich najsilniejszych atrybutów – wywracam oczami, nawet jeśli nie może zobaczyć mojej twarzy.
- Skłamano – chichocze za moimi plecami, a ja kopię kamyki znajdujące się pod podeszwą moich butów. Raz w życiu jestem wdzięczny, że Tessa kazała mi zdjąć buty przed drzwiami domku. Inaczej tkwiłbym w tenisówkach Liama. To nie zbyt dobra perspektywa, a poza tym jestem prawie pewien, że jego stopy są o wiele mniejsze niż moje.
- A więc, skąd jesteś? – pyta.
Ignoruję ją i kontynuuję wędrówkę drogą. Wydaje mi się, że powinienem skręcić w lewo za następnym znakiem stopu, mam cholerną nadzieję, że tak jest.
- Anglia? – pyta.
- Taa. Którędy teraz? – pytam, a ona wskazuje w prawo.
Oczywiście myliłem się.
- Twoi rodzice wiedzą, że cię nie ma? – ostatnią rzeczą, której w tej chwili potrzebuję jest wkurzenie kolejnych osób.
- Wątpię, mają towarzystwo i mnie ignorowali – wzdycha. Jej oczy są lodowo niebieskie, a jej spódnica wlecze się po żwirze pod jej stopami. Przypomina mi Tessę, cóż, Tessę, której zostałem przedstawiony po raz pierwszy. Moja Tessa już nie nosi swoich długich, obrzydliwych sukienek. Nauczyła się też nowego słownictwa. Całe uznanie dla mnie, za wkurwienie jej zbyt wiele razy.
- Też jesteś tu ze swoimi rodzicami? – jej głos jest cichy, a nawet słodki.
- Nie, no cóż, tak jakby.
- Czy oni są 'tak jakby' twoją rodziną? – uśmiecha się. Jej użycie 'czy oni są', zamiast zwykłego 'oni są' również przypomina mi o Tessie. Ponownie lustruję wzrokiem dziewczynę, żeby upewnić się, że na pewno jest tutaj, a to nie jest jakiś dziwny żarcik w stylu 'Opowieści Wigilijnej', gdzie ona jest zjawą, która przybyła nauczyć mnie pewnej lekcji.
- Są moją rodziną, i moją dziewczyną. Mam dziewczynę, nawiasem mówiąc – ostrzegam ją. Nie wyobrażam sobie tej dziewczyny zainteresowanej kimś mojego pokroju, ale kiedyś myślałem to samo o Tessie.
- Okej – mówi.
- Okej – podkręcam tempo, chcąc wytworzyć trochę przestrzeni między sobą i nieznajomą. Nasza dwójka skręca w prawo za znakiem stopu i przechodzi na trawę, kiedy mija nas furgonetka.
- Więc gdzie ona jest? Twoja dziewczyna?
- Śpi – użycie tego samego kłamstwa, które powiedziałem mojemu ojcu i Karen, ma sens.
- Hmm…
- Hmm co? – spoglądam na nią.
- Nic – mówi, patrząc przed siebie.
- Śledzisz mnie przez połowę drogi powrotnej. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to – surowo zauważam.
- Po prostu wydawało mi się, że wyglądasz jakbyś próbował uciec od czegoś albo ukryć się, nie wiem, nieważne.
- Nie ukrywam się, ona powiedziała, żebym poszedł stamtąd do cholery, więc poszedłem.
Co, do diabła, ta słaba naśladowczyni Tessy wie?
- Dlaczego cię wykopała?
- Zawsze jesteś taka wścibska?
- Tak, zawsze – uśmiecha się.
- Nienawidzę wścibskich ludzi – ostrzegam ją.
Oprócz Tessy, oczywiście. Nieważne jak bardzo ją kocham, czasem chcę zakleić jej usta taśmą w następstwie jednego z jej przesłuchań. Jest dosłownie jednym z najbardziej natarczywych istnień ludzkich w historii.
Naprawdę to kłamię. Kocham jej prześladowcze zachowania, kiedyś ich nienawidziłem, ale teraz je rozumiem. Też chcę wiedzieć wszystko o niej, o tym, co myśli, co robi, czego chce. Zdaję sobie sprawę, o zgrozo, że teraz to ja zadaję więcej pytań od niej.
- Masz zamiar mi powiedzieć? – naciska dziewczyna.
- Jak masz na imię? – pytam ją, unikając odpowiadania jej.
- Lillian – zakłada włosy za ucho.
- Jestem Harry.
- Opowiedz mi o swojej dziewczynie.
- Dlaczego?
- Wydajesz się być podłamany, więc komu lepiej się wyżalić, niż nieznajomej?
Nie chcę z nią rozmawiać, jest niesamowicie podobna do Tessy i to sprawia, że jestem zaniepokojony.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł – słońce zaczęło obniżać się na niebie, malując horyzont głębokim odcieniem różu
- A trzymanie tego w sobie to dobry pomysł?
- Widzisz, wydajesz się… miła i w ogóle, ale ja cię nie znam, a ty nie znasz mnie, więc ta rozmowa nie będzie miała miejsca – wyjaśniam jej, a ona marszczy brwi.
- Dobra – wzdycha Lillian.
Nareszcie, mogę zobaczyć znajomy, pochyły dach domku mojego ojca w oddali.
- Cóż, to mój – wyjawiam się.
- Serio? Czekaj… twoim tatą jest Ken, prawda? – plaska swoją małą dłonią w czoło.
Co do cholery?
- Tak? – oboje zatrzymujemy się u końca podjazdu.
- Oczywiście, jestem idiotką! Z tym akcentem, jak mogłam nie pomyśleć o tym wcześniej – śmieje się.
- Nie łapię – spoglądam na nią.
- Twój tata i mój tata są przyjaciółmi, byli razem w college’u, czy coś. Ostatnią godzinę spędziłam, słuchając ich opowiadających historie o swoich dniach chwały.
- Och, to takie ironiczne – rzucam pół-uśmiech, nie czuję się tak niekomfortowo przy tej dziewczynie, jak to było kilka minut temu.
- Więc w rzeczywistości nie jesteśmy nieznajomymi – uśmiecha się.

Tessa’s POV:

- Ciasteczka – Liam i ja odpowiadamy chórem.
- A więc są ciasteczka – uśmiecha się Karen i otwiera szafkę.
Karen nigdy nie przestaje, zawsze piecze, pichci, opieka. Nie żebym narzekała, jej gotowanie jest niesamowite.
- Już jest ciemno na zewnątrz, mam nadzieję, że się nie zgubił – zauważa Ken, a Liam przytakuje.
Harry’ego nie ma od prawie trzech godzin, a ja robię wszystko, co w mojej mocy, by nie panikować. Wiem, że wszystko z nim dobrze, gdyby cokolwiek mu się stało, wiedziałabym. Nie mam pojęcia, jak to wytłumaczyć, ale głęboko w środku czuję, że po prostu bym wiedziała.
Jednak, coś krzywdzące go nie jest tym, o co się martwię. Martwię się, że wykorzysta swoją frustrację jako wymówkę, by pójść do lokalnego baru. Tak bardzo jak chciałam, żeby poszedł sobie ode mnie, tak bardzo dobiłoby mnie widzenie go potykającego się w progu, z alkoholem wyczuwalnym w oddechu. Ja po prostu potrzebowałam przestrzeni, czasu, żeby pomyśleć i ochłonąć. Jeszcze nie przeszłam do tej części z myśleniem, unikałam jej z całych sił.
- Myślałam, że moglibyśmy wszyscy wejść do jacuzzi dziś wieczorem, albo może jutro rano? – sugeruje Karen. Liam wypluwa swój napój z powrotem do kubka, a ja szybko odwracam wzrok, gryząc wnętrze swojego policzka. Wspomnienie Liama zauważającego moje przemoczone majtki dryfujące  w jacuzzi jest o wiele za świeże i mogę wyczuć ciepło na swoich policzkach.
- Karen, skarbie, nie wydaje mi się, żeby oni chcieli wejść z nami do jacuzzi – śmieje się Ken, zdając sobie sprawę, że byłoby to nieco niezręczne dla naszej piątki, gdybyśmy weszli wszyscy razem do jacuzzi.
- Chyba masz racje – śmieje się, oddzielając wcześniej przygotowane ciasto na małe kuleczki. - Nienawidzę tego – mówi, marszcząc nos.
Jestem pewna, że dla Karen niegotowe ciasto jest okropne, ale dla mnie, jest boskie. Zwłaszcza teraz, kiedy czuję, że mogłabym stracić panowanie nad sobą w każdej chwili.
Kiedy Ken i Karen wrócili z wizyty u swojego sąsiada, jak powiedzieli, starego przyjaciela Kena z college’u, było dziwnie. Liam i ja byliśmy w połowie dyskusji o Danielle i ich przyszłym mieszkaniu, kiedy jego matka i Ken zawołali nasze imiona. Wspomnieli, że dogonili Harry’ego kiedy wychodził. Podobno powiedział im, że spałam, więc zrobiłam wszystko, żeby trzymać się tego kłamstwa, mówiąc, że przed chwilą się obudziłam, kiedy Liam wszedł do pokoju.
Zastanawiałam się, gdzie jest Harry i kiedy wróci od momentu, gdy wyszedł. Część mnie zupełnie nie chce go widzieć, ale inna część, o wiele większa część, musi dowiedzieć się, czy nie robi nic, co mocniej zagrozi nasz już kruchy związek. Wciąż jestem ekstremalnie zła na niego za ingerencję w moje zakwaterowanie w Seattle i nie mam pojęcia, co mam zamiar z tym zrobić.

Harry’s POV:

- Sabotowałeś jej mieszkanie? – pyta Lillian, a jej szczęka opada w dół.
- Mówiłem ci, że to popierdolone – przypominam jej.
Kolejna para reflektorów oświetla nas, kiedy podążamy do domku jej rodziców. Miałem najlepsze chęci, żeby wrócić do domku mojego ojca, ale Lillian jak do tej pory udowodniła, że jest porządną słuchaczką, więc kiedy zaproponowała mi pójście do jej kwatery i dokończenie naszej dyskusji, zgodziłem się. Moja nieobecność da Tessie trochę czasu, by ochłonąć i mam nadzieję, że będzie gotowa na rozmowę ze mną, zanim wrócę.
- Nie powiedziałeś mi, jak bardzo pogmatwane to było, nie obwiniam jej za złoszczenie się na ciebie - mówi dziewczyna. Oczywiście, będzie po stronie Tessy.
Nie mogę sobie wyobrazić, co pomyślałaby sobie o mnie, gdyby wiedziała o całym gównie, w które wepchnąłem Tessę przez ostatnie sześć miesięcy.
- Dobra, co masz zamiar z tym zrobić? – pyta, otwierając drzwi frontowe domku swoich rodziców. Jest bardzo ekstrawagancki, nawet większy niż ten należący do mojego ojca.
Pieprzeni bogacze.
- Powinni być na górze – mówi, kiedy wchodzimy do domku.
- Kto powinien być na górze? – rozlega się kobiecy głos. Na twarzy Lillian pojawia się grymas, po czym odwraca się ona w stronę kobiety, którą utożsamiam z jej matką. Wygląda identycznie do niej, jedyną istniejącą między nimi różnicą jest wiek.
- Kto to? – do salonu wchodzi ubrany w polo i spodnie khaki mężczyzna w średnim wieku.
Super, mega super. Powinienem był po prostu wrócić do Tessy od razu. Zastanawiam się jak czułaby się, gdyby wiedziała, że tu jestem. Czy miałaby coś przeciwko? I tak jest na mnie cholernie wkurzona, i jest historia z zazdrością wobec Molly, ale ta dziewczyna nie jest Molly. Jest zupełnie nie jak Molly.
- To jest Harry, syn Kena – przedstawia mnie, a na twarzy mężczyzny pojawia się szeroki uśmiech.
- Zastanawiałem się, czy cię kiedyś poznam! – jest Anglikiem, co wyjaśniałoby, jak może znać mojego ojca ze studiów.
Przechodzi obok mnie i klepie mnie po ramieniu. Cofam się, a on lekko marszczy brwi, ale wydaje się, że oczekiwał po mnie takiej reakcji. Mój ojciec musiał go ostrzec. Prawie śmieję się na samą myśl o tym.
- Skarbie, to jest syn Anne – mówi mężczyzna.
- Znasz moją mamę? – pytam go i odwracam się do jego żony.
- Tak, znałem ją  jeszcze, zanim była twoją mamą – uśmiecha się kobieta.
Jestem zdezorientowany.
- Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, cała nasza piątka – dodaje.
- Piątka? – dopytuję się.
- Skarbie – mężczyzna spogląda na swoją żonę, prawdopodobnie, by ją uciszyć.
- W każdym razie, wyglądasz zupełnie jak ona! Masz tylko oczy po ojcu. Nie widziałam jej, odkąd wróciłam do Ameryki, jak ona się ma? – pyta mnie kobieta.
- Ma się dobrze, niedługo wychodzi za mąż.
- Naprawdę? – piszczy. – Pogratuluj jej w moim imieniu, tak świetnie to słyszeć.
- Dobrze – odpowiadam. Ci ludzie uśmiechają się o wiele za często. To jak być w jednym pokoju z trzema Karen, tylko bardziej wkurzającymi i o wiele mniej czarującymi.
- To ja już sobie pójdę -  mówię do Lillian, ten wieczór był już wystarczająco niezręczny.
- Nie musisz, my pójdziemy na górę – mówi ojciec Lillian, zarzucając rękę w talii swojej żony, by poprowadzić ją w górę klatki schodowej.
- Przepraszam, oni są…
- Pretensjonalni? – odpowiadam za nią.
- Tak, bardzo – śmieje się, siadając na sofie. Ja stoję niezgrabnie przy drzwiach.
- Twoja dziewczyna będzie miała coś przeciwko temu, że tu jesteś? – pyta mnie.
- Nie wiem, prawdopodobnie – jęczę, w rozdrażnieniu przeczesując włosy palcami.
- Chciałbyś, żeby ona zrobiła to samo? Jak poczułbyś się, gdyby ona wyszłaby z facetem, którego dopiero co spotkała? – w chwili, kiedy te słowa opuszczają jej wargi, gniew nabrzmiewa w mojej piersi.
- Wkurwiłbym się – warczę.
- Tak myślałam – uśmiecha się i poklepuje sofę obok siebie.
Biorę głęboki oddech i kroczę, by usiąść po przeciwnej stronie sofy niż ona.
- A więc jesteś typem zazdrośnika?
- Tak mi się wydaje – mam namyśli, że prawie zabiłem Zayna i wciąż tego pragnę.
- Pewnie twojej dziewczynie nie za bardzo by się podobało, gdybyś mnie pocałował – przysuwa się bliżej, a ja zrywam się z sofy i jestem już w połowie drogi do drzwi, kiedy ona zaczyna się śmiać.
- Co do diabła? – staram się nie krzyczeć.
- Po prostu mieszałam ci w głowie, nie jestem zainteresowana, uwierz – uśmiecha się. – A to, że ty też nie, ulżyło mi. Teraz usiądź – Mogłaby mieć wiele cech wspólnych z Tessą, ale nie jest równie słodka, ani tak niewinna.
Siadam na krześle po drugiej stronie kanapy, nie znam tej laski dość dobrze, by jej zaufać, i jestem cholernie pewien, że nie chcę po raz kolejny musieć bronić się przed jej pocałunkiem.
- Nic konkretnego. Mam tam pewną złą historię, ale jest coś więcej. Jest fakt, że ona będzie sama prosperować – odpowiadam, wiedząc jak cholernie szalenie brzmię, ale nie obchodzi mnie to. Ta dziewczyna prześladowała mnie przez godzinę, więc jeśli ktokolwiek jest szalony, to ona.
- A to coś złego?
- Nie, oczywiście chcę, żeby się rozwijała, po prostu chcę być tego częścią – wzdycham, desperacko za nią tęskniąc, nawet jeśli minęło tylko parę godzin. Fakt, że jest na mnie taka wkurwiona sprawia, że tęsknię za nią nawet bardziej.
- Więc odmówiłeś wyjazdu z nią do Seattle, ponieważ chcesz brać udział w jej życiu? To nie ma sensu – wyraża oczywistość.
- Wiem, że tego nie rozumiesz, ona też tego nie rozumie, ale ona jest jedynym, co mam. Dosłownie, jest jedynym w moim życiu, o co się troszczę, i nie mogę jej stracić, bez niej nie mam nic, ona jest wszystkim, co mam.
Dlaczego jej to mówię?!
- Wiem, że brzmię cholernie żałośnie.
- Nie, nie brzmisz – posyła mi sympatyczny uśmiech, a ja odwracam wzrok. Sympatia jest ostatnim, czego chcę.
Światło na schodach gaśnie i spoglądam z powrotem na Lillian.
- Powinienem sobie pójść? – pytam.
- Nie, jestem pewna, że mój ojciec jest zachwycony, że cię tu przyprowadziłam – mówi, bez sarkazmu w głosie.
- Czemu?
- Cóż, od kiedy tylko przedstawiłam im Riley, ma nadzieję, że zerwiemy.
- Nie lubi go, albo jakieś inne bzdury?
- Jej.
- Co?
- On nie lubi JEJ – mówi, a ja prawie się do niej uśmiecham.
Czuję się źle z tym, że jej ojciec nie akceptuje jej… związku, ale muszę przyznać, że totalnie mi ulżyło.

Tessa’s POV:


- To bardzo fajne, bo z mieszkania jest droga na pieszo do kampusu, więc nigdy nie będę musiał jeździć samochodem po mieście – wyjaśnia Liam.
- Dzięki Bogu za to – Karen kładzie rękę na ramieniu syna, a on kręci głową.
- Jestem dobrym kierowcą, lepszym niż Tessa – docina.
- Nie jestem taka zła, lepsza od Harry’ego – odprztykuję, biorąc ze stojącego przed nami na blacie talerza ciasteczko.
Ciągle obserwuję drzwi frontowe, czekając na powrót Harry’ego. Mój gniew przemienia się w troskę wraz z upływem minut.
- Dobrze, dzięki za wiadomość, widzimy się jutro – mówi Ken do telefonu, dołączając do nas w kuchni.
- Kto to był?
- Max. Harry jest u nich w domu z Lillian – wyjaśnia Ken, a mój brzuch koziołkuje.
- Lillian? – nie mogę powstrzymać się przed zapytaniem.
- Córką Maxa, jest mniej-więcej w waszym wieku.
Dlaczego Harry miałby być w domku sąsiadów z ich córką? Czy on ją zna? Spotykał się z nią kiedyś?
- Jestem pewien, że niedługo wróci – marszczy brwi Ken, a ja mam wrażenie, że nie rozważył mojej reakcji na tę informację, zanim ją podał.
- Tak – dławię się, wstając ze stołka.
- Ja teraz… pójdę się położyć – mówię im, próbując trzymać się w kupie. Mogę poczuć powracający do mnie gniew i muszę odejść od nich, zanim wybuchnie.
- Pójdę z tobą – oferuje Liam.
- Nie, wszystko dobrze, serio. Wstałam wcześnie, wszyscy wstaliśmy, a robi się późno – zapewniam go, a on potakuje, chociaż wiem, że nie kupuje tego.
Kiedy wdrapuję się na schody, mogę usłyszeć jak mówi:
- On jest cholernym idiotą.
Tak, Liam. Tak, on jest cholernym idiotą.


• jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz •